środa, 27 czerwca 2012

Dziś fotograficznie, nostalgicznie.. o Dzieciusiach

Cieszyłam się, że dzisiaj będę mogła pokazać Wam swoje nowe dzieło ale niestety- Royal Mail nadal trzyma w trzewiach najnowsze zamówienie dla Detaksacji, więc, żeby nie psuć jej niespodzianki- prezent dla siostrzenicy, moje szydełkowe cacuś pozostawię w tajemnicy jeszcze kilka dni.

Zdałam sobie ostatnio sprawę, że od dawna nie pokazywałam Wam Dzieciuśków, więc dzisiaj będzie fotograficznie a czasami nawet nostalgicznie bo zakochałam się w opcjach PhotoBucketa i kombinuję z klimatem jak mogę.

Oto Dzieciusie- czerwiec 2012. :)


"-Bujaj mocniej Mamo, bujaj pod niebo!"


"-Pats! Kotek! Widziałaś taki ciud?"

"-Widzis ten pempusek? Widzis? To jus zacnij uciekać!"


"-Mamo, stanie po kostki w wodzie z paśkiem- 
to cały sens posiadania stolićka do zabawy!"


"-Teraz Gabi siedź cicho bo jesteś chory i jesteś f śpitalu. Mas ślimaki w kolanie i trzeba ci pomóć."




"-Dawaj Gabi, jednego głebszego za rybaków!"


"-Żeby było ładnie."



"-Postoję grzecznie jak mi potem powiesz 
co masz na myśli mówiąc: "wintydżowy fil"?"



"-Mam bardzo śmutny pomyśł."

"-Misie-patysie?"

"-Coś mała ta łódka..."


"-Gotowi?"


"-To jedziemy!!"


Z biedlonecką

I moje ulubione zdjęcie majowych rączek, które miesiącami czekało, żeby dać się obrobić i stać się starą pocztówką sprzed lat:




sobota, 23 czerwca 2012

Paranormalnie?

Zdarzyła się rzecz dziwna. W takiej sytuacji bardzo trudno oprzeć się wrażeniu, że dziecko nie posiada jakiś szczególnych zdolności, które podobno tracimy z wiekiem, zapominając jak korzystać z naszego szóstego zmysłu. Dawno temu pisałam o tym jak Maja na widok swojej PraBabci na zdjęciu powiedziała, że Pani "jest teraz uśmiechnięta". Dwa dni temu opadły mi ręce i zbierałam szczękę z chodnika a dzień wcześniej też miałam ciarki i stały mi wszystkie włosi na karku.

Przyszłam po Maję pod przedszkole. Zwykle staję zawsze w tym samym miejscu i czytam Kindla, inne matki zbierają się przy schodkach i świergolą o życiu. Dzieci były jeszcze głęboko w budynku, w sali bo słychać było jak śpiewają. Do wyjścia pierwszego dziecka było jeszcze dobrych 5-7 minut. W tym czasie wszystkie dzieci siedzą na dywanie i bawią się w zabawy grupowe, więc żadne nie mogło stać przy drzwiach wyjściowych. Poza tym, drzwi są szklane więc widziałabym jakieś.

Nagle za moją głową coś pacnęło w szybę klasy Reception Year. Odwróciłam się ale nie zauważyłam od razu. Jakaś matka wbiegła na trawnik mówiąc:
-Ptak! Uderzył w szybę. Chodź malutki...

Podniosła z trawnika szarobrązowego ptaszka wielkości wróbelka, który właśnie spokojnie dokonywał swego ptasiego żywota. Chwilę patrzył, potem przestał się ruszać, zamknął oczko i znieruchomiał. Nigdy wcześniej nie widziałam umierania tak... na dłoni. Serce uciekło mi do pięt i chciałm zabrać jej ptaszka ale oczywiście się powstrzymałam. Matka powiedziała, że odniesie go szybko w krzaki zanim dzieci wyjdą. I jak powiedziała tak zrobiła, odeszła za płot i po chwili wróciła.

Stałam jeszcze 2-3 minuty czytając ksiązkę chociaż było mi okropnie okropnie.

W końcu usłyszałam dzieci wbiegające do korytarza przed drzwiami i czekałyśmy aż skończą się przepychać, ubierać i kotłować...

Drzwi otworzyły się, wybiegła Kyla a zaraz za nią Maja. Siedzicie?

-Mamoooo :D :D :D A GDZIE JEST WRÓBELEK??

.
.
.
.

-Jaki wróbelek? -zaschło mi w ustach, autentycznie.
-No wróbelek!

Jakieś dziecko pomachało Mai na pożegnanie, Maja straciła zainteresowanie rozmową i pobiegła za dzieciakami do bramy.

W UK nie widziałam chyba wróbli, tym bardziej Maja. Nie zna Elemelka (jeszcze), nie rozmawiałyśmy nigdy o wróblach bo dla Mai istnieją tylko "ptaszki" i "papugi". Nie wiem skąd wzięła to słowo o samym fakcie nie wspomnę.


Jestem w szoku.


A dzień wcześniej? W skrócie powiem, że Maja na polecenie:

-Idź teraz do Pani Howse i pokaż swojego ślimaczka,

Maja odwróciła się na pięcie, przebrnęła przez poranny tłum matek i dzieci, nawet się nie rozglądając, do korytarza z którego dopiero co wyszłyśmy, gdzie wtedy NIE BYŁO p. Howse, gdzie znalazła p. Howse. Ta w czasie kiedy Maja nie widziała, przeszła z pokoju nauczycielek do korytarza wyjściowego... ZA PLECAMI MAI, we wspomnianym tłumie i hałasie, ładnych parę metrów dalej. Maja poszła jakby miała radar albo oczy na plecach, zmysł węchu jak owczarek niemiecki albo szósty zmysł.



Tatusiu, pats, jaki jestes ladny!

Ci co znaja Susla osobiscie od razu padna ze smiechu i wrazenia. :) Maja bierze kredke i w kilka sekund smaruje portret Mamy, Taty, Babci, Gabiego... Kaze siedziec i sie nie ruszac (choc oczywiscie nie paptrzy na modela i 'jedzie z pamki') ciach, ciach, szast-prast i:
-Prose! Oto Tata, pats jaki jestes ladny.

PS. Oczy są jednak przesadzone. Suseł zezem rozbieżnym nie dysponuje. Żadnym innym też. :)


Sent from my BlackBerry® smartphone on O2

czwartek, 21 czerwca 2012

Kimbra.... Ah!

Dziś podzielę się z Wami muzyką, którą śpiewam ostatnio kiedy jestem z dala od YTuba lub słucham kiedy szydełkuję, gotuję, latam z mietłą. Kimbra była podobno 16 tygodni na topie polskich list przebojów, więc to powinniście znać:


Ale to jest niesamowite:


Natomiast ten kawałek ma niesamowity, niepowtarzalny feel lat '60 i z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że już nie robią dziś takiej muzyki:


środa, 20 czerwca 2012

Ktos mowil cos o tym, ze szydelko nie jest trudne? ...

Eeee... To chyba ja mowilam. Upps. Moj nowy projekt, czyli Kokain rzuca sie na glowke na wzor ananasa i niech bozia ma ja w opiece bo jeszcze nie zaczela a juz dwoi i troi sie jej w oczach.
Sent from my BlackBerry® smartphone on O2

niedziela, 17 czerwca 2012

Oto dlaczego nie kibicuję nawet gdybyśmy mieli obiecane zdobyć puchar platynowy Mistrzostw Galaktycznych

Przed: (Polskaaaaaaa, biało- czerwoni!)



Gdzieś w połowie: (modlitwy do wszystkich świętych a nawet samego Światowida jeśli słyszy)



Już po: (a do domu tak daleko, piwo wypite, reprezentacja spakowana, świat jest okrutny, wszystko wina deszczu)


sobota, 16 czerwca 2012

Wiedzmo!

Wiec tak: (z góry przepraszam za Ponglish ale uczyłam się szydełkować tylko po angielsku i nie znam za bardzo polskich określeń):

Łańcuszek w wielokrotnosci 5ciu.

1rz: oczko, skip 4, oczko, skip 4 i tak do końca.

2rz:* 1 oczko w dziurkę jaka powstała kiedy ostatni raz opuściłaś 4 oczka w poprzednim rzędzie, 3 łańcuszki, 2 słupki (pełne słupki, "treble", "tr") w ta sama dziurkę**. Dalej tak samo miedzy * i **

Jeśli chcesz robić trójkąt, w każdym rzędzie opuszczasz ostatni raz między * a **.

Ten tego... Belkot czy da sie rozkminic? :D

Z oryginału:

SHAWL:
Crochet 155 ch on hook size 9 mm [US M/13] with Inka (includes 1 ch to turn with).
1st row: Crochet 1 sc in the 2nd ch, crochet 1 sc in each of the the next 3 ch *, skip 1 ch, crochet 1 sc in each of the next 4 ch* repeat from *-* = 124 sc.
2nd row: 1 ch (to turn with), 1 sc in the 1st st * 3 ch, 2 dc in the 1st of the 3 ch just crochet, skip 2 sc, 1 sc in the next sc *, repeat from *-* = 41 loops.
3rd row: - read binding off tips * 3 ch, 2 dc in the 1st of the 3 ch just crochet, 1 sc in the top of the next loop* repeat from *-* = 39 loops. Repeat the 3rd row at the same time bind off 1 loop each side on every row until 1 loop left at the bottom of the shawl


Sent from my BlackBerry® smartphone on O2

czwartek, 14 czerwca 2012

Kokain szydelkuje z okazji uroczego lata



Nie ma lata. To co jest, latem nie da sie nazwać i Kokain ma dość zawracać do domu po dodatkową szmatkę na garba.
Robi wiec szal.


piątek, 1 czerwca 2012

Maja- dziecko swoich rodziców.




W zeszycie do ćwiczeń dla 3-4 latków, było polecenie, które Maja grzecznie wypełniła wkładając w nie całe serce:

-To jest pljaneta, Mars...., tu są usy (dobra, dobra wiem, że pljaneta od razu zaczęła przypominać Saturna), tu są księzyce, i tu, i tu....ooo.... a tu Kosmotek. Ma jedno oko tylko i antenkę na głowie i kuleckę. I ramionka ma do pisiania na komputeze i stół tu jest i talezyk z rodzynkami i kubecek z piciem......

czwartek, 31 maja 2012

Matka Polka

Mówią, że to nieładnie oceniać swoich rodaków negatywnie, że krew to nie woda i taka sama płynie w żyłach krytykującego. Ale i tak pokrytykuję dzisiaj bo przed moimi oczami roztacza się widok patologii.

Nieczęsto bywam w mieście od kilku miesięcy. Tyle co w weekend w pracy i na zakupach a w ciągu tygodnia pogrążam się w błogim domatorstwie, które cenię sobie ponad wszystko. Ale kiedy już zdaży się wypad na miasto, jak wczoraj, większość przyjemności odbierają mi... matki Polki.

Pojechałyśmy wczoraj do Daventry po basen dla Dzieciusiów. W UK przyszło wiosno-lato, czyli upał topiący asfalt i mnóstwo prażącego słońca. Ponieważ z błękitnej piaskownicy Dzieciusiów Rodzicielka zrobiła w ogrodzie oczko wodne, a same Dzieciusie są już za duże, żeby pluskać się w litrze wody na dnie plastikowej skorupki- przemeblowałyśmy patio i ogłosiłyśmy czas na jaccuzi.

W gorącej i męczącej wędrówce po sklepach w Davntry, uparcie towarzyszyły nam dwie polskie pary: Mamusia, Córuś, Synek i Tatuś oraz Para z Dziewczynką.

Mamusia- od razu widać, że odwiedzającą przylatująca- czarne włosy, siwe odrosty związane recepturką, tonaż podający wyobraźni sceny z ccyem na parapecie, błękitna suknia i czarne sandały bez palców. Córeczka- typowa Polka w UK- blond tleniona, włosy spęte klamrą, sportowe wdzianko, podobnie jak Tatuś, w dresie a Synek- malutki, chudziutki chłopczyk w wieku lat może 3.

Zaczęło się od rozpychania. Rodzicielka co prawda nie sądziła na początku, że Mamusia to Polka ale po trzecim kuksańcu w plecy pomyślała, że czuje się jak w polskiej kolejce do sprzedawczyni parówów. Potem Mamusia otworzyła usta i oczywiście, sparawa się wyjaśniła. :)

Głosno deliberowały o zasłonach i obrusach a Synek biegał w kółko od czasu do czasu ciągnąć mamę za spodnie:
-Mamo.
-Mamo!
-Mamo, no!

Mama Synka ocz\ywiście kompletnie ignoruje wołania. I tak sklep po sklepie. W końcu cierpliwośc dziecka się skończyła:
-MAMO!
-CO!!!!!!!!!!!!!!!- na cały sklep.
-Chcę siusiu!
-JESZCZE CZEGO! CO TY MYŚLISZ, ŻE JA NIE MAM CO ROBIĆ TYLKO NA SZCZANIE BIEGAĆ Z TOBĄ CO CHWILA? WYBIJ SOBIE Z GŁOWY!

Zawarczałam. Cały sklep obrócił się w milczeniu słuchał polskiej mowy w wydaniu jadowitej odpowiedzi na prośbę płaczącego dziecka.

Idziemy dalej.

W jednym ze sklepów Maja znalazła układankę z literkami i bawi się przy wystawie.  Podeszła do niej mała blondyneczka- Dziewczynka od Pary i obie gmerają w literach. Nagle, na cały sklep wrzask:
-MAJA!!! ZOSTAW TO NATYCHMIAST PO-WIE-DZIA-ŁAM!

Obie odwróciły się na krzyk, Dziewczynka odeszła pokornie od zabawki a Maja... usta w podkówkę, tragedia w oczach i płacz! Dziewczynka też miała na imię Maja a producentem tego uroczego wrzasku była oczywiście jej polska mamusia, która nie umiała odezwać się do własnego dziecka jak do ludzkiej istoty.

Maja przebiegła przez sklep i do mnie w płacz tak straszny jakby kończył się świat.
-Maju, to nie było do ciebie, kochanie! Mama nie nakrzyczała na ciebie...
Para stoi oczywiście i słyszy jej płacz.
-Ale Pani nakrzyczała!
-Kochanie, Pani nie nakrzyczała na ciebie, Pani tak krzyczy na swoje dziecko nie na ciebie.- a co, przynajmniej dla satysfakcji.
-Ale oklopnie!
-Wiem kochanie, że okropnie, już nie płacz, nic się nie stało.
-Ale dziencynka jest smutna!
-Nie jest, popatrz, jest przyzwyczajona. - ponownie: a co!
-Ale nie wolno tak ksyceć na Maję!- Maja była niepocieszona i bardzo roztrzęsiona.

Po Parze jak po kaczce. Ekspedientka spytała co się stało i skasowała Parę spojrzeniem służby socjalnej.

W kolejnym sklepie- książki i ciuchy second hand. Stoimy, oglądamy, grzebię w książkach kucharskich... podchodzi dziewczyna, z wyglądu Polka i też ogląda książki. Za jej plecami staje jakiś facet i mówi podniesionym głosem:
-Co ty robisz? Możesz mi wyjaśnić? K s i ą ż k i oglądasz? Ochujałaś? Po co ci to?
-Weź się odwal, idź sobie lepiej, co? Spierdalaj.
-Jak ty do mnie mówisz, co?

Odeszłam, żenadą też można się udusić. Oni pewnie niedługo też się oszczenią i będą wychowywać swoje dziecko na podobnemu sobie.

Dziś w przedszkolu MamaPolka szkoliła swoją trzyletkę jak należy trzymać flamaster. Ośmioro dzieci przy stoliku, jej najmłodsze bo dopiero dołączyło do grupy. Matki stoją za plecami maluchów i jak codziennie zagrzewają do walki o każdą piękną literkę. MamusiaPolka też chyba stwierdziła, ze należy okazać troskę i dawaj strofować  jadowitym sykiem dziecko na całą salę, po polsku:
-Co tu robisz? Co to są- grabie?? Jak ty trzymasz ten flamaster? Jak ci pokazywałam??? Zachowuj się, patrzą się!!!

Się patrzyli, a i owszem, ze zgrozą. Mamusia skrzyżowała łapy na cycach, zmarszczyła brwi, usta ściągnęłą w ciup i patrzy w dół, na stolik- rozejrzałam się po twarzach reszty matek i na ich tle wyglądała jak bardzo-jebnięty-w-dekiel-wkurwiony-jeż. A powinna wyglądać jak matka, chyba...



Nie wiem co się dzieje- czy to pewność siebie przelewająca się przez brzegi wszelkiej krytyki? Czy to bezczelność i brak szacunku dla własnego dziecka czy jakaś poza matki twardej i stanowczej? A może kompletnie- żadna poza, czysta i jawna nagość uczuć czy raczej ich braku?

Jak próbuję porównać ich zachowanie do zachowań brytyjek to polskie matki, które słyszę wokoło wpadają mi w najniższą, proletariacką klasę Anglików, których nazywamy "ci z B.Hill". Dresy, tlenione pióra, zaciśnięte usta, wrogość, pogarda, kompletny brak szacynku do dzieci a tym bardziej do innych. Wrogość okazywana jawnie i otwarcie, pretensja do całego świata za nie wiadomo czyje grzechy.

Czy przyjdzie taki czas, że zmienię zdanie o naszych rodakach? Zdarzy się tak, że podobne sceny zamienią się i częściej będę spotykać normalnych, polskich rodziców traktujących swoje dziecko z szacunkiem, niż takich, którzy z powodzeniem wychowują kolejne pokolenie buractwa z sianem w kaloszach?


sobota, 26 maja 2012

Badanie rynku

Drukuję bloga. Tę syzyfową pracę zadałam sobie po tym jak serwer onetowy padł na kilkanaście godzin i już, już myślałam, że nie powstanie. Bog co prawda istniał ale archwum było PUSTE. Straszne słowo. W końcu się podniósł ale przeżyłam chwile grozy.

Drugi powód to taki, że w dzisiejszych czasach bardzo łatwo stać się swoim własnym wydawcą- złożyć, wyedytować myśli niepoukładane o hodowli karpia świątecznego po sezonie, prowadzenia własnego biura matrymonialnego czy minutki z wizyt w budkach telefonicznych województwa mazowieckiego.

Nie rozważam jeszcze wydania się realnie ale mając wszystko w postaci zerojedynkowej na dysku i wersji papierowej- może łatwiej będzie podjąć ostateczną decyzję?

Jak na razie mam wydrukowany cały 2007, część 2008, nic z 2009, większość 2010 i 2011. Jak narazie odpuszczam sobie 2005 i 2006 bo to czasu odległe, kiedy jeszcze moja wena pączkowała w bólach i jeśli kiedyś się nią podzielę to raczej z okazji okrągłej rocznicy jakiejś- np. diamentowej. Special Edition dla koneserów, dzieło kultowe, prequel. Do tego czasu materiału będzie pewnie tyle co w "Wojnie i Pokoju" Lwa Tołstoja i będzie zajmować podobnie multo miejsca na półkach. Kupiłam folder typu "expandig file", wsadziłam 2007 o file się ekspandnął do granic możliwości. Z jakiegoś powodu myślałam, że zmieści się w nim całe 12 lat, czyli pokorzystam spokojnie z zapasu w folderze. Z jakiego powodu- nie wiem. :) Pewnie to podświadome odrzucanie oskarżeń o gadulstwo i wodolejstwo.

Kupilibyście e-booka "Kokain czyli Mój Nieokrzesany Charakterek" w postaci 5 tomów? :)

piątek, 25 maja 2012

No to coś z przeszłości


Ale Komunie, wracając do tematu- rzeczywiście wyzwalają w nas Polakach najgorsze instynkty. Pamiętam swoją- ponieważ moje kuznostwo było mi zawsze tak odległe jak wybory prezydenckie- uścisk ręki co 4 lata, Rodzicielka i Babcia nawet nie rozważały zapraszania rodziny mojego ojca. Miało być słodko i na 4 osoby.

Nagle! Pod Kościołem, z tłumu wyskoczyła grupa spragniona kontaktu z ukochaną kuzynką Kokainką i małe grono zamieniło się w 4+12. Do tego Ciocia z Krakowa, której nwet moja Rodzicieka nigdy nie widziała na oczy. Mój kuzyn jak się okazało miał swoją komunię w ten sam dzień i pod gajerkiem, całą drużyna zapakowała sę w auta i z drugiego końca miasta zjechała na Śródmieście.

Ok, nikt się nie spodziewał nalotu ale Kościół św. Michała to gotycka kolubryna, więc pomieścił i ich dwunastkę, pomieściłby i kuzynów z Hyperborei- oby nie moich.

Po ceremoni:
-No to co, idziemy do was?
-?

Należy wspomnieć w tej opowieści, że nasze mieszkanie to był wtedy cud sztuki kawalerskiej- 39m*2, w tym pokój połączony barkiem z kuchnią, mój pokoik, łazienka, przedpokój 1x1m i balkon. A w nim 17 osób, gdzie nie było stołu, krzeseł a tym bardziej przygotowanego poczęstunku na tyle luda. Wujcio oburzył się, że nie ma mięsiw i wódeczki, Ciotunia zażądała torta podzielić równo po dzieciach z czego jej było troje z sześciu. Drugi Wujcio otworzył zamrażalnik, znalazł desery lodowe i ogłosił:

-No to my po lodziku i jedziemy. 

Zjedli wszystko i rozjechali się do domów. Wszystko dlatego, że mamusia Kuzyna stwierdziła, że nie będzie gotować dla całej rodziny z okazji Komunii bo ma globusa i wszystko w swojej wczesno przekwitającej, acz rozbrykanej dupce.

Po Komunii mam jedno zdjęcie na którym- na fotelu rozsiadł się mój Kuzyn-Komunista, jego Brat stanął z tyłu, trzy Kuzyneczki obsiadły oparcia a ja, w sukience komunijnej, na podłodze- jak pudelek z kokardką na zdjęciu rodziny królewskiej.

Czy ja mam o wszystkim takie chore wspomnienia?? :D

Sprostowanie: nie tylko Komunie wyzwalają  w Polakach najgorsze instynkty- również zaręczyny, śluby, chrzciny, bierzmowania, pogrzeby i stypy. Czyli generalnie, zbyt duża ilość podobnego sobie materiału genetycznego z obcymi domieszkami stanowi mieszankę wybuchową.



Nagroda dla...





OMG!

Detaksacja- tegoroczna Nagroda za Przetrwaną Żenującą Komunię bez ofiar w ludziach idzie bezwarunkowo do Ciebie.

Nie, nie- nie, żebym sama twierdziła, że coś było nie tak z Komuniami po naszej stronie kawiatury- wszystko pięknie i jak powinno. Chodziło mi o samą Japi, której znowu siada na beret. A kiedy tak się dzieje, Anieli Pańscy zadzierają szaty i zwiewają tam gdzie najgęstrze chmury. Dam przykład, to może trochę unaocznię zjawisko. Kiedy przyjechała do UK nosiłam rozmiar 12. Pożyczała ode mnie ciuchy bo miałyśmy identyczne dupki, moja szafa była pełna, jej walizka za mała na różnorodność kreacji na odmienne okazje. Po dwóch ciążach w ciągu dwóch lat  mam dziś rozmiar 14 z tendencją ku 13. Ona po ciąży bliźniaczej przez wiele miesięcy wciskała się w dżinsy z których wylewały się balerony skóry, bo to normalne, że trzeba mieć czas na wchłonięcie takiego cudu natury jakim jest bliźniaczy brzuch ciążowy. Do poworotu do pracy na pełen etat ciągle narzekała, że za mało się rusza. Od powrotu natomiast- spuściła rozmiar i dziś nosi coś w okolicach 11.
Na przyjęciu pokomunijnym taki oto monolog, tuż obok mojego ucha, kiedy akurat siedzę i podjadam jej lekki jak pyłek biały tort (nie żeby sama piekła):
-Ja tortu nie jadam, dbam o siebie, nie to co reszta. Dla mnie to jest patologia! Pa-to-lo-gia! Żeby kobieta rok po ciąży nosiła rozmiar 12? Wróciłam do swojego rozmiaru 8 (FOMG!) i jestem lekka i piękna. Jak taka sobie siedzi w domu i lubi wyglądać jak krowa to proszę bardzo.

..... 

Potem zaproponowała zebranym drineczka, ale o mnie zapomniała choć pokój ma 4x4m i trudno się w nim zgubić, herbatę zrobił mi Szwagier, drugą jego Mama. Kiedy zagrzała parówki swojej trójce i Potworaskowi, Maja sama spytała czy może też dostać parówkę. Wszystkie dzieci już dawno zjadły kiedy Maja dostała swoją. I tak dalej, i tak dalej...

Podobno ma pretensje, że nie byliśmy w Kościele. Dla nas to dwie dniówki w plecy i przyjemność stania godzinę na ulicy, bo Maja ani Gabi nie usiedzą w Kościele 5 minut. Miałam więc po raz kolejny wziąć urlop- kompletnie niemożliwy po ostatniej niedzieli, kiedy musiałam bujać ze łzą w oku, żeby jechać do Londynu, krążyć z dwójką dzieci po ulicach, żeby dotrzeć do domu i usłyszeć, że jestem krowa bo mam rozmiar 12????

Nie była na pierwszych urodzinach Gabiego, na drugich i trzecich Majki- wysyła delegację, miłą nam wszystkim ale tłumaczenie się, że nie przyjedzie na przyjęcie urodzinowe bo Bliźniaczki się zmęczą jest co najmniej śmieszne. Już w zeszłym roku obiecałam sobie nie jechać na jej imprezy ale nie jest łatwo skoro Suseł jedzie. W tym roku, z ręką na sercu, Suseł pojedzie jako delegacja, Dzieciusie zostaną w domu, dzień do przodu i żadnej żenady.

sobota, 19 maja 2012

i do przodu...

Komunia II dokonana. Tym razem bez urlopu, migania się, łzawych opowieści  o tym, że muszę mieć wolne w niedzielę bo przylatuje Teściolandia zobaczyć Dzieciusie przy okazji święta. No coś musiałam wymyśleć! :) Co prawda "zdążyć" na Komunię 5h po ceremonii to nie do końca być na Komunii ale masowy handel spożywczy ma swoje prawa, szczególnie tydzień po snuciu tych wspomnianych dyrdymałów.

Maja nawet długo oczarowała Chłopaków ale w końcu cierpliwość się skończyła i dostała przepustkę do przedpokoju. Przynajmniej już nie słychać, że:
-A może tak musisz już iść do domu Maja?- bo serce się kroi i człowiekowi odbiera mowę. :/

Maja strzeliła focha ale spacer z Tatą i Ciocią poprawił humor. Gabi pił i jadał co nie uciekało, rysował, robił porządki w klockach i latał pod sufit- jemu na razie niewiele potrzeba do szczęścia, urazić się nie da.

Ja natomiast doznałam "urażenia" na pełnej linii i aż 4 razy, niczym jak u Ally McBeal, wirtualnie, w wyobraźni FakiJapi dostała ode mnie z liścia, z rozpędu, z doskokiem. To się ponoć nazywa "Flying High Five Bitch Slap". Pomogło na tyle, żeby nie uronić choć słowa skargi ale marzy mi się realizacja. :)

Jakbym jej nie znała (a znam jak zły szeląg), powiedziałabym, że ma nawrót syndromu sprzed 5 lat. Może się mylę, może ludzie się zmieniają a może tylko... no właśnie- jak ten zły szeląg.

....kwiat
....lotosu....


czwartek, 17 maja 2012

Dumna mama, mokra pupa

Ale jestem też dumna z mojej córesi!

Siedzimy, gadamy, wszystko co małe łazi i sciąga ze stołów coś śłodkiego (czytaj: Gabi). Znajoma Bratów - Brytyjka mówiła potem, że słyszała co Maja powiedziała ale myślała, że to coś po polsku, więc nie zwróciła uwagi...:D

Z góry słychać:

-Mamoooo! Mamooooo! Mamoooooooo!
-Co kicia?
-Pomocy!
-A co ty tam robisz??
-.... UTKNĘŁAM!!!

Idę  szybko na górę, zaglądam do sypialni jednej, drugiej, trzeciej- nie ma!

-Maju?
-Tu jeśtem! NA KIBELKU........ I UTKNĘŁAM!

Wchodzę ci ja do łazienki, Maja siedzi W kibelku z pupą w misce klozetowej, kolana na wysokości brody.

Sama stwierdziła, że chce siusiu, powiedziała wszem i wobec, że "want wee wee", poszła do ubikacji, zdjęła spodenki i gatki, usiadła na kibelku, zrobiła siusiu i wpadła pupą w dół.

Trochę tak tylko mniej skośnie i bez płaczu:




Taka więc byłam dumna,że moja niuniu wpadła do kibelka..... pierwszy raz w życiu odbywając samodzielną wycieczkę do ubikacji.:)

Takich dni tylko mniej

Nie sądziłam, że to kiedyś powiem ale zrobiłam się wiejska baba i już nie mam nerwa na życie w wielkim mieście.

Pochodząc z milionowego miasta człowiek wrasta w atmosferę nerwowości, zagrożeń ze strony samochodów, auobusów, czerwonych świateł, pijanych kolesi na rogach ulic, własnych sąsiadów, ciemnych piwnic, bankomatów, parkometrów etc. Utrzymuje się na pewnym poziomie napięcia do którego jest przyzwyczajony i nawet nie zauważa, że nieustannie żyje w obawie czy akceptacji pewnych zjawisk na które nie ma wpływu.

Na wsi, takiej jak nasza- wszystko odpuszcza. Można iść środkiem ulicy, nigdzie nie ma podejrzanego typa, zza zakrętu nie wyskoczy autobus z prędkością światła ani karetka na sygnale, można parkować, zostawić rower na środku chodnika, drzwi nie zamknięte na klucz.....

Ani się nie obejrzysz, jak szum i gwar miasteczka 40 000 wywoła ból głowy i niewytłumaczone napięcie a co dopiero Londyn....

W niedzielę pojechaliśmy na Komunię Potworaska. Wjeżdżając do Londynu od północy, klucząc ponad 40 minut wśród niekończących się zakrętów, ulic i uliczek, aut po obu stronach, sklepów,bazarów, ludzi wszelkich wyznań i kolorów, załapałam się na tym, że wstrzymuję oddech. Suseł był wykończony jazdą w takim ruchu. Dojechaliśmy pod kościół, gdzie nie było miejsca zaparkowania ale był Brat Susła, który stojąc na rogu zamachał, że możemy zająć jego miejsce a sam przeparkuje auto gdzie się uda. Wjazdu na miejsce bronił samochód pewnego bardzo czarnego pana stojącego na chodniku. Brat zamachał do niego i spytał, czy przesunie się trochę z autem, żeby mógł odjechać i dać nam zaparkować. Pardzo czarny pan podniósł kciuki do góry, z uśmiechem stwierdził, że ok, wsiadł do auta i przesunął się 30cm w tył. Manewry zostały zakończone..... Brat wrócił pod kościół - a tu bardzo czarny pan:
-Ty nie masz do mnie szacunku! Ty do mnie mówisz niewłaściwie! Ty jesteś rasista!!

Brat wybałuszył oczy. Nie zauważył tego, ale wydaje mi się, że kiedy czarny pan wsiadł do auta, w srodku siedziała jego kobieta- Polka z resztą rodziny na tą samą Komunię.Pojedrzewam, że się sucz zebrała do judzenia, jak to sobie pozwolił tak się przesuwać przez jakiegoś Polaczka. Dlatego wysiadł z auta i dawaj to pyskówki. Nawet chciał się bić! Poleczka uśmiechnięta, czekoladkowe dziecko pod nogami, za 10 minut rozpoczęcie mszy a ten chce skakać na klaty!

Już było niemiło.

Weszliśmy dokościoła ale okazało się, że chrzest nic nie dał- Maja ma nadal diaboła pod skórą i kościoły ją drażnią. Za głośno śpiewali, za dużo ludzi, mamo- chcę wyjść!!

Wyszłam więc z Mają i Gabim akurat na pana, który wlepiał mandaty za parkowanie- od czarnego pana,po horyzont. Spytałam dlaczego, skoro jest niedziela i roboty drogowe się nie odbywają, pokazał mi miejsce gdzie nie dałby mandatu- w bramie z napisem NO PARKING. Odpowiedziałam, że jeszcze 10 minut temu stał na rogu i patrzył jak ludzie parkują przed mszą i wtedy nie był parkingowym, a teraz jest?

-It is already done.

Znowu zrobiło się niemiło.

Wróciliśmy do domu Potworaska i spędziliśmy bardzo miły dzień na rozmowach, jedzeniu, skakniu na trampolinie i bieganiu za dzieciakami. :D

O 22:00 nadszedł czas na wyjazd do domu. Zanami miał jechać Szwagier, FakiJapi, Dzieciak i Bliźniaczki. Wybieraliśmy się razem, kocyki, butelki, torby, sweterki.... jak tylko Maja zobaczyła, że się zbieramy w ryk! Tam bajeczka, chłopaki, tjampolina a ona ma jechać do domu????

Suseł owinął ją w kocyk różowy, ja Gabiego w niebieski i wychodzimy z domu do auta. Wsadziliśmy dzieciaki do samochodu, Maja koncertowała przykładnie na całą ulicę, kiedy usłyszałam Żonę Brata
-Yes, yes, she is very tired! (tak, tak, jest bardzo zmęczona!)

Kątem okazauważyłam jakś kobietę stojącą przed swoim domem, na chodniku. Brat miał nas odprowadzić do wjazdu na autostradę, więc zakręciliśmy w zatoczce i podjeżdżamy przed dom ponownie, żeby pozwolić mu prowadzić jako pierwszy.

A TU BABA ROBI NAM ZDJĘCIA KOMÓRKĄ!

Patrzę w szoku, Brat zasłania własną piersią siwą szlamę, ta się wyrywa do pstrykania- poczułam się jak gwiazda filmowa napadnięta przez papparazzich. Brat krzyknął tylko:
-Jedźcie! Baba wzywa policję!

Zwinęliśmy się więc błyskawicznie ale gdzie jechać?? w prawo ulica,w lewo ulica, wszędzie Londyn a GPS padł bo zapalniczka w aucie nie działa. Zawróciliśmy po cichutku na ulicę Brata, gdzie po kilku minutach już wszyscy powracali do domów, gdzie do wyjazdu właśnie zebrał się Szwagier i Faki. Za nimi dojechaliśmy do autostrady i dalej po znakach do domu.

Kiedy tylko minęła mi ochota wrócić, wysiąść, popukać do drzwi siwej szlamy i strzelić jej przemowę... zadzwoniłam do Brata dowiedzieć się o co poszło.

Jak się okazało- porwaliśmy dzieci! Zadzwoniła na Policję, groziła wyrzuceniem Brata z rodziną z domu do którego dopiero się wprowadzili, szczuła sąsiadem z biura śledczego, który z pewnością coś na nich znajdzie, totalnie nawalona.... Brat powiedział:
-Jedźcie przepisowo, jak was ktoś zatrzyma mówcie od razu, że baba wam błyskała fleszem, robiła zdjęcia dzieciom, Maja się wystraszyła.

Reszta drogi do domu upłynęła w stresie jakbyśmy uciekali z miejsca zbrodni. Porywacze dzieci za którymi z pewnością już jedzie tajniak. Oczyma wyobraźni widziałam jak wpadają, odbierają nam Dzieciusie bez pytania, siedzimy w areszcie, Dzieci nie wiadomo gdzie..... Każdy kilometr dalej od Londynu odejmował ułamek tego potwornego strachu.

Rano miałam ochotę WIELKĄ zadzwonić na Policję i poinformować, że ubiegłej nocy pod danym adresem w Londynie jakaś kobieta straszyła mnie i moją rodzinę, robiła im zdjęcia i groziła Bratu. Nie zrobiłam tego tylko i wyłącznie ze względu na niego...Mam ochotę WIELKĄ następnym razem, kiedy będziemy u nich, popukać sąsiadeczce w drzwi i pokazać jej co to jest "harrasment".

Ale mam nadzieję, że nie będę w Londynie następne 10 lat. Nie umiem już żyć w napięcieu, że przypadkowo spotkana na ulicy osoba będzie się chciała tłuc w imię własnego rasizmu, ktoś naśle na mnie Policję z oskarżeniem o przestępstwo względem dzieci, tym bardziej własnych, wlepi mandat po tym jak poczeka cierpliwie jak Tekla aż muszki wpadną w sieć......

Dziś, wczoraj i w poniedziałek- NIENAWIDZĘ LONDYNU!



niedziela, 6 maja 2012

NA-RE-SZCZCIE!!

Ogłaszam wszem i wobec, głośno i dobitnie, że oto Maja jest wolna od pieluchy dziennej!!!


Udało się dzięki temu, że z żelazną konsekwencją, wraz z paniami z przedszkola odstawiliśmy pieluchę i rzuciliśmy Mają o beton, przysłowiowy. Maja najwyraźniej uważała, że skoro do przedszkola chodzi w pieluszce, nie widzi powodu dla którego miałaby w domu brać serio nocnikowe roszady. Tablica z naklejkami działała póki Maja nie wymyśliła sobie, że za kupę w spodenkach też powinna dostać naklejkę.

Panie kazały przynieść do przedszkola 5 par spodni i gatek, kupić majty na 12 latkę, żeby były luźne i łatwo się naciągały, mnóstwo reklamówek i cierpliwości. Po 2-3 tygodniach Maja wróciła do domu w tych samych spodenkach w których wyszła. :) W domu, potrwało to niewiele dłużej aż pewnej soboty pojechaliśmy na całodzienne zakupy bez pieluchy. Rodzicielka i Suseł załamywali ręce ale ja byłam gotowa biegać do Centrum Handlowego nawet co 10 minut, żeby złapać siki w drodze do gatek. Maja pięknie poprosiła na ulicy, że chce siusiu, doniosła do kibelka i od tego czasu jest bardzo dumna  z siebie, kiedy w mieście "robi siusiu i myję rączki jak panie", czyli inne klientki toalet. :)

Teraz prosi już za każdym razem, nawet rano, kiedy przychodzi do naszego łóżka się potulkać w pieluszce z nocy, będąc świadomą nie zrobi już siusiu. Będzie się upierać o nocnik i koniec!

Wykorzystując dobrą falę, kupiłam też podkładki pod prześcieradło i dwa dni z rzędu Maja nie posikała się w nocy wcale. Ale potem już nie było tak ładnie, więc odstawiłam pomysł. Poczekam tydzień, potłumaczę, zobaczymy. Gdyby Maja obudziła się w nocy i płakała, że jest mokro, jak raz się zdarzyło, byłoby ok ale zdarzyło się, że spała do rana w mokrych spodenkach i rano "piekła pisia". Nie chcę, żeby źle się jej kojarzyło spanie bez pieluchy.

Jestem w niebie. Choć nocnikowanie jest o wiele bardziej czasochłonne od pieluchy, no i Gabi nie ułatwia sprawy. Maja siada do czytania "Wojny i pokoju" a Gabi tylko czeka aż zejdzie i w czasie kiedy ja wycieram pupę i  zaciągam Mai gatki- Gabi wrzuca do nocnika zabawki. :/ Zabawa na całego- a śmiechu przy tym!

Uffff... Maja jest gotowa do pójścia do szkoły we wrześniu. Ufff......

....choć jak się okazało, i tak nie byłoby wielkiego dramatu, bo zadzwoniłam do szkoły dowiedzieć się co mam zrobić w sytuacji w której dziecko nie będzie samodzielne nocnikowo i dowiedziałam się, że fak, że dziecko jest dumnie nazywane przed rodzica "samodzielnym" nic nie znaczy, ponieważ duży odsetek dzieci nie nadążają za wymaganiami rodziców i otoczenia i pomimo braku pieluchy, robią w szkole w spodenki praktycznie codziennie. Nauczyciele są na to przygotowani, zmieniają ubranka bez problemu i nie robią z tego dramatu. 4 latki są samodzielne zanim opuszczą Reception Year i wszyscy są szczęsliwi i nikt zestresowany.

Ha! Tymczasem Maja nie miała wpadki już prawie 3 tygodnie. Myślę, że to koniec problemów.

:D

Motoryzacyjnie

No dobra...

Skończyło się na nowym aucie. To znaczy, ja bym chciała, żeby było nowe, ale mam na myśli nowe-stare.
Z naszym autkiem nic nie dało się zrobić. Oczywiście, gdybyśmy byli w PL, każdy mechanik zakasałby rękawki i postawił na koła. Pod skrzynią biegów jest jakiś przegub, który wyrobił się po 250 000 km i pewnego dnia, zaczał stukać, stukac, stukać, stukać, stukać, potem coraz szybciej i głośniej. Miał prawo po 6 krotnym objechaniu równika! :D Można było zmienić skrzynię biegów wraz z przegubem ale nasi polscy mechanicy to leniwe bestie i się im nie chce. :/

Jeszcze myśleliśmy, że dobujamy się do maja, ale autek stwierdził, że czas na zasłużony przemiał i na dwa tygodnie przed 13tką Susła zepsuł sobie pompę wodną i decyzja zapadła. Na szczęscie, że doczekał prawie do końca miesiąca, bo bez 13tki, bylibyśmy w tak zwanej "dupie". :) Przez dwa tygodnie służył do jeżdżenia po bułki do co-opa i trzymania w nim wózka Gabiego, który już nie jest potrzebny.

Mechanicy na szczęście znaleźli alternatywę i podstawili jak na zamówienie Forda Mondeo. Co prawda nie Estate, czyli o wypychaniu bagażnika szyłem, myłem i siekanym gwoździem nie ma mowy ale na zakupy raz w tygodniu i spacerówkę w sam raz.

"Wynajęliśmy" go więc na 2 tygodnie, do wypłaty, żeby się zorientować czy nam odpowiada i .... Suseł znalazł w sieci Forda Mondeo ale o 100f tańszego, Estate, z mniejszym nieco przebiegiem. Gość ucieszył się z chętnego, obiecał pozostawić auto do poniedziałku, zdjął ogłoszenie ze storny i zainkasował 100f zaliczki, dla pewności, że myśłimy o zakupie poważnie. Do poniedziałkowego popołudnia utrzymywaliśmy kontakt, ustalaliśmy godziny i miejsce spotkania....a o 18:00 odebrał telefon i stwierdził, że "ojciec sprzedał auto rano komuś innemu".

K****A! Ręce opadły. Wizyta ustalona, kasa wpłacona, auta nie ma. Oczywiście obiecał odesłać zaliczkę najszybciej jak się da..... po dwóch dniach i ignorowaniu naszych telefonów, napisałam ze swojego numeru sms'a a obietnicą z klasy solennych, że ma 24h na odesłanie kasy na konto albo poniformujemy policję o próbie wyłudzenia i kradzieży. Mam głowę na karku, więc przy przelewie, napisałam, że jest to 100f w zaliczce za Forda Mondeo do kupna. Sprzedaż nie nastąpiła, pieniądze na konto nie wróciły, facet nie ma szans na obronę. Minął tydzień, kasy nadal nie ma. We wtorek zgłaszamy sprawę do prawnika, podobno w takiej sytuacji, facet popłynie na więcej niż 100f. :/

WIęc, chcał nie chciał, Estate czy nie, stanęło na Mondeo mechaników. Już jest nasz, pięknie jeździ, jest w cudnym stanie, butelkowo zielony, ma dużo miejsca z tyłu, więc pomieścimy się w 5 jak wcześniej. Podgrzewane szyby, alarm, pierdułki dla komfortu.... zadowolonam.

Emeryt stoi nadal przed domem i moknie na deszczu Trzeba nim jakoś dojechać 30km na złom. Z przegrzewającą się chłodnicą, potrwa to jakiś...dzień. Co 10 minut jazdy trzeba będzie go chłodzić na poboczu 30 minut. Zrobię Susłowi kanapki, kawczankę w termos i pojedzie w ostatnią podróż wysłużonego Vauxhalla. Wyjeździliśmy nim oboje dzieci, 4 lata to jednak szmat czasu, mnóstwo kilometrów, wycieczek... Nie lubię rozstawać się z autami..

:/

:(

Papa....

wtorek, 17 kwietnia 2012

Coś z Kokainowa... :)

Suseł ma dwa tygodnie urlopu. Kto by się spodziewał, że mam w ten spsób mniej czasu na cokolwiek niż zwykle? A to się człowiek wyciągnie, a to zamarudzi a to śniadanie rozciągnie się od wczesnej herbaty do południowego kończenia kanapki z ogórkiem...

Na szczęście dziś Maja wróciła do przedszkola po feriach, więc część naszej rutyny wróciła na miejsce. Maja wróciła w tych samych spodniach w których wyszła z domu a po południu poszła spatki umęczona wczesnym wstaniem i bieganiem w kółko za dziećmi.

Spodenki- od dwóch dni nie przelała ani jednych gatek. Dwa dni temu, kolejny regres w nauce wypełnił całe wiadro na pranie mokrymi spodenkami. Mokrymi i nie tylko. Nadal, póki jest czymś absolutnie zajęta, poleje na wszytsko, wliczając to krzesło w kuchni. W weekend siedziała 2h lepiąc figurki z plasteliny, pytana czy chce siku, odmawiała a potem trzeba było prać siedzenie. No klasyka gatunku. Są poranki, kiedy jeszcze z nocną pieluchą będzie wołać, że chce na kibelek, są wieczory, kiedy sika co 10 minut, zupełnie nie pamiętając o nocniku. Na szczęście nauczyła się przystawiać sobie do nocnika pudło z Duplo na którym kładzie myszkę i w czasie nasiadówki może puszczać sobie Miki na YouTube. :)

Nauczyła się też skarżyć:
-Mamooooo!  Bo Babcia mnie pokrzyczała!
-A za co?
-Bo się nie chciałam ublać!
-To znaczy, że byłaś grzeczna czy nie grzeczna?
-Niegrzeczna.
-No więc?
-.... ale pokrzyczała!

Oraz poznaje tajniki międzyludzkich relacji. Wróciła z przedszkola i za nic nie chciała się rozebrać- kurta przeciwdeszczowa, czapa, szalik, trampki- siedzi i się jeży. Nakrzyczała na nas, że będzie jej zimno i nie będzie się rozbierać i już i poszła do salonu czesać jeżozwieża. Po jakiejś godzinie po prostu weszłam, rozebrałam i pytam:
-A dasz buzi?
-Nie.
-Nie? Dlaczego.
-Bo jesteś zła!
-JA? - pomyślałam, co takiego zrobiłam?
-Tak, jesteś zła bo naksycałam.
-Myślisz, że jestem na ciebie zła bo na mnie nakrzyczałaś??
-tak. - cichutko.

Umie też tak: rozbieramy się do spania. Potfól ma teraz dość sprecyzowany wygląd- jest zielony, futrzasty, ma jedno oko i "robi, że mój pokoik jest klejący" (cokolwiek to znaczy). A więc nie zostanie sama w pokoju bo przyjdzie Potfól. Zapomniałam butli mleka i musiałam wrócić do kuchni. Zeszłam szybko ale słyszę z góry cichutkie (żeby nie obudzić Gabiego):
-mamooooo..... bojem siem! mamoooo....!!
-Idę już, nie bój się, jestem tutaj!
Głośniej:
-Mamo! Potfól idzie, bojem siem!
-IDĘ!

Lecę na górę, wchodzę do pokoju, Maja siedzi na łóżeczku z misiem i ma oskarżycielski wyraz twarzy:
-Jesteś taka niegrzeczna! Zostałaś mnie a tu jest Potfól!!

Wymiękamy 100 razy dziennie.

Mai angielski jest nie do pobicia. Umie już nazwać ok 50 przedmiotów i zwierząt bez zająknięcia a do repertuaru zwrotów dołączyło ostatnio:
-Łats jo nejm?
-Maj nejm is Maja!
-Hałarju?
-Ajm fajn, ju alrajt?
-Łejt fo mi!

Natomiast Gabi, dokładnie tak jak Maja w jego wieku rozsmakował się w liczeniu. Wystarczy więc powiedzieć:
-Jeden...
-DŁA, TSYY....
i tak w kółko.

Mówi też:
-Ciiichooo... - i wyciąga paluszek.
-Cioooo???
-Ceeeść!?

No i ponieważ Tata jest z nim od 1,5 tygodnia, nie schodzi mu z rąk. RYK jaki towarzyszy wychodzeniu Susła z salonu jest obłedny, Gabi łapie się bramki, osuwa na ziemię trzymając prętów i płacze:
-Taooooo,,,,, nieeeeeee,,,, aaaaa.......!!!!!
Serce pęka. Ale jest też wrednym wyzyskiwaczem, bo wzięty na ręce i wniesiony do kuchni natychmiast wskazuje paluszkiem na barek, gdzie w słoju mieszkają czekoladowe, wielkanocne jajeczka i mówi:
-DAJ?? DAJJJ??

Wrócił mu apetyt po tym jak od Bożego Narodzenia nie był chory ani razu ale zasadniczo w kwestii jedzenia są z Mają kompletnie różni: Maja je dużo ale tylko wybrane potrawy i składniki, Gabi zje absolutnie wszystko ale w ilościach mikroskopowych.  Niezbyt gustuje jednak w mięsie i pomijając niemieckie "pupety" i parówki, nie je mięsa i już. Jajek też nie, w żadnej postaci.

Niemniej jednak rośnie, przybiera na wadze i nawet dobija powoli do ubranek na 18 miesięcy. Nadal brakuje mu kilku ząbków i na razie nie zanosi się raczej na nowe fale ząbkowania. Planuję wizytę u dentysty, żeby dowiedzieć się co zrobić z tym bliźniaczym ząbkiem bo nie ma tam miejsca na górną dwójkę i boję się, żeby nie wyrosła w dodatkowym rzędzie. Od tego prosta droga do zębów jak sosny. :( 

A Maja nareszcie przestała rosnąć jak na dopalaczach. Od listopada nie urosła już 10 cm ale zaledwie 4 i pierwszy raz od 1,5 roku wpadła w tolerowalny zakres wzrostu dla jej wieku. Tolerowalny czyli 95 percentyl :) A to bezpośrednio przekłada się na koszulki rozmiar kobiecy 8-10 i spodenki na 8 latki. But rozmiar 12 z tendencją ku numeracji dorosłej. 13 dla dzieci już nie ma.

A u nas... zepsuł się nam autek i po 3,5 roku trzeba go zezłomować. W Polsce pojeździłby  jeszcze z 10 lat a tu nikt się taką awarią nie będzie ....... :/ Dodatkowo, w weekend poszła pompa wody i autek buja się do Co-opa i z powrotem ale to wszystko na co go stać zanim rozgrzeje się do temperatury topnienia asfaltu. Szkoda, tym bardziej, że na 13tkę Susła chcieliśmy kupić piec na drewno do salonu, żeby spuścić z rachunków zimowych za ogrzewanie. Co zrobić. Najgorsze jest to, że całą ekipą nie jesteśmy w stanie zapakować się do puszki Rodzicielki, więc nigdzie nie możemy razem pojechać. Nawet na zakupy jeździmy w niepełnym składzie bo do auta nie zmieści się spacerówka a co dopiero dwa foteliki, ja z tyłu, zakupy, wózek i tysiąc innych gadżetów....

Pogody nie ma, wiosna odwołana, wróżki pogodowe lecą w kulki. Zawiązki roślinek wysadzone już do ziemi zamarzły na przezroczyste bibułeczki, różowy domek stoi i moknie na deszczu, suszę pranie na czym się da bo nie ma sensu wystawiać czy wywieszać prania na sznury, żeby za godzinę lecieć po tak samo mokre kiedy zaczyna lać. Połowa kwietnia, w zeszłym roku, w okolicy chrztu mieliśmy środek lata i Maja jadała śniadania ubrana w same gatki, przy stole w ogrodzie.

Mam nowe klapki ale nie mam wiosny. Mam nową książkę Jamiego Olivera ale nie mam weny do gotowania bez pogody. W taką porę to tylko kartofel smakuje... :(







poniedziałek, 26 marca 2012

Słóweczko przerwane w połow....

Po pierwsze- przyszła wiosna. O 8:00 rano mamy 4*C, o 11:00 pełne 20*C. Witaj na Wyspach. Dzieciusie dostały łopatki, wiaderka, nowy piasek do stolika, rozstawiłam domek, w środku stoi już stolik i krzesełka, więc Maja je śniadanko na wybiegu. :) Zamieniłam crocki na klapki.

Po drugie- posuwamy się ostro do przodu w temacie nocnika. Jednego dnia Maja zmoczy jedną parę spodenek w przedszkolu, innego dnia wróci do domu w czym wyszła i jest sucha cały dzień. Ale zdarzają się wypadeczki które wyglądają tak:

-Nie mam mokro... ale nie patrz.

:)

Po trzecie mamy Nkę! Po prawie 4 miesiącach nasza telewizornia mówi po polsku. Nie wiem co oglądać bo po jałowej brytyjskiej wizji świata, wszystko jest atrakcyjne (no, pomijając polskie seriale). 

Po czwarte idę gotować penne bo woda wyparuje i ugotuję garnek na sucho.

Mamusiu, to dla Taty

piątek, 9 marca 2012

Ach, takie kawałki!

Dziś szczypteczka muzyki.

Raz na jakiś czas pojawia się na mojej drodze taka piosenka, bez której nie da się dalej iść. :)

Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałam "The Thrill is Gone" B.B.King'a:


Nigdy nie kręcił mnie soul czy blues, ale takie kawałki, gdyby ktoś dał mi wybór, zabrałabym ze sobą na bezludną wyspę, leciałyby w kółko i w kółko, bez końca.....

A ostatnio odeszła Etta James i przy okazji w TV dali "Cadillac Records". Znacie "I'd Rather Go Blind"?

No to najpierw oryginał, potem Beyonce, która w moim skromnym przekonaniu zaśpiewała to o niebo lepiej  na końcu amerykańska nastolatka, która pokonała obie Panie zanim się obejrzały:




PS. I Patsy Kline, lata całe szukałam tego kawałka, w czasach kiedy nie  było jeszcze YT. NIKT tego nie miał, można było kupić winyl na giełdach w USA....:



czwartek, 8 marca 2012

Ale nie jest tak źle, Kokainka ma pocieszenie

Ale zrobię sobie przyjemność i napiszę, że Gabi pięknie mówi! :)

Siedział jak mysia pod miotłą tyle miesięcy. Słuchał uważnie ale nie mówił. Płakać oczywiście jak najbardziej, preferowane emisje to: żałośnie i rozdzierająco.

Zaczęło się od "oka". To samo słowo co z Mają. Pewnego dnia pokazałam na swoje oko i powiedziałam:
-Oko!
-...Ako!

I stało się słowo ciałem i było "oko".

Potem pojawił się "jak robi lew". Gabi powtarza słowa i gesty po pierwszym pokazaniu, więc w jeden dzień nauczył się robić łapką paszczę lwa i mówi:
-Uaa!! Uaa!!

No i "jak robi kotek". Czyli głaszcze mnie po buzi i mówi:
-Miał, miał.

Potem przyszła "foka":
-_oka! _oka!

"Woda":
-Łodaa!

No i najlepsze:
-Tinga tinga! - jak w bajusi "tinga tinga afrika"

Dziś "auto":
-Autoooo..

i
-(K)oło!- jadąc paluszkiem po okręgu.

oraz:
-Mniam mniam mniam mniam! - na jedzonko na które ma ochotę.

Dodatkowo oczywiście:
-Mama
-Tata
-Baja
-Aja, czyli rodzinka w komplecie.
-daj!
-nie!

Umie też:
zrobić "tany tany",
kręcić się w kółeczko,
bić brawo na hasło "brawo",
pokazać gdzie ma stópki,
rączki,
pupę
i siusiaka,
udawać, że śpi i chrapie,
głaskać pocieszająco
i robić rączką "Indianina".

Wszystko to w 2 tygodnie. Powtarza każdy dźwięk po pierwszym zasłyszeniu, bardzo często końcówki naszych zdań. Często gubi pierwszą literę ale i tak jest niesamowity.

-Gabi, jak robi myszka?
-?
-Piu, piu.
-.... piu piu piu piu?

-A jak robi autko?
-?
-Brum brum.
-brum brum brum?

I umie włożyć wtyczkę do kontaktu.


Majusiowe fiki miki

Maja przechodzi ostatnio Ciężki Okres. A raczej cztery ciężkie okresy razem. Po pierwsze- ma rozkwit buntu trzylatka- kłóci się, nie słucha, pierdzi językiem, strzela klasycznego ignora, szturcha Gabiego, bije się o zabawki, w kółko ogląda "Kucyki" i drze się na cały dom:
-JESCEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!
Wrócić z nią z przedszkola to cud. Niecałe 2 km drogi idzie nawet godzinę bo zatrzymuje się co trzy kroki i "kombinuje"- a to patyk, a to złapie się drzewa i ani rusz, wbiega i zbiega z górki po tysiąc razy niepomna na jakiekolwiek wołania. Nawet zostawianie jej samej nic nie daje. Nie idzie i już. Ostatnio razem z Listonoszką odklejałyśmy ją od ogrodzenia i pani musiała obiecać prezent. Obiecała i słowa dotrzymała, bo przyniosła na drugi dzień przecudne ręcznie uszyte serce, wyszywane guzikami i wstążkami z lawendą w środku. Na co Kokainka napiekła na drugi dzień karmelków milionera i odwdzięczyła się.
Przy wychodzeniu z przedszkola, Maja wybiega goła, wykręcając się ze wszelkich zasieków, bo nie da się ubrać w kurtkę i leci w dół ulicy w krótkim rękawku, panie za nią, ja z reklamówkami, kurtką, czapką a ta leci i chowa się w chaszczach mając przednią zabawę bo ją gonią.

A to dopiero pierwszy ciężki okres.

Drugi to kolejne przeziębienie- tym razem oryginał bo Maja trochę kaszle, w dzień siedzi w kołderce i je jabłuszka tępo wpatrując się w Kucyki ale w nocy dostaje gorączki do 39*C i trzeba dolewać jej syrop na gorączkę do wieczornego mleka bo inaczej nie weźmie. Budzi się w środku nocy i zaczyna eksodus po sypialniach.

To właśnie trzeci ciężki okres- nocne koszmary czyli POTFUL. Potful nie mieszka u Mamy i Taty w łóżku i u Babci. Wszędzie indziej tak. Wczoraj w nocy, 0 1:30, Rodzicielka siedziała jak zwykle przy komputerze kiedy śmiertelnie wystraszył ją mały biały dusek, wyłaniający się zza monitora.
-U ciebie nie ma Potfola, Babciu.
Myślała, że zejdzie na zawał, bo nie słyszała ani jednego kroku po schodach. Maja ułożyła się na łóżku i.... zasnęła w 2 minuty.

-Mamo. Mamo.
-Co??- Kokainka zrywa się z łóżka.
-Jest tu Potful?- pyta Maja i Miś.
-Nie ma Słodzinko. Co ty tu robisz?
-Psysłam, psesuń się.

Czwarty ciężki okres to jedzenie- wszystko razem powoduje, że Maja jest tak przepraszam za słowo nieparlamentarne- rozpierdolona, biedula mała, że prawie nic nie je. Tylko dziś, wykręciła się na płatki, wypiła kubek kakao, potem drugi, zjadła z 10 makaronków rigatoni i pół parówki na kolację. Nie chce rosołku, ani gotowanego mięska, z ziemniaków robi plastelinę, nie chce pieczonej ryby, jajecznicy za którą zwykle by zabiła.

I tak już 2 tygodnie.

Do tego wszystkiego nadrzędny Nadworny Problem Kokainki- Maja nadal w bólach i cierpieniach przechodzi trening nocnikowy. Z porozumieniem ponad podziałami, panie w przedszkolu przejęły pół dnia, żeby utrzymać konsekwencję w wysadzaniu na nocnik. W dwa tygodnie tylko dwa razy Maja wróciła z przedszkola w tym w czym tam poszła. Reszta dni to wór mokrych szmat w ręku a dwa razy obrazek Mai biegnącej ulicą w wielkim jak namiot białym podkoszulku i szkolnej spódnicy sięgającej ziemi oraz Maja w chłopięcych bokserkach, rozmiar cholera wie jaki. Duży w każdym razie.

W domu- różnie. Są dni, kiedy leje w 10 par spodni. Są dni, jak dziś i sobotę, że nie leje, ale daje się posadzić na nocnik regularnie i udaje się. W sobotę pojechaliśmy na zakupy i w ramach żelaznej dyscypliny- bez pieluchy. Trzy razy szliśmy do kibelka zrobić siusiu, nie zmoczyła się ani razu. Na drugi dzień można było zbijać Arkę Noego.

Bo Maja nie powie.

Nie powie i już. Nie działają groźby, prośby, tłumaczenia, łapówki, naklejki, smutki, klapsy. Nic nie działa. Maja nie powie, że chce i już. Nie przeszkadza jej, że ma mokre spodnie po skarpetki, czasem z premedytacją czekam aż sama powie, że ma powódź w kalesonach. W końcu tracę cierpliwość:
-Maju. WSTAŃ!
-Nie mogę!
-A to dlaczego?
-Bo tu jest ślisko!

Wie, że chce, umie trzymać ale ma serdecznie w poważaniu jakieś czasu tracenie na siadanie i robienie. Mokre gaciorki śmierdzą i są fuj ale dopóki są na pupie- spoko maroko!

We wrześniu ma iść do Reception Year. Pomimo nieustannych starań od ponad roku, nie wiem co będzie, jeśli nie nauczy się sama robić do kibelka przez następne 6 miesięcy. Za radą przedszkolanek kupiłam jej trzy paczki majtek rozmiar 12 lat, żeby nie miała trudności w ściąganiu i zakładaniu. Nie. Zakłada sama kapcie, sama zdejmuje, współpracuje przy ubieraniu, umie podciągnąć rajstopki, założyć fartuszek do farb.... gaci nie. Nie i już.

Nago, zrobi za każdym razem. Sama siada, robi, wstaje i wynosi nocnik z salonu. Wystarczy założyć majty.

Czyli w sumie pięć ciężkich okresów od których ja siwieję. Nie je, nie śpi, nie słucha, nie używa nocnika...

Niech już ten trzylatek przerekonstruuje sobie ścieżki neuronowe i się wyprostuje!!

Półtora roku temu miała tak samo- nie dotykaj, nie rusz, nie dawaj, ić! Ale zanim pójdziesz puść coś nudnego jak flak i jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze, jeszcze, jeszcze.....

Powiedziała co wiedziała

-Nie będę jadła mleka z patkami.
-Dlaczego?
-Bo mleko to picie.

niedziela, 4 marca 2012

Miało być o filmach i książkach

Temat rzeczny. Można pisać i pisać....
Może o ulubionych a potem zobaczymy.

Jakiś czas temu odeszły na półkę ulubione filmy młodości. Nie znudziły mi się, po prostu gdzieś po drodze zrozumiałam, że prawdziwe, klasyczne SF w kinie skończyło się i już nic nowego mnie nie zachwyci. Na razie sprawdza się. Przejrzymy pierwszą 5, może 10:

1. AI

Piękna opowieść o człowieczeństwie z pytaniem w tle: czy nasza miłość traci czy zyskuje na znaczeniu tylko dlatego, że odczuwamy ją będąc ludźmi? Czy będąc kimś takim jak David, liczy się, że kochamy? Czy jest jakaś różnica?

2. Obcy 1,2,3, reszta to popłuczyny na temat.

Klasyk ponad klasyki. Krew, kwas i flaki. Ripley bohaterką moich nastoletnich zmagań z Obcymi świata realnego i kosmita doskonały. Nawet Borg nie dałby mu rady. Ani Dalekowie, Predator też miał trudności. Ripley dała radę. RIP.

3. Odyseja Kosmiczna 2001, 2010

Klasyk filmu i literatury gatunku. Ponadczasowy i urokliwy w każdej scenie. Nienawidzę Hala9000, Suseł kocha go miłością wierną i niezachwianą. Na dupce naszego auta mamy piękne srebrne literki naklejone tak, że wyglądają na oryginał: "HAL 9000".

4. Sunshine

5. Moon

Ostatnio do listy doszły te ostatnie dwa i o ile ktoś nie pała absolutną miłością do SF, "Sunshine"może okazać się za ciężki- tu super technologia, czynnik ludzki, awaria, ginie jeden za drugim, jest ekstra póki w akcję nie wdziera się jakiś golas o konsystencji dobrze skremowanego boczku i nie zaczyna przytruwać o swojej miłości do Boga. Film Jest Boski! :D Powinnam pisać recenzje na tylną okładkę Przeglądu Małopolskiego. Ale serio- pod koniec akcja przenosi się w transcendentalne klimaty fizyki kwantowej, ezoteryki i duchowej przemiany w obliczu powalającej siły Słońca- samoświadomej Istoty.



Zachęcające? Polecam muzykę- motyw z Ostatniej wiadomości na Ziemię i Przelotu Merkurego- perełki muzyki filmowej. Pierwszy za emocje, drugi za perfekcyjne wczucie się w odczucia jakie mogłabym mieć oglądając takie widoki....




Krótkie, nie zmęczycie się. :)

Teraz THE MOON.



Nigdy nie lubiłam Sama Rockwella. Przypomina mi byłego współlokatora Susła, który zawsze przejawiał pewność siebie odwrotnie proporcjonalną do fizjologicznego uzasadnienia. Czyli brzydki był jak diabeł ale aspiracje wybujałe ponad grządkę.

Za pierwszym oglądaniem, nie mogłam opędzić się od tego uczucia i zepsuł mi całą przyjemność. Musiałam obejrzeć film DOBRE 10 RAZY zanim przestałam widzieć Sz. a zaczęłam doceniać kunszt aktorski Rockwella. Jest niesamowity w każdej swojej odsłonie, ale nie chcę Wam psuć opowieści.

Rzecz ma się o gościu, który kwitnie na Księżycu 3 rok w oczekiwaniu na koniec kontraktu. Samotny pracownik bazy księżycowej trzymający pieczę nad koparkami wydobywającymi Hel3 dla Ziemi wychodzącej z kryzysu energetycznego. Wielka odpowiedzialność- potworna samotność.

W pewnym momencie, niedługo przed końcem kontraktu bohater ulega przywidzeniu i pakuje się z łazikiem pod koparkę. Budzi się z wypadku i ......zaczyna się jedna z najbardziej odartych ze współczucia i cukierkowości kina opowieści o Człowieku. Powala na kolana, wyciska łzy z oczu przy każdym oglądaniu, ostatnie sceny wprost wyrywają serce z piersi. Myślisz- CO JA BYM ZROBIŁ? Co by ze mnie zostało? Gdzie jestem Ja a gdzie moje Wyobrażenie Siebie w obliczu takiej rzeczywistości? Co stanowi o Mnie?

Polecam. Przemyślenia "po" obowiązkowe.

GERTY moim ukochaną po DAVIDzie Sztuczną Inteligencją.

A potem opowiem Wam o diamencie w koronie moich filmowych preferencji.




piątek, 2 marca 2012

O Wrocławiu ale za starych dobrych czasów

Rybny.

Ale mi się zebrało na wspominki!

Z jakiegoś powodu najbardziej intensywne wspomnienia z mojego dzieciństwa zwykle związane są z zapachami. A może zapachy ze wspomnieniami?

Pamiętam ośrodek wczasowy w Jaszowcu koło Wisły gdzie dywany i ściany pachniały tak samo odurzająco wakacjami i latem przez wszystkie turnusy jakie tam spędziłam. Zwykły bieżnik długości 15 metrów w każdym korytarzu a było ich z 6, ściany pomalowane na olejno.... w tym zapach śniadania, chleba, kosteczki masła, tłustych serów na wielkich srebrnych tacach, potem obiadu i radość kiedy po ośrodku rozchodził się zapach gotowanych parówek na śniadanie....

Ale to Jaszowiec.

Miało być o rybnym. Na ulicy na której się wychowałam był bar piwny Juhas i sklep rybny PSS Bez Nazwy.
Dla dziecka widok sklepu rybnego z czasów komuny był jak ośrodek NASA dla wieśniaka. Tylko że taki opuszczony.

W Rybnym nigdy nie było ludzi. Zawsze wchodziłyśmy z Babcią po schodkach w górę i tuż za drzwiami wiedziałam na co będę miała ochotę- marynowane śledziki. Skąd dobiegał ten zapach do dzisiaj jest to dla mnie zagadką bo marynaty stały w słoikach na wysokiej półce. Same półki to już było kuriozum bo ciągnęły się metrami wokół całego sklepu a wszystkie puste. Sklep skrojony na zbyt dużą miarę komuny. Białe kafelki oklejały pomieszczenie na każdym centymetrze powierzchni a na nich metalowe, puste półki i 5 słoików śledzi w marynacie.

Jako knypek, wspinałam się na paluszkach do oszklonych lad. Tam na kilku blachach, wyłożone na szarym papierze leżały wędzone makrele z kolorowymi skórkami, trochę śledzia, Babcia lubiła szprotki. Czasem flądra, czasem nawet sprzedawczyni, czasem na jedno wychodziło. Miały na sobie w 100% naturalne elastikowe fartuchy w kwiaty i sandały z dziurami na palce sznurowane po kostkę. W tym względzie nie różniły się niczym od szkolnej odźwiernej, tylko, że nasza była nie-flądra.

Siedziały zazwyczaj we dwie, gdzieś w kącie zimna herbata w szklance, papier pakowy czekający na klienta, niebieska waga, odważniki których było więcej niż towaru. Cisza i septyka i marynowany zapach komuny.

Po mrożone się prosiło ale najpierw trzeba było zapytać się co jest:
-Co jest?
-Dorsz jest.

Do tego czasu zwykle traciłam zainteresowanie tm co jest a czego nie ma i siadałam na parapecie pod obrębioną krzywo firaneczką oddzielającą ulicę od sklepu. Na parapecie stała wielka czerwona ryba z dmuchanego szkła. Zawsze wyprężona, na ogonie ginącym w szklanej, niebieskiej wodzie, z wielkimi, otwartymi, czerwonymi ustami. Usta puste jak sklep.

Szprotki były fajne ale przez lata straciłam chyba 3 miesiące życia na grzebanie i wybieranie czego się nie dało zjeść z takiego małego truchełka. Makrele lubiłam w całości a szczególnie ten taki maluśki filecik z ciemno-brązowego mięsa ciągnący się wzdłuż kręgosłupa.

Raz na tysiąc wizyt, dumnie, między szybą oszklonej lady a blachą z wędzonką stało małe, czerwone pudełko, podłużne, może 15 cm. W środku była hula-gula przemysłu rybnego- czipsy z krewetek na głęboki olej. Co to było za święto!!! Babcia smażyła a ja jadłam w nabożnym skupieniu, chrupek za chrupkiem. Czasami przyklejały się do języka i bolało przy odrywaniu. Już takich nie robią. Z drugiej strony- co w nich mogło być? Polski komunistyczny sklep sieciowy Polskiego Rybołóstwa- a tu chipsy krewetkowe?? Ale dobre były okropecznie.

Że też człowiek dorasta normalny na takich wspomnieniach?

Polska, rok 1985.

PS. Wiecie, poszukałam w googlu zdjęcia pod hasłem "rybny komuna". Nie ma wyników. Czy to możliwe, żeby nikt nie pokusił się o uwiecznienie jednego z takich cudów kunsztu handlowego dla potomności> Moja pamięć- skarbnicą narodu.

PS2. Kompromis- znalazłam mięsny. Czytelnikom pokolenia 1990 wzwyż- ku pamięci i ku chwale Ojczyzny!

wtorek, 28 lutego 2012

Palcoleptycznie

Od 12 miesięcy zaglądamy Gabiemu w uśmiech w oczekiwaniu na coś więcej niż 4 Jedynki i 2 Dwójki, z czego po jednej a górze i jednej na dole. Ile się można męczyć z 6 ząbkami przy jedzeniu zielonego groszku!!

Ostatnio wyszło coś śmiesznego co przypomina kiełka czyli Trójkę ale ma dwie końcówki zamiast jednej.

I dalej czekamy.

Dziś robiliśmy z Gabim lwa...


Gabi ma nadal tylko swoje kasowniki na przodzie...... macam....potem długo nic....macam..... i wszystkie trzonowce!!

Co to za dziecko jest? :D



Ze serem poprosze



Mmmmmmm......... Z lnem.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Kolejny temat z listy. :)

Wieki temu, całe 5 lat z okładem, Truffel zarósł fryzurą tak bardzo, że trzeba było iść do fryzjera. Tuż przed wyjazdem z PL byłyśmy zrobić się na bóstwa, czyli poszłyśmy do fryzjera ściąć włosy na zapałki. I podczas kiedy moje rosną powoli i są w miarę grzeczne, Truffla włosy przypominały zawsze fryzurę Harryego Pottera. Łącznie z tą ciekawą cechą, że odrastały zaraz po wyjściu od fryzjera. Więc poszłyśmy "do Joe". Joe ma zakład na roku, tuż obok tajskiej restauracji ze słoniami na ulicy. Z jakiegoś powodu "u Joe" wydawało nam się lepiej niż gdzie indziej i dobrze, bo dziś zamiast stałego avatara miałabym jakiegoś misia, kwiatka czy abstrakcyjny maziuk.

Mój avatar to ja. Nie fizycznie. W każdym innym względzie. Ale co z tym fryzjerem?

Więc Truffel weszła, zasiadła, Joe zaczął międlić włosie, bo taki dziw natury, który nosiła Truffel często się nie zdarza. Kosiarka spalinowa Terrafirmanator byłaby dobrym narzędziem w jego rękach na tą okazję.Widziałam, że się bał. Serio.

A więc z teoretycznego szybkiego cięcia, wizyta zmieniła się w kilkugodzinne koszenie i próby wymodelownia stogu siana. A ja na foteliku w zagródce dla klientów oczekujących obejrzałam już wszystkie możliwe kolorowe magazyny, wyczytałam brukowce, zmieniłam trzy albumy na słuchawce.... i w końcu rzuciłam się na katalogi z fryzurami.

Ta nie, ta nie, ta nie, ta brzydka, nie, nie na ulicę, nie do teatru, tak ale na zlot czarownic.....

o.

Tyle powiedziałam na głos.

"o."

oj oj
oj

jaka ładna

oj, o.

Co teraz?? Siedzę i patrzę w katalog, oczom nie wierzę. Jest ona, jak ja jakaś taka, czarne usta, czarna sukienka, coś ma takiego w mordzie, że łzy cisną się do oczu! To ja w alternatywnej rzeczywistości, TO JEST KOKAIN!

Spokojnie, oddychaj, spójrz jeszcze raz, zwykła babka.

oj.

Musi być moja! Pomijając fryzurę, szczyt  szczytów marzeń, babeczka musi iść ze mną do domu!
Jak ją zabrać? Przecież nie zajumam Joe katalogu z fryzurami ważącego trzy tony!

Na co zeszło mi kolejne 1,5h?

Na
po-wo-lut-kim 
wy-ry-wa-niu 
kar-tki 

ka-ta-lo-gu 
tak
że-by 
ni-kt 
nie
sły-sza-ł.

Jest ze mną do dziś. :) W avatarze, wszędzie w sieci gdzie jestem, na poczesnym miejscu w opasłym segregatorze ze wszystkim co dotyczy Rammsteina. Na dysku.

KOKAIN


sobota, 25 lutego 2012

34!



Stooo lat dla mnieee!!! 
:)

DZIĘKUJĘ WAM WSZYSTKIM ZA ŻYCZENIA, NA FB, NA MAILU.... BARDZO SIĘ CIESZĘ, ŻE JESTEŚCIE.

środa, 22 lutego 2012

Jogult!

Jogurt :)


Potrzebne nam są:

2-3 łyżki jogurtu naturalnego ze sklepu (przy odrobinie dyscypliny to ostatni jogurt naturalny który musicie kupić w życiu.)

mleko tłuste UHT

Plastikowy pojemnik

Termometr kuchenny, może być nawet podpaszny, byle umyty ;)

Podgrzać w garnuszku lub mikrofali tyle mleka ile chcecie mieć jogurtu lub ile zmieści się w waszym pojemniku. Wsadzić termometr i poczekać aż temperatura spadnie do 36-38*C.

(jeżeli używacie angielskiego mleka w butlach, trzeba je zagotować bo nie jest pasteryzowane!)

Wmieszać jogurt i dobrze rozpuścić w mleku.
Zamknąć pojemnik i odstawić w dość ciepłe miejsce na min 6h.

Utrzymywać temp 36-38*C, więc działa leciutko nagrzany piekarnik, grzejnik w kuchni. Ja wsadzam wiaderko po 0,5l jogurcie do slow cookera nastawionego na "warm". Uchylam pokrywkę i co jakiś czas zaglądam czy nie jest za ciepło.

Po 6-8h wstawić pojemnik do lodówki. Rankiem będzie pełen jogurtu.

Smacznego!


wtorek, 21 lutego 2012

Chleb prosty jak maczuga jaskiniowca

500g mąki plain, lub mieszanej w różnych wymyślnych proporcjach np z żytnią, razową, pełnoziarnistą.
300ml ciepłej wody
30ml oleju lub oliwy z oliwek
2 łyżki stołowe drożdży w proszku
1 łyżka stołowa cukru
0,5 łyżki stołowej soli

słonecznik, mak, sezam, kminek, kmin rzymski, orzechy, ser, przecier pomidorowy, cynamon, goździki, suszone pieczarki, suszone pomidory, oliwki, rozmaryn, bazylia, gnieciony czosnek, cebula podsmażona..... wszystko prócz mięsa i ryb. :) Może być nawet tarkowana cukinia, dynia- wszystko!

Mąkę, cukier, sól, drożdże dobrze wymieszać łapkami, dodac olej, wymieszać w miałki proszek.

Dolać wody.

Wyrobić ciasto.

Dodawać mąki bo będzie się kleić i rozciągać na stole od siebie, żeby ciasto darło się jak stare rajstopy. Ugniatać, rzucać, kręcić, rozpłaszczać, cisnąć  i znowu rozciągać jak rajstopy ok 15 minut

Nic z tych rzeczy:



Kiedy stanie się gładkie, zwarte i nie będzie już potrzebować mąki, rozgnieść na płasko w koło i zaciskać brzegi do środka jakbyśmy pakowały tobołek dla sieroty.
 


Odwrócić i ukształtować śliczną kulkę.



Wytłuścić michę, włożyć ciasto, przykryć wilgotną szmatką i postawić w ciepłe miejsce na 2h. Ja otwieram piekarnik, nastawiam na minimalną temperaturę, sprawdzam czy jest miłe ciepełko łapą i wsadzam michę ze szmatką do środka i zostawiam otwarty.

Po 2h powinno urosnąć 2x. 




 Wyłożyć na stół i rozklepać chamsko na placek.



Włączyć piekarnik na maksa 230-240*C.

I znowu wyrobić jak stare rajstopy. Po ok 5 minutach wytrząsania się fizycznie nad tym ciastem powtórzyć zawijanie tobołka dla sieroty. Odwrócić i ukształtować śliczną kulkę. TERAZ posypać makiem, mąką, sezamem i bardzo ostrym nożem, żyletką itp naciąć 1cm sznyty po skosie, albo w kratkę albo w romby, żeby dać ciastu szansę otworzyć się i jeszcze wyrosnąć.

Odstawić na 30 minut, ostrożnie wsadzić do piekarnika i piec aż stanie się złoty a pod pukaniem będzie brzmiał jak pusty.


Postawić na siatce albo blaszce piekarnikowej, żeby dół nie zawilgł bo teraz chlebek będzie odparowywał wodę ze skórki. Zapakować w papier i czekać aż ostygnie.

Można wcinać.

I nie zapomnieć, że chleb to nie tylko kula armatnia, może mieć kształt czegokolwiek i też będzie dobrze:


Kropka.

Podkreśliłam kluczowy momenty, które można opowiedzieć wnukom. :)

A jutro napiszę Wam jak zrobić kupę własnego żywego jogurtu naturalnego. A co! 

poniedziałek, 20 lutego 2012

Dżem i chleb

A zacznę od końca czyli o chlebie i dżemie.

Zepsuła się nam Nka definitywnie. Gdzieś tam przed Bożym Narodzeniem padłą i już nie wstała. Pojechała więc do Polski a my zostaliśmy w salonie lampiąc się w milczący telewizor. No ja wiem, że mamy ok 2Tb filmów ale jakoś tak dziwnie bez świeżyzny sączącej się rankiem w Dzień Dobry TVN.

Więc Suseł wziął raszplę, wygrzebał izolację ze ściany w miejscu którędy kiedyś szła antena tv naziemnej, wepchnął do salony kabel i podłączył Freeview.

Mamy więc BBC1,2 i inne numery też są ale szybko wyniuchałam More4. Aaaaach! Aaaaaa..... mniam!
Jamie Oliver gotuje, rzuca, gniecie, smaży, blanszuje, piecze i opowiada. River Cottage pokazuje cuda kuchni wiejskiej, sprzedają i kupują domu, urządzają, sugerują, podtykają, przebudowują stare szopy w domy marzeń- A!

Aż się wzięłam za siebie i do nowo nabytej umiejętności robienia własnego jogurtu i pieczenia chleba postanowiłam dołożyć nową. Po tym jak pani wzięła banieczkę z dżemem domowej roboty, skibkę chlepka w szmatce, psa i klapki, wyszła przed dom, usiadła na ławeczce i zjadła wszystko to ze smakiem prócz psa i klapek. I ławeczki. :)

Dżem.

Nigdy nie robiłam bo wychowali mnie na mięsku. NIe jadałam więc dżemów, konfitur, miodków na chlepku, masła z cukrem, płatków z mlekiem, zup owocowych..... brrr.

Ale od czego się dorasta?

Ponieważ stwierdziłam jednoznacznie, że brakuje mi podstawowego sprzętu dżemowego, choć mam klapki i psa, to banieczki i ławeczki nie. Weszłam na Amazona i kupiłam książkę tą właśnie bo miała najwięcej stron i opinii na plus:


Jest w niej wszystko co można wsadzić do słoika, nawet banany. Zaopatrzyłam się również w urządzenie do robienie galaretek z owoców:

I pięć słoików, bo więcej nie znalazłam w domu. Na pierwszy rzut poszła galaretka z pomarańczy. Tylko z dwóch bo resztę się zjadło, akurat do jednego słoika. Mmmmmm.......Nie dotrwała do końca tygodnia. Dziś sączy się sok z jabłek na galaretkę jabłkową z cynamonem i goździkiem.

W tym tempie nie ma mowy o napchaniu spiżarni słoikami z owocnią i warzywnią świata. Tym bardziej, że w UK owoce tylko wydają się łatwo dostępne. Jabłka i gruszki są w sklepach cały rok, ale gruszki twarde jak kamienie. Jagody, maliny, jeżyny również ale w opakowaniach jak dla niezbyt głodnego mięsożercy. Pudełeczko na 20-25 owocków kosztuje 2f, więc gdybym miała nakupić np malin na 2kg chyba musiałabym wziąć nadgodziny. :) Anglicy zasadniczo nie robią już przetworów, owoce traktują jak delikates na raz. Stąd caął rzesza profesjonalnych angielskich kucharzy namawiająca na nowo do uprawy własnych ogródków i pakowania zbiorów do słoików. Tak naprawdę tylko dla własnej satysfakcji i pewności, że w słoiku jest tylko owoc i cukier a nie wujek Mendelejew. Ale jeśli za słoik najlepszego dżemu mogę zapłacić 2,70f czy opłaca się grzebać w słoikach w domu?

A w cholerę tam z opłacaniem! Dlatego mamy już upatrzoną pobliską farmę, gdzie uderzymy na wiosnę z pytaniem co i gdzie można kupić w sezonie.

I chleb.



Mam dość angielskiej gliny, polskie pieczywo na zakwasie jest dla mnie już zbyt kwaśne i rośnie w buzi. Wydelikacona Kokainka się zrobiła. Dodatkowo przeczytałam, że 80% tłuszczów piekarskich to tłuszcze trans, więc podjęłam decyzję i od 3 tygodni sama piekę chlebek. Na oliwie z oliwek, drożdżach, z nasionkami, chrupką skorupką. Robienie własnego chleba jest proste jak 123, zajmuje dosłownie godzinę czasu dziennie i to wtedy kiedy kucamy przy piekarniku i zaglądamy jak się piecze. :) Bo bez kucania, jakieś 45 minut. Robię od razu dwa wielkie bochenki, bo zanim zje się pierwszy, drugi właśnie pięknie dojrzewa.

I mam w planie wypróbować przepis na irlandzki soda bread z serem i jabłkami na cydrze. Ktoś się ślini, ja tak.

A co by się stało gdyby mieć taki piecyk, ladę, szybę sklepową, piec chleb i bułki w niewielkiej ilości, rankiem... dla mieszkańców wioski czy małego miasta.... nieustannie chodzi mi po głowie to marzenie- gotować dla mas!


No i Maja zaczyna jeść "kanapki".  W rzeczywistości jednak je tylko te, które dajemy jej w aucie kiedy wracam z Tesco- teskowe trójkąciki. W których zje wszystko- i rzeżuchę i jajko, majonez, bekon, sałatę, pomidora... w domu ta sama kapka zostanie rozłożona na czynniki pierwsze, obadana, przestudiowana paluszkami i naocznie i odsunięta z niesmakiem. W aucie MA BYĆ "tlójkącik" i koniec. Więc robię je z własnego chlebka i udaje, że Tesco dało. Ale przynajmniej poznaje smak prawdziwego chleba a nie przyzwyczaja się do gliny z przeznaczeniem pod toster i Marmite.