piątek, 24 maja 2013

Na przekór pogodzie z Gabim w roli głównej

Wiecie co mam za oknem? Sztorm. Regularny, szary, straszny sztorm, który wczoraj siał deszczem ze śniegiem a dziś wydziera z rąk kamienie. A mamy koniec maja. Naprawdę, jako geograf zaczynam poważnie martwić się o to co będzie dalej....

W tym roku mieliśmy 2 dni pogody. Na szczęście trafiło na Bank Holiday i mieliśmy okazję wyskoczyć na zieloną trawkę, żeby pobiegac po trawie i zjeść kanapki gdzie indziej niż przy stole. To było 3 tygodnie temu.

Z racji tego co za oknem powspominam jednak troszkę tamten dzień, żeby zrobiło się cieplej. Rano pojechaliśmy na pierwszy w tym roku car boot, gdzie Gabi dostał dwie kolejki z Tomkiem a Maja książeczki do literowania. Zaopatrzeni, pojechaliśmy do Broughton Castle, gdzie wiecznie zielone łąki rozciągają się po horyzont i rozłożyliśmy kocyki. Obrazy opowiedzą resztę.

Najedliśmy się kanapek, truskawek, Mama Kokainka pozwoliła nawet napić się Coca-Coli! Wielkie święto!

Gabi oszalał na punkcie Tomka i kolejek w ogólności. Mój dziadek ze strony Taty był kolejarzem. Mój pradziadek ze strony Mamy też, jego córka, moja ciocia-babcia również. Susła brat jest kolejarzem. Cztery osoby w rodzinie zobowiązują. Gabi kocha wszystko co ma kółka i robi ciuciu. Swoje figurki z książeczki o Tomku, które dostał pod choinkę nosi ze sobą wszędzie i o dziwo zawsze wie gdzie są. Szufladę z zabawkami zapełniają wszelkie rodzaje lokomotyw i wagoników, drewniane, plastikowe, metalowe, z Tomka czy nie- kocha Ciuciu i koniec.



Jednym z pierwszych słów którymi zaczął się posługiwac był "bęgiel" czyli węgiel. Tomka musi oglądać w telewizji cały dzień, wszędzie jeździ swoimi kolejkami, każdego ranka rozkłada jedną z kilku kolejek które ma, wyciąga trzech lub czterech Haroldów, różnej wielkości , o różnym stopniu zniszczenia i ratuje z helikoptera co się da. W jego ulubionym odcinku Berię ratuje Harold, przenosząc ją na linie z mostu Bujamostu na stały grunt i Gabi, kiedy tylko ma pod ręką nożyczki, chwyta swoje pociągi jak w szczypce, od góry i mówi:
-Cymaj się Berciu, zalas cię ulatujemy!



Gabi mówi jak 3 latek, powiem więcej,- Mówi lepiej niż Maja kiedy miała 3,5. Nie miesza przypadków, rodzajów, posługuje się całymi zdaniami, potrafi od razu powtórzyć całe frazy i wystarczy dzień i jedno powtórzenie i zaczyna ich swobodnie używać. Dziś np, wysiadając a auta powiedział:

-Mamo, jaki silny wiatl! Baldzo silny i buja i wieje. Gabi jest jesce mały i poleci. Boję się.

Jego logiczne myślenie, łatwość z jaką kojarzy fakty i wyciąga wnioski jest dla mnie niewytłumaczalny. Ma dopiero 2,5 roku a rozumie absolutnie wszystko co się do niego mówi i jeśli my nie rozumiemy o co mu chodzi to tylko dlatego, że to my nie sądzimy, że może mówić o takich rzeczach o jakich mówi. Do tego liczy po polsku i po angielsku do 10, i umie policzyć przedmioty do trzech, umie też zastosowac liczebniki jak "pierwszy, dlugi, tseci, cwalty.." i liczy te swoje pociągi na torach tam i nazad.



Przy tym jest niewyobrażalnie słodki i tulaśny i jak na razie to mały maminsynek, który "chce do mamy, moćka i mleko" kiedy tylko posmutnieje czy jest zmęczony.

Jest bardzo zdolny manualnie, potrafi zakręcac i odkręcać butelki, odpinać i zapinać buciki, zdejmować kurtkę, spodenki, podciągać nogawki piżamki kiedy są za długie, zakładać czapkę tył na przód przy czym nieustannie komentuje wzystko co robi:

-Podniosę podenki bo padną do ziemi i siem przewlócę.



Nadal jest niejadkiem ale łasuchem na owocki i słodycze. Czasem nie je 3 dni a potem dostaje robaka-wpierdalaka i nie można się opędzić. A potem znowu wraca do opcji mleka na każdy posiłek i nie powalczysz, mimo najlepszych chęci.

Ale jest wyjątkowo grzecznym i zgodnym dzieckiem i  zdjęcie powyżej oddaje całą jego naturę.


Kiedy wspominam czasu przed Dzieciusiami, marzyłam, że kiedy juz będę miała te swoje dzieci to będzie tam synek, malutki, mądry, spokojny, poważny ale i radosny kiedy przyjdzie czas na radość. Gabi jest dokładnie taki jak moja wizja "synka". Często wieczorami tuli mnie mocno za szyję i mówi:
-Kocham cie naj na świecie.

Zakłada mi na koalnka plasterki i pyta:
-Sysko w poziądku? Zyjes?- kiedy nachodzi mnie kichanie sienne.

Lubi jeść piasek, trzyma mnie za rękę kiedy zasypia i czasami boi się, że ma złamanego siusiaka- nie pytajcie, nie wiem dlaczego :)


czwartek, 9 maja 2013

KOKAIN- Speszal Ediszon

Dla spragnionych fanów kultowych, od dzisiaj po lewej stronie bloga macie specjalność zakładu pod tytułem "Kokain i Audycje" gdzie co prawda losowo ale będą się linkować kolejne poniedziałkowe audycje w których regularnie biorę udział w ramach mojej działalności w Projekcie Infinitus. Możecie sobie posłuchać o rewolucyjnych opiniach Kokainki, czasem coś o nauce, czasem coś o czymś innych. SF, apokaliptyczne teorie, 2012, komunikacja, zagadnienia społeczne.... Od wyboru do koloru.

W dzisiejszym temacie, moja pierwsza audycja z listopada 2012, o emigracji właśnie:



Enjoy!

Realia i co ja na to

Trwa trzeci tydzień koczowania naszego znajomego w salonie. W życiu nie mieliśmy tak bezproblemowego lokatora w domu! Praca jest, czasem jej nie ma, jak na razie kontaktuje się tylko jedna agencja pracy i szczerze mówiąc nie spodziewałam się niczego więcej. W Miasteczku jest z 15 agencji ale po latach domyślam się już, że raczej przyjmują polskich pracowników na listę chętnych ale zaraz po ich wyjściu z biura, wrzucają papiery do śmieci. Tak było z resztą ze mną i Trufflem. Zarejestrowałyśmy się w 5 a i tak odpowiedziała tylko jedna (ta sama co teraz) i to po 2 tygodniach kiedy już miałyśmy inne zajęcie.

Pozornie wydaje się, że ruch na runku pracy agencyjnej się nie zmienił ale po trzech tygodniach widzę, że zmieniły się czasy. Kiedyś było nam łatwiej znaleźć pracę, dziś tak nachrzaniliśmy sobie w opinii o Polakach, że czasami mam wrażenie, że idąc spacerkiem po Miasteczku tłum rozstępuje się niczym Morze Czarne. :( Nie raz odczuwam konieczność bronienia się pod presją nieufnych spojrzeń ludzi, którzy pytają się ską jestem. Zauważyłam, że kiedy powiem, że z Polski- natychmiast wciągają powietrze i stwierdzają lakonicznie:
-aha.
Ale ciągnąc zdanie, kiedy powiem, że mieszkamy tu już 7 lat i nasze dzieci się tu urodziły i ze kocham ten kraj i ludzi.... na ich twarze powraca uśmiech i od razu robią krok w przód. Ci co nas znają od lat, chyba zapomnieli, że jesteśmy z Polski. Nawet kiedyś w rozmowie ze znajomą z Tesco, kiedy nie uwierzyła, kiedy w rozmowie wyszło, że znamy się już 7 lat, przyznała, że teraz jesteśmy już lokalni. Swojscy. Żadni tam "Polacy". To miłe. Kiedy wysiłek stapiania się z otoczeniem przynosi takie efekty.

W jednej z firm która zatrudnia przez agencję Polacy spalili za sobą wszytskie mosty. A właściwie jedna laska. Przyjęła się na nocną zmianę i usłyszała, że jak się sprawdzi to jest szansa na kontrakt na stałe za jakieś 12 tygodni. Popracowała rzeczone 12 tygodni i kontraktu nie dostała. Więc wiedźmiński wkurw słowiański dał o sobie znać i oskarżyła managera nocnej zmiany o molestowanie seksualne. Sprawa się zakapućkała, panienka i tak miała już inną pracę na horyzoncie, manager zostałw ysłany na białe niedźwiedzie a cała polska nocna zmiana została zwolniona w trybie natychmiastowym w ramach szeroko pojętej profilaktyki zdrowia psychicznego zakładu. Tak to się dzieje czasem na emigracji.

Nie dziwota, że trzeba się bronić w kontakcie z pracodawcami. Nie zazdroszczę nowo przybyłym takiej sytuacji... W 2006 to było niebo na ziemi a teraz.... No i nie zazdroszczę jeszcze jednej rzeczy, którą widzę zarówno u A jak i słyszę, że gnębi kilku Polaków z którym A już się zetknął.

Rzecz się ma o ambicjach czy raczej ich nagłej śmierci w wyniku zderzenia ze ścianą rzeczywistości w UK. Żadne referencje, świadectwa pracy, doświadczenie, stanowiska, lata przepracowane nie mają żadnego znaczenia jeśli przywiezione zostają w walizce z Polski. Człowiek, chce czy nie musi zacząć od zera i rzadko się zdarza, że wynosi go to na bohatera. A był 14 lat wiernym pracownikiem Multikina i pod koniec managerem działu gdzie zajmował się wszystkim od podłączania projektorów po jeżdżenie po Polsce i otwieraniu nowych kin. Teraz od 2 tygodni szufluje traye na tyłach piekarni i to boli. Bolą ręce, bolą nogi i boli ambicja. Dogorywająca w spazmach, przy wtórze przejmującego rzężenia.

Jeden z Polaków spotkany na zmianie opowiadał o swoim zawodzie Anglią bo przyjechał tu 2 miesiące temu, nie zna języka ni w ząb, w Polsce był taksówkarzem i jest rozczarowany do łez bo chciałby tu zostać "dyrektorem" a wygląda na to, że to se ne da. Niby śmieszne ale jakie tragiczne?

Może jesteśmy jacyś inni ale jakoś nie do końca boli mnie fakt, że mam w szufladzie dyplom studiów wyższych a pracuję na kasie... to nie kwestia braku ambicji, bo gdybym dostała ofertę, poleciałabym jak w dym. Po prostu nie mam ochoty znienawidzić rzeczywistości tylko za to, że mi się nie podkłada dywanem usianym płatkami róż. Jak przyjdzie na to czas to się znajdzie. Do tego czasu korzystam z tego co jest i nie czuję wyrzutów sumienia, nie roztkliwiam się nad całą masą hipotetycznych możliwości, które przechodzą mi obok nosa. Czasem tylko wkurzam się, że stoją mi na drodze bariery nie do pokonania na które niewiele mogę poradzić. Wszystkie inne da się pokonać.

Pierwsze to prawo jazdy, którego nijak nie mogę zrobić, drugie to Dzieciusie, które muszą wyrosnąć na tyle, żebym mogła szukać jakiegoś sensownego zajęcia od 9:30 do 14:30. Też mi sensowne godziny... ale jednak.

Ale, do tego czasu chwalę sobie wszystko co przynosi los i z tego jestem zadowolona. W ten sposób pierwszy siwy włos na mojej skroni pojawi się gdzies tak koło 90tki kiedy poczuję, że spada mi tętno i nie czuję nóg. :)


piątek, 26 kwietnia 2013

Gwiezdna opowieść

Macie dziś moje całe popołudnie. :)
Zauważyłam, że opowiedziałam Wam o Suśle i Astronomii ale nie dodałam nic z ogólnego kontekstu i wygląda na to, że wziełam i polubiłam Astronomię szast prast. :)

Więc było tak, że moja Rodzicielka była kierownikiem księgarni (lub pracowała w księgarni) od roku przez moim urodzeniem. Ponieważ byłam typem niezbyt uspołecznionym w wieku żłobkowym, mama musiała zabierać mnie do siebie do pracy i jako knypek spędzałam godziny na zapleczu przekładając ciężkie komunistyczne tomiszcza rozpraw ideologicznych..z kupki na kupkę... albo zakopywałam się w górach papieru z paczek, albo rysowałam wielkie ludzie na wielkich arkuszach papieru... I tak upływał czas dopóki nie spodobało mi się moje drugie przedszkole. Tak czy inaczej mój los jako móla książkowego został już przypieczętowany. Nawet wtedy kiedy już nie musiałam kwitnąć wbrew regulaminowi na tyłach księgarni, ulubioną rozrywką było szabrowanie po magazynie kiedy wracałam z Babcią z przedszkola i zachaczałyśmy o pracę Rodzicielki.

Razu pewnego, a mogłam mieć z 6-7 lat natrafiłam na dostawę towaru i po sufit piętrzyły się paki z nowymi książkami, popakowane w papiery i zawiązane sznurkami. W tych czasach pakowało się książki w kilka arkuszy papieru drukarskiego z tzw. niedobitek, potem arkusz papieru pakowego, naklejka z miejscem odbioru, sznur i ciężarówka. Niedobitki to arkusze na których przesunął się wydruk i np czerwony kolor wystaje poza zasięg ilustracji. Znacie takie niedoróbki z tamtych czasów. Jak nie przekraczał 1mm to się nawet dawało spokój i szło toto do szycia, stając się niedorobionym, przesuniętym podręcznikiem...

Więc, Rodzicielka dała nożyk do paczek i mogłam sobie rozcinać w miarę jak trwało przyjęcie towaru. Wtem...

... i tu pierwszy Kamień Milowy na mojej drodze życia...

...kiedy rozcięłam papier i otworzyłam paczkę jak tulipan, oczom moim ukazał się obraz przedziwny. Stosik książek po środku otaczała feeria barw jakiś pięknych zółtych, czerwonych, niebieskich kul! Zsunęłam ksiązki o usiadłam na wielkim papierzysku a właściwie kilku warstwach, otoczona  gwiazdozbiorami i kulami płonących gwiazd.... w tym momencie mózg mi się zwiesił i chyba zostało tak do dzisiaj....

To była dużoformatowa książka dla dzieci o astronomii. Rozerwałam pakę do końca i okazało się, że kolejne arkusze to ciąg dalszy. Pocięłam wzdłuż węższych krawędzi, złożyłam wg kolejności stron które się przytrafiły w tej paczce i zszyłam zszywaczem. Pognieciona, pocięta na oślep zawierała w sobie Cud Wszechświata- Układ Słoneczny, galaktyki, mgławice, księżyce, chmury asteroidów... i skala wielkosci gwiazd od Betelgeuzy po Słońce, które uświadomiło mi niewyobrażalną skalę wielkości w kosmosie. Na następnej stronie malusieńka kropeczka Ziemi porównana została do przeogromnego Słońca, które stronę wcześniej wyglądało jak ziarenko piasku przy błękitnych olbrzymach.

Umarłam, poszłam do nieba i jeszcze nie wróciłam. Książkę znałam na pamięć, kładłam ją pod podsuszkę każdej nocy.... mam ją do dzisiaj. Jest w Polsce, w moich największych skarbach.

Zanim skończyłam 10 lat, nie było tematu z astronomii na którym można było mnie zagiąć. Ale nauczyciel z fizyki w podstawówce, szpetny alkoholik z zapędami sadystycznymi nie tylko nie podniecił psaji mojej ani nikogo innego ale skutecznie stanął na drodze do kariery jako astronoma. Nie robił nic przez całe 5 lat fizyki prócz utrzymywania stanu alkoholowego na odpowiednim poziomie więc kiedy poszłam do Liceum oczywiste było, że Einsteinem nie zostanę. Fizykę miałam w małym palcu- tematycznie. Ale kiedy przychodziło do zrobienia jakiegokolwiek zadania- kicha. Umiałam wyjaśnić każde zjawisko, z czego wynika, co się w nim dzieje, jakie są skutki, chodziłam nawet na kółka tematyczne z fizyki i chemii i nie było mocnych... Ale kiedy lądowałam przy tablicy, zapadało długie i krępujące milczenie kończące się zawsze tym samym:
-Siadaj, Einsteinie ty. Siadaj.

To tak jakby być geniuszem muzycznym zamkniętym w ciele głuchoniemego.

W 4 klasie LO mój nauczyciel nie spodziewał się po mnie cudów i skończyłam liceum jako humanista z zainteresowaniem do geografii na którą przeniosłam swoje zacięcie do nauk przyrodniczych i załapałam pierwszą od 8 lat piątkę z matury ustnej w mojej szkole.

Poszłam do studium w oczekiwaniu na natchnienie co dalej i wtedy właśnie, na drugim roku studium A zadzwonił, że są wykłady.

Świat się zatrzymał. Spotkałam tam ludzi, którzy podzielali moje pasje, mówili tym samym językiem, podniecali się na widok bezchmurnego nie ba i też odmrażali sobie dupska na zimnie, wyciskając sobie okularem teleskopu kółko wokół oka. Jeden ze studentów IV roku powiedział:
-Ty też możesz studiować astronomię! Masz rok, żeby się podciągnąć!

I podciągnęłam się. Cały rok robiłam wszystko, żeby uzupełnić braki z podstawówki i liceum. Na egzaminie ustnym z mat-fiz i astronomii dałam się wywałkować ze wszystkiego co wiedziałam. Utknęłam na pytaniu o dokładne określenie procesów nuklearnych w gwieździe ale to i tak było o lata świetlne dalej niż spodziewali się widząc pulchną blondynkę wchodzącą dla sali. Dostałam się.

Pod koniec pierwszego roku zdałam sobie sprawę, że moja roczna praca wystarczyła, żeby dociągnąć się do poziomu egzaminu ale jest za późno żeby uzyskać biegłość w algebrze i rachunku różniczkowym który już wtedy wymykał się mojemu pojęciu.

I dałam spokój. Pewnego dnia nie poszłam więcej na wykład i zastanawiałam się ilu jeszcze młodych ludzi nauczyciele niszczą swoim nieróbstwem i niechęcią do wykonywanego przez siebie zawodu?

Ale spotkałam Susła. W 2 tygodnie po rozpoczęciu zajęć pojawił się jakiś nowy gość, po roku Politechniki na "elitarnym" kierunku i wiedział o czym mówię. Wszyscy wiedzieli ale on jakoś tak bardziej. :) I miał szare oczy. I w ogóle.

Poszliśmy z przyzwoitką do kina na Gwiezdne Wojny a potem staliśmy w Parku Nowowiejskim i patrzyłam jak pokazuje mi gwiazdozbiory na nocnym niebie. I tak wiedziałam które są gdzie ale w takiej oprawie mógł nawet uczyć mnie czytać. :)

Suseł jest Suseł i często mu się nie chciało więc kiedy po raz drugi oblał Rachunek, na trzeci raz już nie wrócił. Kredyt studencki czekał na spłatę.

A było to w roku 2000. Poznaliśmy się w październiku 1999, zaręczyliśmy w styczniu 2000. W tym stanie błogosławionym pozostajemy do dzisiaj i czasami myślę, że ta paczka książek miała za zadanie nas ze sobą zderzyć. :)

Astronomia pozostała do dziś. Będziemy uczyć jej Dzieciusie. Kiedyś polecimy razem na Marsa. Może wraz z kolonistami, którzy opuszczą Ziemię w 3 turze misji MarsOne? W każdym razie, zanim się odmeldujemy z tego świata czeka nas lot na orbitę. Chciałbym, żeby moje prochy zostały zapakowane do kapsuły i wysłane w przestrzeń, tak po wieczność i jeden dzień dłużej.


A kiedy przyjdzie Koniec
Usiądziemy razem na szczycie świata
I w milczeniu będziemy patrzeć w gwiazdy.




czwartek, 25 kwietnia 2013

Krok do przodu

Rozpoczęliśmy poszukiwania pracy dla A.
Dosłownie 20 minut po lądowaniu samolotu na East Midlands już miałam pierwsza rozmowę kwalifikacyjną dla A umówioną.  Od czego ma się znajomości! 
Poszliśmy więc wczoraj wieczorem do wietnamskiej knajpy znajomej znajomego królika. Nie wspomnę jak BARDZO strasznie i okropnie moje serce zaczęło dobijać się przez klatkę piersiową,  żeby rzucić w cholerę to poronione Tesco i dać się porwać wietnamskiej kuchni!  Albo mongolskiej.... jakiejkolwiek!!! 

Miła malutka Wietnamka, szefowa przybytku przywitała nas radośnie,  choć wyglądała trochę zdezorientowane kiedy A dostał nagłego paraliżu od mózgu w dół, z mózgiem włącznie.  Biedak.  :D Przejęłam pałeczkę tłumacząc A Wietnamce, chociaż pewnie pomyślała,  że język polski to jakieś tajemnicze systemy pochrząkiwań. Bo na każde pytanie Wietnamki padała taka odpowiedź:
-Uuueaaahhhhh...
-Tak,  ma prawo jazdy.
-A pracowałeś kiedyś w restauracji?
-Aueeeeaaahhhh.....
-Tak, pracował.
Ale daliśmy radę.  Umówiliśmy się na piątek i sobotę,  beze mnie na szczęście,  może do tego czasu paraliż komunikacyjny ustąpi?  

Dziś rajd po agencjach.  Miał być bo ilość papierów i testów do wypełnienia w pierwszej agencji położył nas na łopatki i dotarliśmy gdzieś tak do połowy listy długiej na dwa arkusze a4. Ale ja wyłączyłam swoje moduły tłumacza i zwyczajnie układałam pasjanse na tablecie udając że nie pomagam w rozwiązywaniu testów na literację i numercję.  W rzeczywistości używałam kalkulatora i odczytywałam wyniki wymyślnego odejmowania konspiracyjnym szeptem i lookałam w testy jak za czasów liceum. 

Paralusz językowy ustąpił stopniowo i w drodze pierwotnej do domu w autobusie,  A rozmawiał z weteranem o IIWS. Dziadek spytał czy Dzierżyński jeszcze żyje i wyraził ubolewanie nad odejściem wielkiego przywódcy z łez padołu. Chyba przestali mu donosić gazety do domu.  Jakieś 40 lat temu.
No i czekamy na telefon z agencji!  Ja sama byłam zarejestrowana w jednej tylko i to zaledwie przez tydzień i kiedy w końcu zadzwonili,  już miałam pracę w Tesco. Miał być 6 miesięcy,  minęło 7 lat..... 

>|ceremonialne samobójstwo przez hara kiri|<

niedziela, 21 kwietnia 2013

Materac w użyciu

Dziś przyjechał do nas mój stary dobry znajomy z czasów podstawówki.  Pod nasze skrzydła,  z walizką i planami na przyszłość.  Napompowalismy materac i  daliśmy strawy. 

Poznaliśmy się na kolonii w Radkowie, gdzieś w latach 90.... który to był rok. ?... mieliśmy chyba po 15 lat. Od tamtego czasu kontakt pozostał i z perspektywy czasu widzę teraz że takie kolonijne znajomości zwykle trwają tyle co jedno lato a tu proszzzz... 20 lat! Mieliśmy wspólnie zainteresowania,  ja kleilam modele samolotów a A wyszukiwal nowości na rynku modelarskim. Pasja została mu do dzisiaj,  klej cuda wianki i sprzedaje za ładne pieniądze. 

Nasze chomiki miały razem dzieci.

W 1998 roku zadzwonił do nas z wiadomością że uniwersytet wrocławski robi serie wykładów dla ludności cywilnej i az żal nie iść.  Poszliśmy na drzwi otwarte na Wydziale Astronomii i wtedy postanowiłam złożyć papiery na astronomię.  A się nie dostał, ja tak.  W 2 tygodniu zajęć na wykładzie z fizyki pojawił się Susel i resztę już znacie.  :D

A to było 14 lat temu.

Dziś A ma fantastyczną żonę,  dwójkę dzieci i właśnie stracił pracę po 11 latach wiernej służby w Multipleksie. Co było robić?  Rozwazylismy wszystkie możliwe trudności,  sprawdziliśmy czy nasz gościnny materac nie mną dziur i kazalismy mu zwinąć manatki i przyjeżdżać.  Praca się znajdzie,  kąt do spania jest.  Jak się ustawi,  znajdziemy mu pokój w Miasteczku i sprowadzi rodzinę.

Taka odwaga mi się podoba.  Teraz do przodu i żadnego strachu a wszystko się ułoży.

I splace dług który zaciągnęłam u A poznając Susla!

=)

sobota, 20 kwietnia 2013

Bo jest różnica między robieniem łaski a robieniem laski.

Od kilku miesięcy jestem szczęśliwą posiadaczką tabletu. Do dnia dzisiejszego nawet najszczerze chęci pisania bankowa przez aplikacje Bloggera skazane były na porażkę ponieważ nie byłam w stanie zmusić Samsunga do wyprowadzania polskich znaków diakrytycznych. Dziś w okolicznościach związanych z ł apaniem chwili odpoczynku w łazience,  w pozycji siedzącej postanowiłam pogrzebać w systemie bo taka niedoroba w Androidzie wydawała się jakąś podejrzaną.

I się okazało że przez wszystkie te miesiące patrzylam na Bloggera zawiedziona a opcja siedziała w systemie i śmiała się że mnie do rozpuku!

I mam polskie znaczki! 

A na okoliczność radości i zapowiedź czestszej tu obecności..... i wiosny...... Maja z dzisiejszego popołudnia. Ja do zakochałam.

poniedziałek, 25 marca 2013

I stało się ciało ciałem pedagogicznym choć początek historii wskazywał na coś innego.

Przez ostatnie 4 lata namnożyło się trochę polskich rodzin mieszkających w Koziej Wólce. Kiedy urodziła się Maja, była jedynym polskim dzieckiem w przychodni. Dziś mamy:
-nas
-Komputerowców
-Samotną na benefitach
-Rudą
-Blond
-Tajemniczych
-Znajomych
-Agresywną

... pewnie po uliczkach kryje się ktoś jeszcze. Z tego tłumu wyłoniła się grupa pań, które zapragnęły uczyć się angielskiego. Moja Rodzicielka, Babcia Komputerowców, Ruda, Blonynka i Samotna przez kilka miesięcy starały się o zorganizowanie kursu językowego w ramach programu ESOL zorganizowanego przez Oxford College ale bez konieczności jeżdżenia w tym celu do Miasteczka. Każda ma jakiegoś berbecia pod opieką, niektóre nawet po dwoje, nie każda jeździ autem więc koniec końców udało się zorganizować salę, godziny a OCollge zorganizował nauczycielkę.

Na pierwsze zajęcia poszła Rodzicielka ze swoją psiapsiółką- Babcią Komputerowców, która będę nazywać "J", podekscytowane, przejęte, pełne obaw, jak nastolatki przed klasówką. Od kilku miesięcy już przerabiają razem kurs SKK, więc podstawy były. Nie mają jednak odwagi mówić więc nauka idzie w las.

Wsiadły w auto, w plecakach ołówki, gumki i zeszyty do notatek i pojechały do Centrum Dziecięcego na 2,5h kursu.

Wróciły na tarczy. :( Po pierwsze, okazało się, że kurs przewiduje zaledwie 6 spotkań po 2,5h, każda z kursantek ma inny poziom, więc jedne się nudzą a inne nie wiedzą o co komon...

Ale nie to okazało się problemem. Znające się już wcześniej panie (i dziewczyny) weszły do sali, rozsiadły się, kiedy otworzyły się drzwi i weszła zajmując jedno z miejsc wielka dziołcha, między 20 a 30tką i od razu oparła się na łapie jak w barze z pierogami i zaczęła wzdychać zniesmaczona. Co któraś z zebranych zabierała głos i próbowała dac odpowiedź na zadane pytanie, ta wywijała oczami hopsasy w niebo, fuczała i kpiła pod nosem. Zapytana stwierdziła, że uczyła się 3 lata w angielskim collegu ale nie określiła po co właściwie przyszła na kurs podstaw angielskiego.

Po kolejnym razie, kiedy prowadząca nic nie rozumiejąc z języka polskiego nie zwróciła uwagi na dziołszne fukania, moja Rodzicielka po raz kolejny została wyśmiana z ławki na wprost za swoje błedy w Present Simple, pochyliła się do "J" i wyszeptała:
-Ta baba mnie wpienia.

-CO WPIENIA! CO, STARA KROWO, MYŚLISZ, ŻE SIĘ CZEGOŚ NAUCZYSZ? ZA STARA JESTEŚ NA SZKOŁE! SPIERDALAĆ, OT CO!

Kon-ster-na-cja.

Panie pochowały głowy w szaliczki, Rodzicielka dostała wylewu zupy do zlewu, prowadząca nic nie zauważyła, posypały się słowa nieparlamentarne. Do końca lekcji wszystkie jak jeden bały się odezwać a Agresywna dziołcha brylowała- ach, co to ona nie wiedziała i jakich to odzpowiedzi nie znała!

Kiedy Rodzicielka wróciła do domu i o wszystkim opowiedziała, spytała mnie czy mogę zadzwonić do prowadzącej i powiedzieć co się zdarzyło. Jaki sens przychodzić na zajęciach, skoro taka toto będzie bombardowac każde ich słowo i wyzywać od starych krów? Pomyślałam chwilę i wymysłiłam podstęp.

-W przyszłym tygodniu, wezmę Gabiego w kurteczkę, pojedziemy razem, wysadzisz mnie na rogu, wejdziecie na kurs same, ja przyjdę za chwilę i powiem, że jestem ja, umiem "litlebit" i usiądę jak gdyby nigdy nic, czekając tylko na Agresywną i jej fiki miki. Kiedy tylko podniesie rurę i zacznie swoje harce, poprosze ją ładnie i po angielsku, żeby wstała i głośno, po angielsku powtórzyła to co właśnie powiedziała. Wy będziecie ją prowokować w czasie zajęć, żeby się wpieniła a kiedy wyskoczy- wtedy wkroczę ja- Szpieg Szoguna!

I tak uradziłyśmy i tak się stało. Rodzicielka i J napchały się na następny tydzień tabletkami uspokajającymi a ja spokojna jak wspomniany ostatnio lotos poszłam sobie z Gabim za łapkę nauczyć się z czegoś z angielskiego.

Agresywna nie przyszła.

Ale zrobiły się dwa kurczaki na jednym patyku bo kiedy powiedziałam prowadzącej po co przyszłam i kim jestem, okazało się, że Agresywna nie jest tak wielkim problemem jak... sama prowadząca.

Starsza pani, po 60tce, blond tortownica na głowie, cyc klasyczny i egzotyczny.... Rosjanka czystej krwi. O dziwnym akcencie prowadzącej Rodzicielka wspomniała ale AGresywna przesłoniła treśc pierwszych zajęć więc gdzieć umknęło w tłumie, że college wysłał Rosjankę uczyć Polski angielskiego....

Ja wyjechałam ze zdaniem wielkrotnie złożonym opisującym incydent zeszłego tygodnia, wyprodukowałąm się w obronie pań a prowadząca zamrugała oczętami o firaniastych rzęsach... i nie zrozumiała. Powtórzyłam. Powoli. Czasem po dwa razy, konstruując zdania na okrętkę. Zrozumiała.

-Łot ju want mi tu du wiz ziz?

Aaaaaa!!!

I ucieszyła się, że mogę pomóc w tłumaczeniu jej kursu, usiadłam i zostałam. To było STRASZNE.

ZIZ zamiast "this", ZAT zamiast "that", TEJBEL zamiast "table", FOREGZAMPL zamiast "for example"......... jakiś blady, rozyzjki koszmar z przytupem. I ta gramatyka!

-I waz teaching ruzzian litriczer in Sankt Petersburg. I lof big sitis, jes? Big, noizi, jes?

No i zaczęłam tłumaczyć, cóż było robić. Dostałam jednocześnie glejt na kolejne spotkania bo panie zgromadzone patrzyły na mnie z nadzieją jak na Wiedźmina, który przybył do wioski zarżnąć strzygę co koniom pęciny podgryza.

W nastęny poniedziałek- zjawiła się Agresywna. Od razu ucichła kiedy zobaczyła, że jej angielski zjechał odrobinę w dół po grabinie ego. Nawet próbowała się uśmiechać ale żadna z pań nie zaszczyciła jej spojrzeniem. Na kolejne zajęcia już nie przyszła. Okazało się, że żaliła się w sklepie "J", że z jakiegos powodu atmosfera jest dziwna i nikt z nią nie rozmawia, więc czuje się nieswojo...

Ale tym czasem zajęcia, prawie dobiegły końca, pozostało ostatnie spotkanie, kiedy panie zapytały- I CO DALEJ?

Nic się nie nauczyły, namieszało się im w głowach od tych wszystkich zisów i jesów... Pani stwierdziła, że nie ważne czy ktoś czyta z błedami czy nie, czytamy wszyscy razem na głos. Bez poprawiania wymowy, nieważne jak, prawą ręką do lewego ucha- marnujemy czas i podpisujemy kartki dla Councila, który zapłaci za kurs jak za zboże, SPASIBA.

I padła odpowiedź z moich ust, zanim jeszcze zastanowiłam się co na siebie biorę:
-Ja was mogę uczyć. Przynajmniej coś zrozumiecie.

I mam- lekcje angielskiego we własnej kuchni, w każdy poniedziałek, z tablica suchościeralną i falamstrem. Maja w szkole, Gabi maże drugim pisakiem po lodówce a ja mam uczeniice- 5 funtów os osoby za spotkanie. Od początku, do bólu, aż załapią. W kółko, jak dzieciom w podstawówce, plus ksero "Essential English Grammar in Use" i lecimy. :)

I tak to było. Ktosik chętny bo mam jeszcze krzesła a taborek też niezgorsza. :) W Indiach uczą się na żużlu pod mostem :)

piątek, 15 marca 2013

I po co się było martwić?

Czasami martwie się, że Maja rozumie maksymalnie 50% z tego co się mówi w szkole i będzie miałą braki w początkowym nauczaniu. Z czasem nauczy się rozumieć język jak polski ale te początki znikną w otchłani niezrozumienia.

Ale przychodzą takie scenki i chyba nie będzie aż tak źle...:)

Poszłam do szkoły po lekcjach podpisać pozwolenie na wycieczkę idać znać, że będę jednak mogła pojechać z klasą jako pomoc rodzicielska do Oxfordu w przyszły poniedziałek. Wzięłam Maję za rączkę i walimy do sekretarki. Pusto, żadnej pani od parzenia herbaty, tylko PaniDyr rozmawia przez telefon w pokoju obok. Ponieważ to malutka szkoła i wszyscy wiedzą o wszystkim, czekamy z Mają na koniec rozmowy, żeby przekazać informację PaniDyr.

W końcu wchodzimy i obie RA-TA-TA-TA-RA-TA-TA, po angielsku, szybko, niedbale załatwiamy sprawę. Maja stoi i giba się za torbą. Podziękowawszy i pomachawszy i wychodzimy.

-Mamo, gdzie teraz idziemy?
-Do domu, mama musi wydrukować pozwolenie z internetu i przynieść jutro bo PaniDyr nie ma żadnego czystego.
-Ale do Pani C. też pójdziemy zaraz?
-A po co?
-Bo PaniDyr powiedziała, że o tym że jedziesz z nami możesz powiedzieć Pani C. Ucieszy się.
-?
-No co?
-Zrozumiałaś co powiedziała PaniDyr?
-Tak. Powiedziała, że pani C ucieszy się, że możesz jechać i że możesz jej to powiedzieć.
-A.

Gdybym nie znała języka, już bym nie zginęła. 


Coś o szkołach i temperaturach odczuwalnych

Zimno w domu. Zapowietrzyło się całe ogrzewanie albo poszła pompa. Suseł leżał wczoraj w komórce na piętrze i leżał ale nic nie wyleżał. Kiedy włączy się ogrzewanie, natychmiast zaczyna walić i stukać aż cały dom podskakuje. Ciepła woda działa, ogrzewania niet. Dobrze, że dziś kiedy jest cieplej niż w zeszłym tygodniu...

Maja wzuła kalosze i poszła do leśnej szkółki. W piątki mają zajęcia w lasku obok wioski. Cały dzień dzieci grzebią patykami w ziemi, łapią wiatr do pudełek, szukają glizd i takie tam przyrodnicze coś. Nie muszą zakładać mundurków tylko ciepłe własne ubranka i heja na dwór. W sumie, w porównaniu z polską podstawówką- jak ja jej zazdroszczę! Ile razy było tak, że skrzydłowe drzwi na boisko były zamknięte okrągły rok i nigdy nie wychodziliśmy w szkole na dwór. Trzymali nas jak w słoikach i pompowali wiedzę do głów a świat obok kwitł, przekwitał, marzł, kiełkował i tak w kółko 8 lat...

Ale w zeszły piątek Rodzicielka dostała pomroczności jasnej (ja też) i po kilku spojrzeniach na zegarek, pojechała po Maję do szkoły o godzinę za wcześnie. Nikogo przed szkołą, idzie więc od tyłu. Zorientowała się, że jest za wcześnie więc postanowiła odebrać Maję od razu a nie czekać w aucie. Wchodzi do budynku Maluchów...a  tam apogeum zatonięcia Atlantydy! Cała klasa, wielka latająca 12tka dzieciaków biega, jeździ na hulajnogach, chłopaki babrają się w wodzie z piaskiem przed drzwiami, na środku szatni KUPA/GÓRA kurtek, czapek, szalików, butów, kaloszy, wszyscy po tym biegają, nikt nic nie wie, Maja w skarpetkach tańczy małpie tańce do jakieś pokazówki na ekranie.... Nauczycielki nie ma a Teacher Assistant siedzi i się uśmiecha. A Atlantyda tonie!

Nic dziwnego, że kiedy wychodzą po lekcjach, brakuje szalika abo teczki, trzeba wracać i szukać....

Generalnie angielska szkoła to dla mnie tajemnica stworzenia. Maja kocha Panią C., uwielbia tam chodzić, uczy się błyskawicznie i co dzień szczęka opada mi do samej ziemi jak obcojęzyczne dziecko może tak szybko uczyć się świata w obcym języku i wszystko rozumieć... Ale inne kwestie, litości wzywają do samego Nieba.

Na dworze 0*C. A to nie takie polskie Zero. To Zero+ czyli porywisty wiatr, który przeszywa ciało aż do kości i mrozi każdą wilgoć w okolicy do stanu szadzi. Temperatura odczuwalna na moje oko to jakieś -7*C a dzieciaki wybiegają ze szkoły bez kurtek, często w samych krótkich rękawkach, dziewczynki wyprawione z domu w podkolanówkach i spódniczkach, z sinymi nogami i latającymi kolanami lecą do rodziców, którzy stoją opatuleni w kurtki zimowe. A i tak nie mówią ani słowa. Taka dziewczynka nie zrobiła się sina od pasa w dół w czasie 30 sekund od wyjścia z budynku- cały dzień biega miedzy budynkami, wychodzi na boisko i po tych 6h jest zimna jak kurczak w supermarkecie.

Znajoma zrobiła ostatnio awanturę w szkole u nas, w Koziej Wólce bo poszła po córkę a ta akurat biegła między budynkami NA BOSO, bez skarpet, w stroju do ćwiczeń a na zewnątrz było akurat -5*C. Dziecko się samo ubierze ale jeśli nikt nie przywiązuje do tego wagi i pogania dzieci bez czekania na nie, w końcu trzeba wyskoczyć do przerębli.

Ale, do tematu szkoły jeszcze wrócę.

Czas na wyjazd do miasta. :)

Coś o szkołach i temperaturach odczuwalnych

Zimno w domu. Zapowietrzyło się całe ogrzewanie albo poszła pompa. Suseł leżał wczoraj w komórce na piętrze i leżał ale nic nie wyleżał. Kiedy włączy się ogrzewanie, natychmiast zaczyna walić i stukać aż cały dom podskakuje. Ciepła woda działa, ogrzewania niet. Dobrze, że dziś kiedy jest cieplej niż w zeszłym tygodniu...

Maja wzuła kalosze i poszła do leśnej szkółki. W piątki mają zajęcia w lasku obok wioski. Cały dzień dzieci grzebią patykami w ziemi, łapią wiatr do pudełek, szukają glizd i takie tam przyrodnicze coś. Nie muszą zakładać mundurków tylko ciepłe własne ubranka i heja na dwór. W sumie, w porównaniu z polską podstawówką- jak ja jej zazdroszczę! Ile razy było tak, że skrzydłowe drzwi na boisko były zamknięte okrągły rok i nigdy nie wychodziliśmy w szkole na dwór. Trzymali nas jak w słoikach i pompowali wiedzę do głów a świat obok kwitł, przekwitał, marzł, kiełkował i tak w kółko 8 lat...

Ale w zeszły piątek Rodzicielka dostała pomroczności jasnej (ja też) i po kilku spojrzeniach na zegarek, pojechała po Maję do szkoły o godzinę za wcześnie. Nikogo przed szkołą, idzie więc od tyłu. Zorientowała się, że jest za wcześnie więc postanowiła odebrać Maję od razu a nie czekać w aucie. Wchodzi do budynku Maluchów...a  tam apogeum zatonięcia Atlantydy! Cała klasa, wielka latająca 12tka dzieciaków biega, jeździ na hulajnogach, chłopaki babrają się w wodzie z piaskiem przed drzwiami, na środku szatni KUPA/GÓRA kurtek, czapek, szalików, butów, kaloszy, wszyscy po tym biegają, nikt nic nie wie, Maja w skarpetkach tańczy małpie tańce do jakieś pokazówki na ekranie.... Nauczycielki nie ma a Teacher Assistant siedzi i się uśmiecha. A Atlantyda tonie!

Nic dziwnego, że kiedy wychodzą po lekcjach, brakuje szalika abo teczki, trzeba wracać i szukać....

Generalnie angielska szkoła to dla mnie tajemnica stworzenia. Maja kocha Panią C., uwielbia tam chodzić, uczy się błyskawicznie i co dzień szczęka opada mi do samej ziemi jak obcojęzyczne dziecko może tak szybko uczyć się świata w obcym języku i wszystko rozumieć... Ale inne kwestie, litości wzywają do samego Nieba.

Na dworze 0*C. A to nie takie polskie Zero. To Zero+ czyli porywisty wiatr, który przeszywa ciało aż do kości i mrozi każdą wilgoć w okolicy do stanu szadzi. Temperatura odczuwalna na moje oko to jakieś -7*C a dzieciaki wybiegają ze szkoły bez kurtek, często w samych krótkich rękawkach, dziewczynki wyprawione z domu w podkolanówkach i spódniczkach, z sinymi nogami i latającymi kolanami lecą do rodziców, którzy stoją opatuleni w kurtki zimowe. A i tak nie mówią ani słowa. Taka dziewczynka nie zrobiła się sina od pasa w dół w czasie 30 sekund od wyjścia z budynku- cały dzień biega miedzy budynkami, wychodzi na boisko i po tych 6h jest zimna jak kurczak w supermarkecie.

Znajoma zrobiła ostatnio awanturę w szkole u nas, w Koziej Wólce bo poszła po córkę a ta akurat biegła między budynkami NA BOSO, bez skarpet, w stroju do ćwiczeń a na zewnątrz było akurat -5*C. Dziecko się samo ubierze ale jeśli nikt nie przywiązuje do tego wagi i pogania dzieci bez czekania na nie, w końcu trzeba wyskoczyć do przerębli.

Ale, do tematu szkoły jeszcze wrócę.

Czas na wyjazd do miasta. :)

czwartek, 14 marca 2013

Pieskie życie czyli gdzie mój Autorytet?

Zaczęło się od tego, że Boston zsikał się nocą w kuchni. Siedmioletni pies, który w swoim życiu zrobił siusiu na gazetę dwa razy w wieku szczenięcym? Od sikania do sikania, zaczęli wychodzić z nim częściej ale nic to nie dało, sikał jak ta lala. Potem przestał jeść. Potem zaczął nic nie robić prócz leżenia i łypania. Na spacerze, ze zwieszonym łbem wlókł się za Rodzicielką czy Susłem  w tempie  stuletniego żółwia.

Weterynarz wsadziła rękę w pupcię i znalazła powiększoną prostatę. Dostał leki i o ile się nie poprawi trzeba wrócić. Wtedy Rodzicielka pojechała do PL na dwa tygodnie a był to koniec listopada i zapomnieliśmy. Leki zadziałały, pod moją kuratelą Boston szamał jak dziki wszystko co mu dałam. Zaraz prze Wigilią Rodzicielka poszła na patio czesać jego złote pukle, odwróciła go na grzbiet...a tu JAJO! JAJO jak mandarynka albo i większe. Jedno malutkie, normalne a drugie jak.... no JAJO. Okazało się, że w nocy Boston liże swoje przyrodzenie tak intensywnie, że aż wydrapał dziurę w "woreczku", dostała się infekcja. W Wigilię umówili się do Weterynarz ale jak tylko go zobaczyła- już do kliniki w Miasteczku! Na Wigilię wrócili po 20:00, bez psa. Został na Ostrym. Po 3 dniach, na antybiotykach wrócił do domu i przez dwa tygodnie, z kołnierzem z plastiku łaził po domu w oczekiwaniu na zaleczenie infekcji. A ponieważ antybiotyki wykończyły mu florę bakteryjną, zaczął oprócz sikania także sraczyć po kątach. A teraz sobie wyobraźcie co się dzieje kiedy pies zamknięty na noc w pomieszczeniu za kuchnią zrobi kupę na podłogę i chce ją powąchać z kołnierzem na szyi.

....

Już? Trudno to sobie wyobrazić? No to Wam powiem- nagarnia kupę jak szuflą w kołnierz i kiedy zaczyna kręcić się po pomieszczeniu- radośnie smaruje wszystko dookoła- ściany, drzwi szafek, buty, kurtki.... A potem wyobraźcie sobie ten obrazek, kiedy rano otwieracie drzwi....

....

Już? Właśnie.

Modliliśmy się o to, żeby w końcu skończyła się infekcja i można było zrobić operację. W połowie stycznia poszedł rano do kliniki- szast prast- wycięli wszystko co było- prostatę, jajo, JAJO i wyczyścili jamę brzuszną. Podobno to JAJO nie było normalne ale ponieważ wysłanie próbek na patologię w sytuacji w której nie leczy się psów chemioterapią nie ma sensu.  Do końca nie wiadomo co było pierwsze- JAJO czy kura... prostata.

No i czekamy. Podobno w 6 miesięcy ma się okazać czy nie wykwitnie z tego coś gorszego ale na razie jest ok. Brzucho zarosło. Boston nadal jest niechętny do siadania, ale miałam dwie cesarki, więc go rozumiem :) Je jak za dawnych czasów, biega i właśnie zrzuca kłaki. Więc wygląda na to, że wszystko w normie.

O rachunek nie pytajcie. Albo spytajcie, ku przestrodze. 678 funtów nie licząc pierwszych wizyt i antybiotyków w listopadzie. To jak....połowa miesięcznej wypłaty. Rodzicielka parę dni temu dopiero spłaciła dług u znajomej. Dobrze, że było od kogo pożyczać bo w innym przypadku.... No i teraz Boston jest tez ubezpieczony. Zawsze to mniej gdyby przyszło do jakiegoś zabiegu.

Uf. 



A więc lecimy z rankiem porankiem

Nie, nie za ostro Jackwar! Jeszcze! Na Twoje słodkie słowa mięso oddziela się od kości! :D

No dobra, więc próbujemy się wciągnąć.

Wstałam. Maja miękka jak meduza przez 15 minut udawała, że w nocy rozpuściły się jej wszystkie kości nie ma takiej szansy, żeby mogła wstać z łóżka i dać się ubrać w mundurek. Zachciała sisi i nagle kości odrosły. Wróciła z łazienki i kości ponownie zniknęły. Udało mi się wepchnąć tą meduzę w mundurek i wysłałam ją budzić Babcię.

Kanapka z szynką, serem i szczypiorkiem. Niezmiennie taka sama od pół roku. Czasem z jajkiem. Wszystko inne wraca w lunchboxie do domu nietknięte. Parówka do woreczka, jogurcik, mandarynka i wafelek. Herbata do termoska. Żadnego porannego śniadania bo Maja, podobnie jak Kokainka ma rano w gardle korek, który nie przepuszcza jedzenia.

Maja zamiast usiąść grzecznie przy stole i poczekać na wyjście bawi się z Bostonem a ponieważ idzie wiosna, po chwili wygląda jakby nocowała w ubraniu w schronisku dla zwierząt. Otrzepywanie i obieranie z psiego futra.

Czapka, szalik. Acha, plączydła! Czyli kucyko-warkoczyki po bokach głowy, bo Maja nadal nienawidzi czesania. Na tyle się zgadza. Czapka, szalik, kurtka. Lunchbox, bookbag- sio! Odjeżdżają spod domu.

Kawa. Czekam na aktualizację Windowsa i tępo wpatruję się w ekran gdzie latają kuleczki. Chrupki chlebek. Nadal czekam. Puszczam sobie Lanę Del Rey.

Stukanie do drzwi. Otwieram okno. Znajoma Polka pyta czy pożyczę jej 10f bo jest spłukana a córka się pochorowała rano i nie ma na przeciwbólowe bo zaledwie tydzień temu synek wyżłopał wszystko co było w domu. Pożyczam jej 10f które sama dała mi w poniedziałek za  wózek i kołyskę po Dzieciusiach. W sierpniu będzie miała trzecie dziecko. Pożyczam i zamykam okno. Na zewnątrz 0*C.

Jest Windows. Czytam o tym jak nasz nowy papież realizuje/nie realizuje przepowiedni Malachiasza i próbuję się przekonać do faktu, że jednak ojciec Włoch może robić za włoskie pochodzenie argentyńczyka a głowa jezuickiego zakonu czyli "czarny papież" może robić za "ciemnoskórość" nowego nabytku Kościoła Katolickiego. Malachiasz tak się napracował przy tych przepowiedniach, że szkoda byłoby gdyby zwiądł mu talent w ostatnim wymienionym na swojej liście papieżu.

Komentuję wpis Znajomej na FB o tym gdzie podziewa się Świadomość po śmierci.

Obok leci Josh Groban i słucham jak ktoś go tam unosi tak bardzo, że może chodzić po górach. Chyba że tłumaczenie jest toporne.

Wchodzę na Grę i czytam wpisy moich sojuszników, Rozważają ryzyko stosowania nielegalnych dodatków do gry za cenę pokonania największego sojuszu w PL.

Wraca Rodzicielka, idzie z Bostonem.

Drugi chrupki chlebek. Gabi nadal śpi. Zbieram resoraki po wczorajszym wieczorze i upycham DVD do szafki w której Gabi robi sobie Tajemniczą "Kjijówkę". Z kjijówki widać telewizor i są półeczki na autka więc nie pogadasz.

Boston nie chce tabletki. Od 2 miesięcy jest kastratem ( o tym mogę opowiedzieć wstecz) i Rodzicielka pcha w niego witaminy, omegi itp, żeby się chłopak odkuł. Było groźnie.

No i dałam radę. Updejt po południu. :)

Kolejny updejt: Zmieniłam trochę rozkład strony, teraz po prawej macie szpaltę z linkami do Projekt Infinitus gdzie wpadają moje pisanki o treściach często drażliwych a na pewno alternatywnych. 


środa, 13 marca 2013

Taka nirwana

Jestem.

Naprawdę minęło tyle czasu?

Jakoś ostatnio nie mam weny do pisania. Nawet do pisania artykułów zbieram się jak sójka za morze. A to, a tamto, a jeszcze chwilą i kolejny dzień umyka...

Wiem, że ci z Was, najwierniejsi nadal czekają na wieści z Koziej Wólki, kiedy dostaję informacje o pojawiających się komentarzach, myślę sobie:
-TAK! Dzisiaj!, Zaraz!..... tylko zrobię sobie kanapkę...

Ale przyznam się Wam do czegoś, tylko mam nadzieję, że się nie obrazicie. Myśleliśmy o tym z Susłem i doszliśmy do wniosku, że za bardzo mnie lubicie. A ja jestem bestia z napędem na akcję i reakcję! Kiedy jeszcze pisałam na Onecie i klęłam na redakcję, która nieustannie wystawiała moje teksty na ataki onetowych trolli, może nie uwielbiałam tego stanu skrajnego wpienienia ale przynajmniej kolejne wpisy były niczym sztandar powiewający na obronionych barykadach z opon, worków z piaskiem i krzeseł.

Wokół mnie mam samych miłych ludzi. Polecam bo żyje się lepiej. Ale. Ale brakuje podniety, adrenaliny, felicita, "chcę mieć gorączkę, give me fever!"

I co ja mam Wam opisywać? Trochę by się znalazło ale przez większość ostatnich 4 miesięcy wysyłam Maję do szkoły, jeżdżę z Gabim resorakami, piszę artykuły, gram w gierkę przeglądarkową a raz w tygodniu przemawiam ludzkim głosem do mikrofonu i słucha mnie 10 osób... Czytam książki i wyciągam wnioski ale to książki niszowe więc jak się pochwalę to wyjdę na dziwną. Oglądam filmy niszowe albo nawet nie fabularne i jak się pochwalę to wyjdę na dziwną. Słucham audycji.....

Nie spotykamy się praktycznie z nikim a jacyś nowi ludzie szybko powodują u mnie odruch ucieczki bo czasami aż strach się bać. O tym mogę opowiedzieć. I o tym jak skonstruowany jest nasz świat i co drażni mnie w codziennym życiu bo musi ale w rzeczywistości patrzę jak przepływa obok i mam to gdzieś. :)

Jakoś brakuje mi wkurwień. Pardon. :) Brakuje mi ludzi z którymi chciałbym się pokłócić ale ponieważ moje nastawienie do wszystkiego zmieniło się absolutnie i diametralnie, niewiele mnie już dziwi i niewiele wyprowadza z równowagi. Jestem jak ten kwiat lotosu na idealnie gładkiej powierzchni jeziora. Z Wojownika stałam się Nauczycielem i jeśli przełom 2012 roku miał z tym coś wspólnego to wcale bym się nie zdziwiła. Uwierzycie, że od miesięcy nie wypowiedziałam się ani razu na żadnym forum, pod żadnym artykułem w sieci (prócz społeczności dla której piszę a i to nieczęsto)?

Trochę jak taki Budda pod drzewem.... 

poniedziałek, 24 grudnia 2012

To juz dzis, dzis, dzis!!

Moi Kochani! 


Zmuszona pracować cały weekend mam dziś na głowie mnóstwo gotowania, wiec wybaczcie brak kolejnego obrazoburczego Świętego Mikołaja w postaci obrazka oraz polskich znaków. Ale to i tak nie odbierze siły życzeń...

WSZYSTKIEGO CO DOPROWADZI TEN SWIAT DO PUNKTU W KTORYM NIKT NIE BEDZIE JADL KIEDY INNI BEDA GLODOWAC, NIKT NIE BEDZIE ZARABIAL KIEDY TRACA INNI, NIKT NIE BĘDZIE STRZELAĆ DO LUDZI I BYL NAZYWANY MORDERCA A TYDZIEN POTEM KTOS INNY ZA TO SAMO NIE BEDZIE NAZYWANY BOHATEREM. 

W tym roku brak tradycyjnych zyczen spowodowany jest faktem, ze wlasnie rozpoczelismy Galaktyczny Nowy Rok i jesli nie zrobimy czegos z tym swiatem, kokejna okazja nadejdzie za 26 000 lat. 

Pozdrowienia i najszczersze życzenia powyższego dla moich Czytelników i reszty Świata
ŻYCZĄ KOKAINKA, SUSELEK, MAYA I GABI

EDIT: A skoro Dzieciusie oglądają Express Polarny to przyszedł czas na literówki i obrazeczek :)


środa, 19 grudnia 2012

Wszawy interes

Mowili ze tak bedzie ale mialam nadzieje ze bedzie to wygladac jakos inaczej.

Caly zeszly rok w Mai predszkolu wszy pojawily sie moze trzy razy i Maja nie zalapala ani razu.

W zeszlym tygodniu wrocila ze szkoly i czochra grzywke jak wsciekla. Zapytana odpowiedziala ze sie drapie bo mysli. Ja ci zagladam we wlosie..... Jezusie Nazarenski!! Banda rozochoconych, wielkich skur*****ow, dojrzalych osobnikow w najlepsze gra jej na glowie w pokera! Rozbieranego!

Full Marks mialam od zeszlego roku profilaktycznie, dawaj Maje do lazienki i zaczynam czesanie. A Maja ma wlosy po Tatusiu czyli tak geste, ze rozlozone na boki grzebieniem i tak nie pokazuja skory. Szampon i grzebyk, szmpon i grzebyk. A  maja nienawidzi gmerania we wlosach! Dodatkowo zazenowana jakims robakami we wlosach placze, ja czesze,mTata pociesza i zajmuje uwage...

Na drugi dzien poszla do szloky czysta jak lza. Wrocila- z ekipa pokerowa w najlepsze rozkladajaca wlasnie stolik do pokera. :-[ Najwyrazniej nikt nie wzial sobie doserca mojego telefonu bo od zeszlego tygodnia pedzilam juz ten wszawy intees trzy razy. W Mai klasie jest dziewiecioro dzieci. Wystarczylo napisac 9 karteczek i poprosic rodzicow o sprawdzenie dzieciom glow.

Z drugiej strony pytanie co ma na glwoie dziecko ktore rozsiewa takie bydlaki?

poniedziałek, 3 grudnia 2012

W końcu idą Święta...

Zaczęło się od tego, że zrobiłam Maryjkę, Józefka i Jezuska dla szkoły Mai. Postacie wyszły na szydełku ślicznie, zestaw stoi w klasie zerówkowej, w otoczeniu świątecznych ozdób.



Coś tak czułam jednak, że w tym roku czas na domową szopkę i pozostało tylko czekać na natchnienie. W charity shopie kupiłam niedawno trzy pudełeczka z figurkami szopkowymi ale razem z nowymi dekoracjami odłożyłam do reklamówki, upchałam w szafie z dala od pożadliwych rączek dziecięcych.

Dziś nastąpił ten moment i serio, jak zapytacie jak do tego doszło... nie wiem :)

Do wykonanai szopki potrzebne są:
figurki
tektura falista, u mnie 1,5 pudła po sześciopaku mleka UHT
papier do drukarki
nożyczki
klej PCV
taśma klejąca
pędzelek
akwarelki w kolorze brązowym i żółtym
drukarka
ściągnięte z sieci tekstury
sianko

A więc wycięłam kształt tylnej ściany, po środku okienko z okiennicami, boczne ściany, wszystko sklepiłam razem.



Z internetu ściągnęłam na dysk duże tekstury desek i osianowanego dachu i beli siana, usunęłam kolory ze zdjęć, wydrukowałam czarno-białe, pomalowałam szybko akwarelami i wrzuciłam pod kominek do suszenia. W tym czasie pomalowałam na ciemniejszy brąz kilka desek ze zdjęcia i wycięłam pojedyncze paski. Kiedy wszystko wyschło, wycięłam tekstury i okleiłam ściany od środka i od wewnątrz.



 To samo zrobiłam z dachem i podłogą. Obudowałam z tyłu długi sześcian i okleiłam teksturą beli siana. Na podłodze, na beli i na dachu posmarowałam większą ilością kleju i posypałam siankiem. Z pojedynczych desek wyciętych z tekstury zrobiłam "Z" na drzwiach wejściowych. W oknie wkleiłam wydrukowaną Gwiazdę Betlejemską. Po wstawieniu figurek wyszło cudnie. Wstawiłam świeczkę, od tyłu, okienko podświetliłam latarką. Efekt niesamowicie bajkowy, wszystko skończone w ok 1,5h.








 

Wszystkiemu winna nauka czyli kolejny artykuł mojej produkcji

Wszystkiemu winna nauka

winna-naukaKiedy pogardliwie rzucamy komuś w twarz znany szkolny slogan o "szkiełku i oku", mylimy Naukę ze smętną, ciągnącą się wiele lat katorgą powszechnej edukacji. Nie zostaliśmy nauczeni szacunku do Natury a więc nie dostrzegamy jej w około. Na drodze ludzi musi stanąć drzewo, żeby człowiek mógł powiedzieć, że oto wszedł w kontakt z Naturą. Nie podnosi głowy w niebo, nie ogląda gwiazd, robaki to dla niego potencjalna ofiara „Raida”, w mediach ma kontakt z niszczycielską twarzą Przyrody - co krok huragan, powódź, trzęsienie ziemi. Nic miłego! W szkole nikt nie rozniecił naturalnej dziecięcej ciekawości, świat dorosłych straszy niezrozumiałymi siłami natury których mechanizmów nikt nie rozumie a nieliczni zachwycający się Naturą w rzeczywistości ulegają jedynie urokowi kolorków na motylich skrzydłach lub uroczego, mięciutkiego czaru żółtej kaczuszki. Obrazu zniszczenia dopełniają naukowcy, których oskarżamy o wszelkie zło świata. Ilu ludzi wie kim był dr Mengele ale nie wie kim był dr Penzias, podnieść rękę proszę.
Dla ludzi wokół świat jest źródłem strachu, frustracji, zagubienia. Przekonuje człowieka o jego miałkości i braku wartości, wciska każdym porem ego, które usiłuje zastąpić w statystycznym obywatelu zbroję przeciwko złu, które czyha za każdym zakrętem. Tacy ludzie ze swobodą żyją w przekonaniu, że człowiek nie zasługuje na nic dobrego z racji faktu swojego urodzenia. I tak wychowuje własne dzieci.
Haim Ginott przytacza słowa szkolnej dyrektorki:
„Przeżyłam obóz koncentracyjny. Moje oczy oglądały rzeczy jakich żaden człowiek nie powinien oglądać. Komory gazowe projektowane przez inżynierów. Dzieci zatruwane przez wykształconych lekarzy. Niemowlęta zabijane przez wyszkolone pielęgniarki. Kobiety i małe dzieci do których strzelali absolwenci uniwersytetów. Dlaczego do wykształcenia odnoszę się z podejrzliwością. Oto mój wniosek: pomóżcie uczniom stać się ludźmi. Wasze wysiłki nie mogą przyczyniać się do produkowania uczonych potworów, wykwalifikowanych psychopatów, wykształconych Eichmannów. Czytanie, pisanie, ortografia, historia, arytmetyka są ważne tylko wtedy jeżeli pomagają naszym dzieciom osiągnąć człowieczeństwo.”
Nauka nie jest źródłem zła. Ludzie są jego źródłem. Nie nauczeni przez rodziców, nauczycieli, społeczeństwo jak być człowiekiem wykorzystują zdobytą wiedzę bez żadnych moralnych ograniczeń i szczerze mówiąc - trudno im się dziwić. W końcu ich ograniczenia, moralne zasady nigdy nie zostały określone przez jednostki mądrzejsze i lepsze. Robią to co mogą ponieważ nikomu nie przeszło do głowy edukować dzieci i młodzieży w dziedzinie miłości, szacunku, współczucia i ofiarowania. Ofiarowania siebie poprzez swoją wiedzę i doświadczenie.
Co robimy więc ze światem w którym nie ufamy Nauce, gardzimy nią i przekonujemy nasze dzieci, że nie jest ona ważna? Kogo wychowujemy skupiając się jedynie na emocjonalnej sferze istnienia i udajemy, że Nauka jest nam zbędna, zaśmieca umysł, do niczego nie prowadzi i odwraca naszą uwagę od prawdziwego celu w życiu? Rozwijamy uczuciowo dopieszczone jednostki ale zupełnie bezbronne i podatne na zakusy innych. Podatne na oszustwa, kłamstwa, szkodliwy styl życia. Wrzucamy młodego człowieka w świat pełen niebezpieczeństw których nie potrafi rozpoznać ponieważ nie tylko nie wie jakie pytania zadawać ale co gorsza - nie wie że może. Nie odróżnia prawdy o wierutnego kłamstwa i na dodatek wierzy, że dzięki temu jest lepszym człowiekiem bo „pozwala innym na ich swobodę w wyrażaniu samego siebie”. Czy w latach Drugiej Wojny Światowej obsypalibyśmy Hitlera jakimiś komplementami za fakt, że z radością i oddaniem poświęcił się wcielaniu w życie swoich przekonań? Chyba nie. Problem polega na tym, że krok po kroku, rok po roku, dziesięciolecie po dziesięcioleciu pozwalamy innym na coraz więcej, tolerujemy coraz więcej i można się już natknąć na ładną nazwę dla tego biernego przyzwolenia: „każdy ma swoją indywidualną drogę”.
Ta indywidualna droga więc to antybiotyki w paszy dla zwierząt, GMO, rozpasana bankowość, szczepionki konserwowane rtęcią, aspartam, chamstwo i discopolo.
Czy to co dzieje się wokół nas spowodowane jest Złą Nauką czy naszą błogą niewiedzą? Czy poprawiamy sytuację i dajemy sobie i naszym dzieciom jakąkolwiek szansę na naprawę świata odwracając się od narzędzi weryfikacji prawdy i obrony przed zakusami mrocznych mocy? Czy podawanie nam na łyżce nudnych faktów kłócących się z logiką, nazywanie tego nauką przez naszych nauczycieli nie jest przypadkiem sposobem na zniechęcenie przeciętnych obywateli do interesowania się dziedzinami z których Zły Człowiek może wyciągnąć jak najwięcej Pachnącej Mamony? Dobry obywatel to obywatel, który nie pyta, nie podważa faktów, na niczym się nie zna i nie szuka sam odpowiedzi bo mierzi go nauka o co zadbano już od najmłodszych lat jego życia. „Nie interesuj się, zostaw to profesjonalistom.”. Jeśli nauka się myli to tylko dlatego, że komuś zależy na tym aby inni wierzyli w kłamstwa w drodze do zaspokojenia swoich własnych, egoistycznych pobudek. A więc panowanie nad życiem wymyka się ludziom z rąk i nikt nie próbuje go złapać?

Nie, zamiast tego składamy winę na Naukę.
Wyobraźmy sobie człowieka który jest dobry, kocha swoją rodzinę, szanuje współpracowników, jest szczodry i można na niego liczyć. Ale nie ma pojęcia o świecie bo mamusia nie uważała, żeby było mu to do czegokolwiek potrzebne. Kocha więc rodzinę i kupuje im soki z aspartamem. Uważa, że nie ma wyjścia z zamkniętego, błędnego koła pożyczek i odsetek, więc dla dobrobytu rodziny bierze kredyt który będą spłacały jeszcze jego wnuki. Nie czyta książek więc bełkot tych, którzy głoszą prawdę o szkodliwości współczesnego przemysłu spożywczego nic mu nie mówi. Wzrusza ramionami bo nie wie, gdzie ma trzustkę, UV to dla niego tylko modny napis na naklejce na okularach przeciwsłonecznych której nie zdejmuje bo dodają szyku a pewnego dnia wysadza dom w powietrze bo zamiast myśleć o ważnych rzeczach nie pomyślał o tym, że brak płomyka w piekarniku to znak, że to zły moment na wkładanie do niego jeszcze jednej zapalonej zapałki. Ginie wraz z rodziną na miejscu a na pogrzebie sąsiedzi biadolą, że taki dobry człowiek się zmarnował i ile mógł jeszcze dobrego uczynić? Owszem, zmarnował się bo ktoś mu powiedział, że minimum wiedzy o świecie wystarczy.
A przecież mógł wykorzystać swój potencjał dobra i szczodrości i przy pomocy gruntownego wykształcenia zmienić świat na lepsze? Uszczęśliwić tysiąc osób, milion, siedem miliardów…

czwartek, 29 listopada 2012

Pochód artykułów czyli prostujemy co krzywe

To artykuł, który został opublikowany TUTAJ, kilka miesięcy temu.



Przebiegunowanie - czyli czego się tak naprawdę boimy?

W nieprzebranych zasobach Internetu, poszukując informacji na temat zmian środowiska naturalnego Ziemi, teorii spiskowych, zapowiedzi nadchodzących, mniej lub bardziej oczekiwanych wydarzeń na skalę globalną, nieustannie natrafiam na źródła lub echa niewłaściwie interpretowanych informacji naukowych, które sieją ogólny zamęt, budzą strach, niedowierzanie lub zostają zupełnie wyśmiane... a jak czas pokaże, mogą mieć nieodwracalny wpływ na przszłość wszystkich istot żywych na Ziemi. W tym człowieka i jego cywilizację.

Przebiegunowanie. Ile razy słyszeliśmy to groźbie wielkiego kataklizmu na skalę planetarną i jak często oglądaliśmy w serwisach typu YouTube krótsze lub dłuższe animacje zadaniem których miało być potwierdzenie nadchodzącego kataklizmu, jego wyśmianie lub udowodnienie, że przebiegunowanie dzieję się właśnie teraz? Z pewnością wiele razy. Lwia część internautów zdradza jednak podstawowe braki z wiedzy geograficznej, czego konsekwencją jest narastająca w niektórych kręgach panika lub przeciwnie, niemożność wytłumaczenia natury i konsekwencji zjawiska ze względu na śmieszność na którą się narażamy dotykając tego, jakby tego nie nazwać- delikatnego problemu.

Ponieważ wątpliwości nie ubywa, jako geograf z wykształcenia, postanowiłam napisać ten artykuł mając nadzieję, że pewne fakty, wyjaśnione od podstaw pozwolą na samodzielną ocenę zagrożenia i wyciągnięcie wniosków na własną rękę. Czy trzeba biec do supermarketu po puszkowaną żywność? Nie planować kupowania nowego kompasu? Czy nasz GPSy staną się bezużyteczne? A co ze światowym kataklizmem, który zmiecie nas z powierzchni Ziemi zanim uda nam się dokończyć zdanie: "Tak, przebiegunowanie, jasne.".
Czym więc jest przebiegunowanie?

A więc wróćmy do podstaw teorii. Mam nadzieję, że nie zbagatelizujecie tej części, ponieważ w niej właśnie leży sedno nieporozumień.

BIEGUN GEOGRAFICZNY - jest to jeden z dwóch punktów leżących na przeciw siebie na powierzchni ciała niebieskiego tam, gdzie oś obrotu przecina powierzchnię tego ciała.



Warto w tym miejscu zauważyć charakterystyczne dla Ziemi nachylenie osi obrotu w stosunku do płaszczyzny ekliptyki o 23,5*. Jest to ta odległość pomiędzy biegunem niebieskim a zenitem (lub nadirem na półkuli południowej). W temacie przebiegunowania będzie to jak się potem okaże bardzo istotny dla ludzkości czynnik, który często jest bagatelizowany lub zupełnie pomijany. Otóż, jak z pewnością wszyscy wiemy, pory roku, ich długość, kolejność następowania, momenty przesileń zależą właśnie od tego kąta. Gdyby kąt nachylenia osi obrotu zmieniłby się o kilka stopni, pory roku uległyby zmianie a z nią warunki życia na planecie. W Układzie Słonecznym każda planeta ma inne nachylenie osi obrotu do płaszczyzny ekliptyki a co za tym idzie - zupełnie inne od ziemskich pory roku. I tak na przykład Merkury jest (najbardziej skrajny po tym względem w Układzie Słonecznym) nachylony jedynie o 2* a co za tym idzie, osoba znajdująca się na równiku nigdy nie zobaczy Słońca niżej niż 1/30 stopnia od zenitu a osoba na biegunie zawsze widzieć będzie Słońce tuz nad horyzontem i nie wyżej. To ważna informacja, do której jeszcze wrócimy.

Punkty bieguna południowego i północnego stanowią jednocześnie punkty zbiegu południków geograficznych w stosunku do których równoleżniki ułożone są pod kątem 90* i tworzą razem siatkę współrzędnych geograficznych o której należy pamiętać, że jest ona j e d y n i e matematycznie poprawną i konsekwentną selekcją linii teoretycznych ułatwiających orientację w terenie i lokalizowanie punktów w nawigacji morskiej i lądowej.

BIEGUNY GEOMAGNETYCZNE - to punkty przecięcia powierzchni ZIemi z osią geomagnetyczną.

O tym, że nasz biegun południowy znajduje się na północy i odwrotnie wie dzisiaj niewiele osób. Aby utrzymać wspólną geograficzną nomenklaturę przyjęło się jednak, że igła kompasu wskazująca N wskazuje północ, w rzeczywistości jednak igła N jest przyciągana przez biegun magnetyczny południowy, który w tej chwili znajduje się na północy.



Podobnie jest z sytuacją geomagnetyczną Ziemi w szerszym ujęciu. Ponieważ życie ludzkie trwa zbyt krótko aby być świadkiem rzadko zachodzących zmian na skalę globalną, prawdopodobnie lwia część społeczności Ziemi żyje w przekonaniu, że taki obraz geomagnetyzmu ziemskiego jest niezmienny i o ile bieguny magnetyczne przesuwają się, czynią to powoli i w niewielkim odchyleniu od biegunów obrotu kuli ziemskiej.

I jest to zgodne z prawdą. Lecz tylko w krótkich przedziałach czasu geologicznego to o ile w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat ziemska nawigacja wymagała niewielkich kalibracji, w ciągu minionych miliardów lat historii Ziemi, położenie biegunów magnetycznym nie tylko różniło się znacznie o znanego nam obecnie to na dodatek nieustannie zmieniało się ono diametralnie.


Na tym wykresie przedstawiono zmiany położenia biegunów N i S, w sytuacji, w której magnetyczny biegun południowy stawał się północnym i odwrotnie po krótkotrwałym, chaotycznym stanie przejściowym w czasie którego Ziemia posiadała kilka biegunów południowych i północnych jednocześnie, czyli linie sił pola magnetycznego "wychodziły" z powierzchni Ziemi w różnych miejscach wokół planety.



To dla nas widok raczej niecodzienny ale jest naturalnym i jak widać często spotykanym zjawiskiem w przeszłości naszej planety. Skąd o tym wiemy? Nauką która zajmuje się lokalizowaniem i opisywaniem pola magnetycznego w geologicznej przeszłości Ziemi jest paleomagetyka.

Kiedy lawa wydostaje się z wnętrza Ziemi, jako skała rozpuszczona, gęsta i lepka ale płynna, zawiera w sobie cząsteczki żelaza, których ułożenie w płynnej lawie czułe jest na położenie biegunów magnetycznych. Można to porównać do obecności miliardów maleńkich igieł kompasów zawieszonych w gęstej zawiesinie, które zgodnie z liniami sił pola magnetycznego układają się w tych samych kierunkach co one. Kiedy skała zastyga, ich położenie pozostaje niezmienne na kolejne miliony lat (o ile skała nie ulegnie ponownemu stopieniu i uwolnieniu igiełek) i dzięki badaniom mikroskopowym rdzeni geologicznych wydobytych z wielu miejsc na Ziemi, przy użyciu technik komputerowych biorących pod uwagę dryft kontynentów (czyli obroty i przemieszczenia zastygniętej lawy) można określi jak zmieniały się układy biegunów, gdzie się znajdowały w odpowiednich epokach geologicznych i jak szybko następowały zmiany.

Zauważono, że następstwo i częstotliwość zmian są bardzo nieregularne i wahają się od 2 przemagnetyzowań w ciągu zaledwie 50 000 lat po okres ciszy i tą samą magnetyczną sytuację trwającą aż 50 milionów lat.

Ile trwało takie zjawisko, zapytacie? Tu również historia pokazuje, że zmiana biegunowania mogła trwać od 1000 lat po 10 000 ale znany jest przypadek przesunięcia biegunów magnetycznych o aż 6* w ciągu doby! To mogło zaowocować zupełnym odwróceniem położenia biegunów w zaledwie miesiąc!

Jaka jest przyczyna przemagnetyzowania (bo tak właśnie powinno nazywać się to zjawisko)? Badania płynnych ferromagnetyków, które mają reprezentować płynne wnętrze Ziemi działające jak dynamo wskazują, że dochodzi do tych zmian naturalnie. Kiedy pole magnetyczne jest stabilne, pole magnetyczne Ziemi wykazuje stabilność i jest w miarę silne. Kiedy słabnie, w polu pojawiają się zaburzenia, linie sił pola "plączą się" i w pewnym momencie następuje odwrócenie lub znaczne przemieszczenie biegunów magnetycznych, po którym powraca siła pola i sytuacja stabilizuje się.

Jest to obraz odmienny niż ten, który obserwujemy na płynnej powierzchni Słońca, które odwraca swoje bieguny co 9-12 dni podczas których pole magnetyczne gwiazdy wzrasta i staje się bardziej burzliwe.

Istnieją jednak teorie sugerujące, że stabilnie działające dynamo magnetyczne wewnątrz Ziemi może zostać wytrącone z równowagi w wyniku zjawisk na powierzchni Ziemi lub w jej najbliższym otoczeniu. Należą do nich gwałtowne przesunięcia i obsunięcia dużych fragmentów skorupy ziemskiej pod kontynenty, uderzenia meteorytów zaburzające przepływ magmy pod skorupą lub ewentualne przejścia bardzo dużych ciał w pobliżu planety co poprzez działanie grawitacyjne może mieć wpływ na równowagę przepływu magmy wokół jądra.

Metody statystyczne nie wskazują na zależność występowania wielkich wymierań gatunków i następowanie przemagnetyzowania Ziemi. Jednak takie zjawisko może mieć ogromne znaczenie dla cywilizacji opartej na szeroko rozpowszechnionej technologii elektronicznej, na której opiera się każda dziedzina naszego życia. Jak wcześniej wspomniałam, w czasie przemagnetyzowań siła pola magnetycznego słabnie jednak nie stwierdzono w skałach dowodów na wystawieni powierzchni Ziemi na wysoko zjonizowane cząstki wiatru słonecznego. Można więc przyjąć dość spokojnie, że co prawda część technologii elektronicznej może ulec awarii, jednak sam proces nie powinien mieć katastrofalnych skutków dla organizmów żywych. Należy oczywiście pamiętać o satelitach okołoziemskich, które mogłyby zostać zniszczone, odcinając nam dostęp do nowoczesnej nawigacji i komunikacji ale to już problem, który powstał jak się zdaje w wyniku krótkowzroczności naukowców budujących tę infrastrukturę.
Całkiem inaczej sprawa się jednak ma w kwestii przebiegunowania geologicznego.

I tu najczęściej pojawiają się błędne interpretacje i łącznie obu zjawisk w materiałach dostępnych w sieci, dotyczących roku 2012.

Czym więc jest przebiegunowanie geologiczne Ziemi, które spędza sen z powiek wielu osobom?

To obrót całego ciała niebieskiego, niezgodny z linią osi obrotu tego ciała, w wyniku którego geograficzne punkty biegunów (a za nimi oczywiście wszystkie teoretyczne punkty na powierzchni Ziemi) zmienią swoje położenie względem siatki współrzędnych geograficznych.

Faktem niezaprzeczalnym jest, że w przeszłości geologicznej Ziemi zdarzenia te miały miejsce. W ciągu ostatnich 200 milionów lat, powierzchnia Ziemi przesunęła się względem osi obrotu o całe 30*, chociaż nie zanotowano szybkich zmian o charakterze katastrofalnym. Około 850 milionów lat temu, w dwóch fazach powierzchnia Ziemi zmieniła swoje położenie względem osi obrotu o ponad 55*. Rzeczywisty dryf skorupy Ziemi odbywa się z prędkością średnią około 1* na 1 milion lat. A więc kąt 23,5* o którym pisałam na samym początku nie jest w żaden sposób stałą wartością na Ziemi. Gdyby nasza cywilizacja istniała w tym czasie i mogła zanotować te zmiany, mogłoby się okazać, że zagadkowe znaleziska zamarzniętych połaci lasów umiarkowanej strefy klimatycznej pod południową czapą polarną mogą nie znajdować się tam dzisiaj w wyniku dryfu kontynentów ale przebiegunowania geograficznego właśnie. Gdyby odpowiedzialny był za to dryf kontynentów - powolny i stabilny, roślinność przemieszczającego się fragmentu skorupy miałaby miliony lat na to aby w naturalny sposób wycofać się z obszarów niesprzyjających wegetacji. Tutaj jednak widzimy, że natura zaskoczyła w jakiś sposób biosferę, czego wielu naukowców głównego nurtu nauki nie chce zaakceptować. Teoria dryfu kontynentów Wegenera jest w tej chwili obowiązującą teorią każdego geologa i pomimo faktu, że nie tłumaczy wielu podobnych temu odkryć, uparcie trwa przy swoim.

Znalazł się jednak pewien odważny naukowiec, który stawił czoła teorii Wegenera. Choć teoria została podparta naukowo przez najdoskonalszy umysł XX wieku, historia przebiegunowań czy przemieszczenia skorupy nadal jest niesłusznie spychana w krąg teorii niestworzonych historii.

Charles Hapgood, doktor Uniwersytetu Harvard oparł swoje teorie m.in. na mapach ocalałych w bibliotekach całego świata, na których wyraźnie widać obszary lądu dziś zajęte lodem, które w czasie, kiedy mapy tworzono nie tylko nie znajdowały się pod lodem ale prowadziły nurty rzek, były pokryte roślinnością a wody wokół wybrzeży pływalne na tyle, że ktoś opłynął linię brzegową aby móc ją precyzyjnie wykreślić na mapie. Przykładem może być portolan Piri Reisa, tureckiego żeglarza którego odręczna mapa, narysowana na podstawie zaginionych już dzisiaj oryginałów ocalonych z Biblioteki Aleksandryjskiej pomogła podobno Kolumbowi dopłynąć do Ameryki.



Po przeanalizowaniu mapy Piri Reisa, Oronteusza Fenneusza i innych kartografów ubiegłych stuleci doszedł do wniosku, że ich podstawy obliczeniowe powstały dzięki istnieniu cywilizacji o rozwiniętej nadzwyczajnie metodzie naukowej, pomiarowej i technologicznej co dało podstawy twierdzić, że linia brzegowa zaginionych dziś kontynentów była widziana na własne oczy przez nieznane nam społeczeństwa zamierzchłej przeszłości Ziemi.

W tym jednak podejściu nie znalazł on zwolenników, jego pierwsza książka została uznana za barwne gdybania niegodne naukowca. Pomimo ewidentnych dowodów, obliczeń tempa i kierunku dryfu skorupy ziemskiej nie uznano jego teorii za nadrzędną względem teorii Wegenera lub zupełnie ją zignorowano. Charles Hapgood wysłał swoją pracę do jedynego człowieka, który mógł nadać jej mocne fizyczne podstawy - Alberta Einsteina.

W 1958 roku opublikował książkę The Earth's Shifting Crust, z jego właśnie przedmową, w której Einstein tłumaczy szczegółowo proces który mógł prowadzić do przebiegunowania (w najgorszym wypadku) lub do przesunięcia skorupy ziemskiej niby skorupki na płynnym jajku.
Teraz będzie trochę fizyki ale nie za dużo. :)

Każda bryła obrotowa posiada trzy osie obrotu. Wyobraźmy sobie pudełko zapałek, które m o ż e obracać się wokół osi pionowej, poziomej przechodzącej przez szufladkę lub osi przechodzącej przez draskę.

Jeśli w naszej wyobraźni puścimy w ruch pudełko zapałek w ruch, wokół którejkolwiek z osi, będzie się ono stabilnie obracać wokół niej tak zawsze lub, jeśli przyłożymy siłę wokół innej osi, przy czym przeskok z obrotu wokół jednej osi na inną będzie dość raptowny. Bryła obrotowa potrzebuje stabilnego oparcia i równowagi sił aby obracać się swobodnie a więc jakakolwiek zmiana równowagi wektorowej zaowocuje próbą znalezienia sobie nowej osi obrotu.

W drobnej skali, zjawisko to nosi nazwę nutacji i obserwowane jest w żyroskopach, jako drganie występujące, kiedy kula poszukuje nowej osi obrotu.

W przypadku Ziemi, czy jakiegokolwiek ciała niebieskiego, nutacja na skalę planetarną może stanowić katastrofalny koniec pięknego dnia.

Ziemia nie jest kulą, nie jest nawet geoidą, kiedy obedrzemy ją z wszechoceanu - ma kształt ziemniaka, który podobnie jak pudełko zapałek posiada trzy osie obrotu. Wirujemy wokół jednej z nich ale wystarczy zmienić rozkład masy na jej powierzchni... właśnie - rozkład masy - to sprawa kluczowa przy możliwych rozważanym katastrofalnym przebiegunowaniu Ziemi. Oś obrotu, którą znamy i kąt nachylenia osi obrotu do płaszczyzny ekliptyki jest wypadkową wynikającą z takiego a nie innego rozkładu masy bryły zastygniętej lawy z płynnym wnętrzem, którą jest nasza planeta.



Co może spowodować przeniesienie siły obrotu na inną oś? Wszystko co już z definicji jest katastrofalne w skutkach - trzęsienie ziemi na niewyobrażalną skalę (trzęsienie ziemi w Japoni przesunęło oś obrotu ziemi tak, że straciliśmy na tym około 0,5 sekundy z 24h na ok 0,5 miliona lat), uderzenie meteorytu, wybuch wulkanu większy niż Krakatau (np. superwulkan Yosemite), uderzenie asteroidy, przejście nieznanego ciała niebieskiego o masie porównywalnej do masy Ziemi w nawet odległości 1AU... A więc zdarzenia, których nie możemy przewidzieć, możemy zauważyć je za późno, lub wcale. Zjawiska, na które nie mamy żadnego wpływu.

Oprócz jednego - Hapgood a wraz z nim Einstein zgodni byli w kwestii tego, że pokrywy lodowe stanowią tak ogromną masę, że ich topnienie i narastanie stanowi decydujący czynnik w równowadze sił decydujących o tym, wokół której osi wiruje Ziemia. Zgodzili się również, że poważny ubytek masy czap polarnych może doprowadzić do zaburzenia tej równowagi i w pewnym momencie skorupa ziemska może obrócić się na płynnym wnętrzu tak aby je skompensować. O tym co dzieje się z pokrywą lodową biegunów nie trzeba przypominać.

Jeśli nastąpi przebiegunowanie geograficzne na jakąkolwiek skalę, nie umknie to naszej uwadze w żaden sposób. Wiele osób podejrzewa, ze przebiegunowanie już ma miejsce lub już się zdarzyło jednak nie zdają sobie sprawy z fizycznych konsekwencji takiego zdarzenia. Więc od dzisiaj już wiecie, że jeśli ktoś powie Wam, że podejrzewa lub ma dowody na to, że nastąpiło przebiegunowane (nie przemagnetyzowanie) to już wiecie - że zmyśla ku czczej zgrywie lub zwyczajnie nie wie o czym mówi.

Przebiegunowanie geograficzne to koniec świata jaki znamy w każdym przejawie.

Spróbujcie szarpnąć bardzo szybko garnek pełen wody - garnek przesunie się z Waszą ręką, woda, wyniku siły bezwładności na krótką chwilę pozostanie w miejscu póki nie wzbierze przy brzegu naczynia i nie wyleje się na podłogę - podobnie wszechocean wystąpi z brzegów zalewając lądy falą o niewyobrażalnej wysokości i prędkości. Skorupa pęknie na uskokach, wybuchną wszystkie wulkany świata, kontynenty popękają wzdłuż i wszerz, woda przy brzegach, gdzie lawa zacznie uchodzić do morza zacznie się gotować....
Skąd znamy taki opis jeśli nie od Platona?
Przede wszystkim, podobnie jak w opisie zagłady Atlantydy - Słońce zacznie wschodzić i zachodzić szybciej, wolniej, nie w tych miejscach, w których zwykle się pojawia, dzień stanie na głowie, noc zapadnie na 2 godziny lub 3 dni, kto wie.... Na naszym nocnym niebie gwiazdy będą przesuwać się wspólnie w miarę jak Ziemia będzie "poszukiwać" nowej osi obrotu - o ile przeżyje ktoś kto będzie w stanie to opisać. Ci szczęśliwcy rozpoczną życie na Ziemi, na której już nic nie będzie takie samo.

Biegunami może stać się każde miejsce na Ziemi – np. Paryż lub Buenos Aires, pokryte lodem w kilka dni lub spalone prażącym słońcem, od którego nie będzie ucieczki. Roztopione czapy polarne odbiorą steki tysięcy kilometrów.

Wcześniej pisałam o wpływie kąta nachylenia osi obrotu Ziemi na pory roku. Jeśli ten kąt zmieni się (choć nie musi) , wegetacja ulegnie kompletnej przemianie. Pory roku mogą różnić się o tego co znamy nawet tak bardzo, że na Ziemi zapanuje nieustanne, palące lato na zachodniej półkuli i kosmiczna zima na wschodniej. Życie będzie możliwe tylko na terminatorze, czyli tam gdzie dzień będzie się spotykał z nocą, w tej samej prze dnia 365 dni w roku, w strefie przejściowej. Tylko jak pomieścić się w pasie lądu o szerokości 300km, okalającym Ziemię niczym obrączka chroniąca pozostałych przy życiu? Możemy mieć lato, tydzień jesieni, zimę, tydzień wiosny i wszystko co można wyobrazić sobie po drodze. Takie zmiany nie dają szansy roślinności a siłą rzeczy reszcie łańcucha pokarmowego, jaki dziś istnieje na naszej planecie...

Przebiegunowanie i przemagnetyzowanie jak widać mogą nastąpić w wyniku podobnych zjawisk. Jedno może poważnie utrudnić życie, sprowadzając cywilizację do epoki kamienia łupanego ale czym jest taki upadek w obliczu Wielkiego Wymierania wszystkiego co żyje?

środa, 28 listopada 2012

Feathers of Passion

Od początku. Założyłam na FB swoją własną stronę z ofertą i galerią wszystkich rzeczy jakie zrobiłam własnoręcznie w ciągu ostatnich lat. Na dysku nadal leży mnóstwo zdjęć, które czekają na swój wielki dzień ale dość szybko strona spełniła swoje podstawowe zadanie- przyciągnęła więcej klientów i dała troszkę zarobić. Ale tylko troszkę. Większe zamówienia powodują, że znowu planuję ściąć włosy a i tak zawsze kasa gdzieś się rozchodzi po kościach (czyt. po dzieciach) ale małe zamówienia kupiły mi piękny szalik w Matalanie. :)

Klientka zobaczyła na kasie moją małą Sówkę na drobiazgi i zapragnęła mieć taką samą. Było zimno w pracy więc zrobiłam sobie rękawiczki bez palców i zaraz dostałam zamówienie na 2 pary... Dziś skontaktowałam się z panią fotograf która szuka kogoś od czapeczek dla maluszków na sesje fotograficzne. Za jeden motek czarnej wełny Detaksacja dostanie swój komplet czapa-komin-rękawiczki zanim uderzy w nas zimna stulecia....

Ale w końcu rękodzieło to nie tylko moje szydełko. Planuję też wystawić moje wisiorki na stronę, może ktoś zakocha i zapragnie...?

Chcecie popatrzeć, na razie nie ma tam dużo ale zawsze można poLajknąć i być na czasie z tym co wychodzi spod moich rąk... Będzie mi bardzo miło.



Leniwe dni jesienne...?

Fałszywy alarm? Nie, to była próba mojego nowego sprzętu w próbie odpowiedzi na pytanie: czy da się pisać posta na tyle sprawnie na tablecie, żeby nie trwało to godzinami. Odpowiedź brzmi- da się, nawet całkiem sprawnie ale Blogger nie dostarcza polskich znaków diakrytycznych dla Androida. :)

Co tam u mnie?

O matko, macie tydzień? :)

Piszę artykuły, biorę udział w audycjach internetowych, robię zabawki na szydełku, czapki, buciki, szaliki, maluję liście, montuję parapety, walczę w sojuszu znajdującym się obecnie na 23 miejscu w Polsce, tłumaczę filmy, prowadzę własną grupę dyskusyjną na FB, drugą z własnymi pracami, czytam dwie książki na raz (jedną jednym okiem, drugą drugim), odkładam i czytam dwie kolejne, buduję teorię, obalam teorie, kłócę się z ludźmi, odchodzę, wracam, żałuje i odchodzę ostatecznie, nie żałuję, słucham muzyki, oglądam "Lekarzy"..... jeszcze?

W tym samym czasie- raniutko ściągam mokre prześcieradełko, mokre spodenki, mokrą koszulkę i tłumaczę Mai, że kiedyś na pewno nauczy się nie siusiać w nocy. Ubieram w mundurek, wiążę kucyki, wysyłam do Babci na górę, schodzę zrobić Mai kanapki z jajkiem i szczypiorkiem, picie, spakować lunchbag, bookbag, zakładam kurteczkę, czapkę, szalik, całuję na papa, upewniam się, że grzeczna Maja będzie grzeczna w szkole. Wstawiam kawę, wsadzam mokre szmatki do pralki, wstawiam pranie, wyciągam gary ze zmywarki, robię kanapkę, siadam przy właczonym kominku i mam 1h dla siebie. W tym czasie robię coś z tej długiej listy rzeczy z poprzedniego akapitu. Budzi się Gabi, przychodzi z góry z kocykiem w objęciach, siada mi na kolanach, każe się zawinąć w kocyk i robimy poranne tulaczki. Robię małe śniadanko dla małego Chłopczyka, właczamy bajki, zbieramy autka, brumkamy po podłodze albo składamy wieże z klocków...Babcia jedzie po Maję do szkoły, przywozi rozczochraną, niedoubraną, zasmarkaną szczęśliwą dziewczynkę, której uczucie szczęścia przyćmiewa fakt, że jest tak kompletnie wykończona, że stoi w kuchni, w kurteczce i płacze bez powodu. Rozbieram, wrzucam mundurek do nowego prania, robię mleko, kładę Dzieciusie spać. Mam 2h dla siebie, podczas których robię wszystko z powyższego akapitu i wiele więcej, łącznie z planowaniem obiadu. Kiedy w tle leci jakaś audycja Georga Nooryego od której ryje się beret i cierpnie skóra, wstawiam obiad i czekam aż obudzą się Dzieciusie. Zmieniam pieluchę, ubieram dwie dupki, sprowadzam na dół, daje coś do roboty, idę kończyć obiad, w międzyczasie pisze posty na FB. Obiad się robi, Maja uczy się czytać. Mam więcej wytrwałości niż ona, więc zwykle po 30 minutach pięknego składania literek Maja odpływa w tryb "niesłyszęcodomniemówisz" i idzie na górę z Gabim bawić się figurkami co zwykle kończy się paplaniem figurek w umywalce w łazience. Obiad. Wraca Misiek, Z salonu robi się ruina, wszystkie zabawki na środku, drugie pranie, ścielenie nowego łóżeczka, zmywarka, coś z powyższego akapitu, mleko na noc, kąpanie Dzieciusiów sprowadzające się do 90% czasu zabawy w wannie i 10% czasu na mycie przy wtórze krzyków niezadowolenia. Tata usypia Maję grubą księgą bajek, Mama usypia Gabiego Muminkami. Tata i Mama usypiają w tym samym czasie co Dzieciusie, dodać czas na przeturlanie się do łóżka w sypialni i upewnienie się, że budzik nastawiony jest na 5:00 i 7:00 rano.

Co tam u mnie...... :D