wtorek, 13 sierpnia 2013

Nigdy. Więcej. Ryanaira.

Nigdy, jak tu siedzę, z ręką na sercu.

Minęły 2 lata i Pu wybrała mnie na chrzestną swojej córeczki tak jak sobie kiedyś obiecałyśmy. Od kwietnia czy maja wszystko ustaliliśmy i przyszedł czas na kroki których efektem miało być nasze pojawienie się w Niemczech ma chrzcie a potem tygodniowy pobyt z Pu i Mannem (^-^) oraz Córeczką, wraz z Dzieciusiami i Susłem.

Wersja Pierwsza: całą czwórką wsiadamy w auto i jedziemy koło Frankfurtu w tym samym czasie zwiedzając co popadnie po drodze i ciesząc się pierwszym prawdziwym wypadem w świat od 2006 roku.

Coś rypnęło w aucie i oczywiste stało się, że koszt dojazdu plus koszt naprawy auta jakoś się ze sobą gryzą.

Wersja Druga: lecimy samolotem.

Suseł nie dostał urlopu. Koledzy w pracy jakoś tak pobukowali swoje urlopy, że Suseł został z przysłowiowa ręką w bardzo nieprzysłowiowym nocniku i stanęło na tym, że...

Wersja Trzecia: lecę sama z Dzieciusiami.

Paszporty. Zaciągnęłam zarówno języka jak i opinii, dostałam aplikacje. Ucieszyłam się jak norka bo wyglądało na to, że w 2 tygodnie uda się wyrobić im paszporty- idealnie na czas wyjazdu. W toku zbierania dokumentów, poszłam z Ludzikami do budki fotograficznej w Tesco, żeby pstryknąć im fotki do aplikacji. Maja bardzo przejęła się rolą i zapozowała tak poważnie, że wygląda na zdjęciu jakby niosła na barkach wszystkie smutki świata. Moja Rodzicielka nie bardzo ogarnia funkcji zdjęcia paszportowego zgodnego z wymogami UE i objechała mnie za pozwolenie dziecku na posiadanie TAKIEGO zdjęcia w paszporcie, jakby to miało zaważyć nad jej zdrowiem psychicznym czy karierą zawodową w życiu.

Za to Gabi odstawił popis stulecia. Krzesło było za niskie nawet kiedy maksymalnie rozkręcone, więc starałam się za wszelką cenę nie znaleźć się w kadrze podczas gdy Gabi siedział mi na jednym kolanie, które wsunełam do budki, resztę ciała zostawiając poza budką. Bez ręki też nie dało rady, więc rękę też wsadziłam do budki , drugą manewrując przy guzikach obsługujących budkę. Kiedy gmerałam przy opcjach, Gabi był bardzo przejęty i siedział nawet grzecznie. Ale kiedy tylko mówiłam:
-Uwaga Gabi- nie ruszaj się i nie uśmiechaj!

...Gabi zaczynał popis elokwencji i fantazji fotografika szaleńca- robił miny, rozciągał buzię łapkami, pokazywał wszystkie zęby łącznie z migdałkami... Po trzech takich podejściach, podczas którym Rodzicielka dostawała apopleksji za firanką, budka kazała mi wybrać jedno z trzech nieudanych ujęć i kiedy szarpałam się guzikiem

ABORT !!!

Powiedziała: -Dziękuję, drukuję domyślne. I wypluła TO:




Wróciłam do domu na tarczy z zażaleniem do Tesco nad obsługą budki, która nie pozwala porzucić sesji w przypadku kiedy pacjent nie nadaje się do badania. :)

Usiadłam w papierach a zdjęcie Gabiego pozostawiłam w gestii Susła. W papierach jednak okazało się, że co prawda Gabi jest z urodzenia Brytyjczykiem ale nie jest Brytyjką Maja i co prawda dostanę paszport Gabiego w 2 tygodnie, to nie ma mowy, żebym tak łatwo załatwiła to z Mają. Bez Ambasady nie ujedziesz.

Wersja Czwarta: lecę sama.

 Kupiłam bilet u Ryanaira, zadowolona i szczęśliwa, wybrałam opcję bezbagażową (Bóg mnie chyba trzymał pod słoikiem), jednak, ponieważ podjęłam nową pracę a Suseł w poniedziałek musiał wrócić do pracy, pobyt u Pu musiał zostać przycięty do poranka piątku 26.07 po wieczór niedzieli 28.07. Trzy dni z Chrztem po środku.

Zadzwoniła Pu, żebym wysłała jej nazwę kościoła w którym mnie chrzcili. Potrzebne papiery kościół w DE miał załatwić w naszym imieniu. Okazało się, że KK w polskim wydaniu to jednak nieużyta banda biurokratów z wężem w kieszeni bo odmówili kategorycznie wysyłanie gdziekolwiek czegokolwiek na swój koszt. Niemiecki kościół polecił, żebym poszła do parafii w Miasteczku, ojca M. i poprosiła o stosowny papier w którym stwierdzi zgodnie z prawdą, że jestem katoliczką po zbóju, chadzam regularnie na msze i nadaję się. Że nie chadzam na msze od 7 roku życia to szczegół, że katolików nie poważam też ale chrześcijanką jestem pełną gębą i mam wiele własnych opinii na temat tego jak powinien żyć dobry człowiek, ojciec M. nie zawarł w swoim liście. Ale o co poprosiłam to dostałam, i to bez najmniejszych problemów z pytaniem czy ma być po angielsku czy po niemiecku. Szok, ten tego. Zabroniłam im się w sekretariacie kłopotać i dostałam wersję łacińską i angielską w ślicznej kopercie, za piękny uśmiech.

Wersja Czwarta była bliska urzeczywistnieniu....

W poniedziałek czy wtorek, o 10:00 rano (sic!) mieliśmy burzę z piorunami, z których jeden rypnął w słup telefoniczny nad naszym domem (strasząc mnie na śmierć, kiedy akurat trzymałam Gabiego na ręku i tak błysnęło, że w jego buzia zrobiła się z jednej strony oślepiająco biała bo światło padło pod takim kątem dokładnie zzanaszegodomu...) i spalił nam router internetowy. W kilkanaście minut zagrzał się do temperatury piekarnika i jakoś tak zapadł się do środka.

Nie mogłam się odprawić przez internet. Ostatnie pieniądze poszły na nowy router, żeby odzyskać dostęp do świata i móc przekręcić na Skypie od Pu do domu....

Odprawiłam się jednak przez komórkę bo router okazał się do kitu, nie śle sygnału Wireless... dupa.

Spakowałam szatki na trzy dni, prezent dla Córeczki, dla Pu bo akurat stuknął jej mój wiek i poszłam w czwartek wieczorem do pracy z myślą, że pośpię ze 3h. Skończyłam o czasie, wróciliśmy do domu, wszystko przygotowane, plecak spakowany, pobudka 3 rano. Wskoczyliśmy w auto, Suseł spojrzał na bak i siu. Gdzieś tak koło Londynu stwierdził jednak, że nie dojedzie do domu na baku biorąc pod uwagę zużycie paliwa. A konto suche jak koryto w starym pueblo. Stwierdził, że sobie poradzi, wyrzucił mnie na trawniku pod Stanstead i poszłam na terminal. Szybko znalazłam okienka odprawy RA i tam dopiero się zaczęły problemy. Na lotnisko weszłam 1:20h przed odlotem. Jakoś z miejsca ścięła mnie niewyobrażalna ilość ludzi pchająca się do 5 okienek RA, które odprawiały kilka lotów na raz, bez porządku czy przypisania kolejki do lotu. Utknęłam w bule ludzi która wyglądała na tłum co najmniej 500 osobowy. Kiedy dotarłam do okienka, babeczka (k****a jedna) nawet nie spojrzała na dokumenty, pierdykła pieczątkę i wysłała do security. Przeszłam odprawę bezpieczeństwa w towarzystwie buły ludzi rozciągniętej w przestrzeni na długości wielu, wielu, wielu metrów i kiedy wyszłam ze swoimi bambetlami w strefę wolnocłową, cała ta buła luda, skoncentrowana na dostaniu się do bramek lotów zbiła się wokół standu wyświetlającego numery bramek. Znalazłam numer i klucząc w tłumie jak na plaży bałtyckiej, zaczęłam przeciskać się w kierunku wyjść na terminale. Korytarze, schody, podjazdy.... byliście kiedyś na Stanstead? No, to wiecie, że przejście do bramek jest jak przejście od bramy cmentarza Osobowickiego we Wrocławiu do głównej Kaplicy w dzień Wszystkich Świętych. Ludzi biegli, przepychali się, ciągnęli walizy podręczne, dzieci....Wbiegliśmy na hal z którego widać było samoloty RA, DOKŁADNIE w tym momencie ok 7 lotów (łącznie z FR HNH) zostały zamknięte na naszych oczach.

GATE CLOSED.

NIEEEEEE!! 

Dopadłam do biurka z ciociami w garsonkach:
-Kolejka jest niewyobrażalna! Tu się nie można dostać! Mój lot jest zamknięty???
-Tak, musi się Pani zwrócić do stanowiska w głównym hallu....
-FUCK!

Miałam w dupie konsternacje, choć nie do końca:
-Przepraszam.... SHIT!!! Przepraszam..... KURWAA!!!

Z rykiem zawróciłam pod prąd walącego tłumu kręcąc numer do Pu. Nie odbierała. Do Susła:
-Gdzie jesteś?
-Na stacji BP zaraz obok lotniska, czekam aż się Rodzicielka obudzi, żeby zrobiła mi przelew.
-Nigdzie nie jedź, poleciałam do dupy na raki. Zaraz oddzwonię.

Koło security znalazłam jakiegoś z Obsługi, który prychnął jak usłyszał, że kolejny pacjent nie dostał się na lot. Nie chciałam być aresztowana za przedzieranie się przez rentgeny w górę rzeki, przeprowadził mnie tylnymi drzwiami i wskazał biurko w hallu. Okazało się, że wylądowałam w kolejce pasażerów, która nie zdążyła na poprzednie loty a zaraz za mną szybko zmaterializowała się grupa ok 80 osób, większość z samymi plecakami bo ich bagaż został przyjęty na odprawie, wsiadł do samolotu i poleciał w cholerę a właściciele nie. Obok stała rodzinka z trzema chłopczykami, dziewczyna podobna do Truffla, kobieta płacząca histerycznie...

-Mój lot odleciał. Jak można otwierać kilka bramek na tak ogromną ilosć pasażerów?
-Są w kacje.
-Więc... to wam nie daje do myślenia? Wakacje trwają już tydzień. Nikomu nie przyszło do głowy, ze trzeba umożliwić pasażerom podróż? Jak tak można?
-(wzruszenie ramion)
-O, czy są jeszcze dzisiaj loty do Frankfurtu?
-Jest. O 18:45.
-To za 10 godzin!
-Powinna się Pani cieszyć, niektózy pasażerowie muszą czekać nawet tydzień na kolejny lot.
-Poproszę - już wyobrażałam sobie siebie siedzącą 10h na lotnisku ale, co tam...
-150 funtów.
-Słucham??
-150 funtów za przebukowanie.
-Nie spóźniłam się na lot z własnej winy, byłam tu wystarczająco wcześnie, tylko, że uważacie, że wakacje są wystarczającym powodem na to, żeby utrudniać ludziom podróż.
-Przebukowanie kosztuje 150 funtów.
-Acha, czyli mam czekać 10 godzin  i dopłacić trzykrotność ceny biletu, tak?
-Tak, zgadza się.
-To w którym momencie dokłądnie mam się cieszyć- że dopłacam czy że nie muszę czekać tydzień na trójkrotnie droższy lot?? Żadna z tych opcji jakoś szczególnie mnie nie cieszy.
-To kupuje Pani czy nie?
-Nie, wsadź go sobie w dupę.

Tylko że po polsku.

Wyszłam z lotniska, usiadłam na krawężniku i zadzwoniłam do Pu. Udało mi się sprowadzić Miśka do trawnika na którym mnie wyrzucił, wsiadłam i teraz co dalej?

Dopisze tylko, że cokolwiek byśmy nie próbowali zrobić w tamtej chwili- NIC NIE WYCHODZIŁO. Póbowaliśmy przebukować bilet z niemieckiej strony, znaleźć transport na lotnisko na wieczór bo naszemu autu zaczęło kolebotać w kole... podróż do domu zajęła nam prawi 5h. Na najwolniejszym pasie, nieustannie pisząc do Pu wiadomości z najnowszymi przeszkodami...

Nagle- pojawiła się SZANSA! Mój przyjaciel A, o którym Wam pisałam a o którym muszę Wam jeszcze popisać- .... w tym momencie Pu napisała, że drugi kandydat na chrzestnego ma problemy z papierem z kościoła i nie wie czy dostanie. Jakby się wszyscy zmóili. Okazało się, że nawet boska pomoc A nie podziała... i nagle chrzestny papier dostał. To się chyba nazywa "splątanie kwantowe".

Dojechałam do domu zmęczona upałem, niewyspana, wkurwiona jak jeż i zawiedziona jak chyba nigdy w życiu.

Na drugi dzień.... kiedy tylko Ksiądż (patrzcie, bo pisze z dużej litery!) usłyszał o wszystkim- postanowił uczynić wyjątek i dobry uczynek- i uznał, że skoro chrzestna z bardzo krótkiej  listy kandydatek na chrzestną, zwierającej jedno nazwisko nie dojechała- ceremonia odbędzie się  z uznaniem mojej "wirtualnej" obecności i ...

ZOSTAŁAM CHRZESTNĄ MAŁEJ A.

A Ryan może się wypchać. Następnym razem- jedziemy pociągiem. :)

PS. Mając nadzieję na zwrot kosztów podróży, wsiadłąm na sieć i poszukałam skarg na Ryana- LUDZIE!!!! Ja się powinnam cieszyć, że nie wylądowałam w wiezieniu, z amputowaną ręką i zmienioną płcią- takie się ludziom rzeczy przytrafiają z Ryanem, :)




wtorek, 16 lipca 2013

Czas na krok do przodu

Przy całym tym zrywaniu baków z klientów Tesco i narzekania na robotę, zapomniałam powiedzieć, że jutro zaczynam nową, dodatkową pracę! :D

Zaczęło się chyba od tego, że w kolejną sobotę z rzędu przyszedł do kolejki znany mi miły pan koło 50ki i jak zawsze trochę ponarzekaliśmy na życie. W międzyczasie klikałam, pakowałam, skanowałam i w pewnym momencie spytał:
-To się nazywa wydajność. Mądra jesteś co?
-No trochę tak.
-Pracują u mnie dwie Polki. Wy wszyscy jesteście tacy- pracowici, punktualni i sprytni. Nie zamienię ich na nikogo innego.
-A co robią?
-Jedna pracuje na mojej kuchni a druga jest kelnerką. Prowadzę pub.
-...................pub?
/mamo!/
-Tak, w B.. Nie masz przypadkiem kogoś znajomego kto chciałby popracować u nas na barze?

I tak to się zaczęło. Tydzień temu pojechałam wszystko obejrzeć, podpisać papiery i jutro idę na pierwszą wieczorną zmianę. 
Będę pracować od 18:45 do 22:45 w środy, czwartki, piątki i soboty. Przy czym w soboty zarówno w Tesco jak i w pubie. Czyli wstanę o 7:00, od 8:00 poklikam do 16:15, do domu, herbata, dzieci i na 18:45 z powrotem do roboty. Kiedy będę wracać Dzieciusie będą już spały ale za to nadal będę z nimi w domu w ciągu dnia. A w kieszeni 100% więcej kasy. Szefostwo to małżeństwo po 50tce czyli wspomniany Klient Sobotni i jego żona, najwyraźniej absolutni pasjonaci jedzenia, goszczenia i gotowania dla innych.



Oglądaliście "Zakochanego Szekspira"? Gwyneth Paltrow w jakieś 12 minucie filmu czesze kłaki w scenie w sypialni swojego zamku. To zamek do którego należy pub w którym będę pracować. Zamek B. został wykorzystany do tego i kilku innych filmów również bo to jeden z najlepiej utrzymanych zamków w UK będących w prywatnych rękach.

Pub to właściwie restauracja bo nie jest to miejsce które serwuje zimne piwsko na gołych stołach a w pubie nie ma nic do jedzenia prócz orzeszków z paczki wielkości naparstka. We środy trwa tam wieczór stekowy, robią prawdziwe jedzenie ze świeżych składników, słynne "pies" o których już się nasłuchałam... W końcu jakaś restauracja z prawdziwego zdarzenia. A więc mają już Polkę na kuchni, Polkę na sali a teraz i Polkę za barem.

Cheers!

A skoro już o imprerializmie mowa...

... to powiem, że taką imperialistkę mieliśmy swego czasu w Tesco i ciekawa jestem ile osób dziękuje losowi za prawo do emerytury, z którego skorzystała.

Pan, nazwijmy ją Antena ze względu na podobieństwo jej prawdziwego imienia do tego słowa urodziła się i wychowała w RPA. Czyli Afrykanerka. Wiekiem blisko emerytury, mało pracowała a soje zajęcie traktowała bardzo poważnie z naciskiem na "mało" czyli przez 6 lat nigdy nie widziałam żeby robiła coś innego niż przekładanie kwiatów z wiaderka do wiaderka.

Ale tak naprawę po raz pierwszy zwróciłam na nią uwagę kiedy po kilku miesięcy nieustannego mijania się z nią w drzwiach zdałam sobie sprawę, że NIGDY nie mówi pierwsza powitania oraz ZAWSZE czeka aż ktoś jej otworzy te cholerne, plastikowe drzwi wahadłowe. Drzwi mają szybki więc zawsze widać było, że jak tylko zauważyła, że ktoś nadchodzi z drugiej strony, odsuwała się i czekała aż ta osoba drzwi otworzy na oścież i przepuści ją w drodze do swoich spraw.

-Co za wydumana osoba- powiedziałam sobie i w tym czasie jeszcze podzieliłam się swoimi przemyśleniami z Trufflem. Okazało się, że miała to samo wrażenie.

Po dobrym roku dowiedziałam się w czym rzecz. Przez ten cały czas Antena często nawijała do mnie różne historie ale jej akcent był dla mnie kompletną ale to kompletną enigmą i pozostawało tylko kiwać głową, dodawać jakieś mniej lub bardziej zaangażowane okrzyki i Antena miała stuprocentowe wrażenie, że prowadzi konwersacje. Jej monolog natomiast z założenia nie wymagał wtrącania opinii innych.

Jakoś tak się kiedyś stało, że uwiesiła się mnie na magazynie gdzie utknęłam w jakiejś robocie nie pozwalającej zejść jej z oczu i przepytała mnie skąd jestem i jaka jest Polska. Coś tam jej opowiedziałam i wtedy rozwiązała worek ze swoimi burskimi ideologiami. Otóż:

-Ja urodziłam się w RPA w czasach kiedy jeszcze Czarni nie mieli żadnych praw. I tak powinno było zostać bo od czasu kiedy się wyzwolili spod naszej białej władzy nie radzą sobie z niczym. Kiedyś jak taka służąca była chora, szła do lekarza i miała na to pieniądze bo zwykle nie dostawała nic od swojego pana póki nie było potrzebne. Wtedy jej dawał na lekarza. Jak nie chorowała to miała mieszkanie i jedzenie ale nie dostawała żadnych pieniędzy bo i po co jej? A teraz? Dostają wypłaty za służbę u Białych ale mąż zabiera i wydaje na co chce a ona też nic nie ma. I co, źle im było? Ja miałam własną służącą od ubierania, jedną od czesania włosów, jedną od karmienia mnie. A potem wszystko szlag trafił. Nic nie musiałam robić sama. Potem wyjechałam do UK bo się zrobiło nieprzyjemnie, Czarni byli wszędzie i strach było wyjść na ulicę. W UK mąż mnie zostawił i zniknął, nie widziałam go ani razu od tamtego czasu... A wy emigranci to pewnego dnia będzie was więcej w tym kraju niż Brytyjczyków!
-A ty masz Brytyjskie obywatelstwo?
-Nie.
-Właśnie.
-No nie właśnie. Ja urodziłam się w Imperium Brytyjskim, to daje mi niepodważalne prawo mieszkać gdzie tylko chcę na świecie!

I już wszystko było jasne....

Nie dziwię się już, że uważała zwykle, że to jej trzeba otwierać drzwi przed nosem i nigdy nie mówiła głupiego dziękuję.

Teraz mieszka z Synkiem. Synek ma dobre 40 lat, nieżonaty i brzydki jak kulka kociego futra- rudy, okrągły i generalnie fuj. Od roku z okładem przychodzi z mamusią na zakupy. Nigdy za nic nie płaci ale zawsze (ZAWSZE) trzyma swój wielki portfel wypchany książeczkami czekowymi (których w UK już nikt nie akceptuje) blisko przy piersi jak pakiet orderów. Może i wychowany w UK ale na starych zasadach. Nigdy się nie odzywa, patrzy ponad głowami innych i czeka aż mama zapłaci. Mama natomiast, Antena- ZAWSZE po pracy chodziła i nadal tak robi, z kluczykami do auta w garści, z tym od stacyjki na sztorc w ręku. Zupełnie tak jakby spodziewała się własnego auta tuż a półką i już trzymała kluczyk gotowy.

Mamy auto i książeczki czekowe. Miałam służącą od włosów. Kto otworzy mi drzwi?







poniedziałek, 15 lipca 2013

Margaret Thacher w natarciu

Takie klientki nie zdarzają się często ale jak już, pozostawiają po sobie niezatarty ślad w pamięci. Nie dlatego, że są wredne ale dlatego, że swoim zachowaniem przełączają jakiś pstryczek w twojej głowie w wyniku czego uruchamiają się procesy myślowe o które sama byś siebie nie posądziła...

/-Wzięłabym teraz kij nabijany gwodździami i siekałabym tą słodką starszą panią po górnych częściach ciała aż powstałby tatar czekający na jajko./

Myślisz: "Boże, jak ja mogłam coś takiego pomyśleć?" Ale już się stało- kobieta obudziła smoka. :D

Więc zaczęło się od tego, że dama, pod prąd, natarła na moją kolejkę oczekujących na obsłużenie, zacumowała przed kasą i roztoczyła wokół siebie zapach wanili, ciastek, mleka i babcinych opowieści na dobranoc.

Błekitna bluzeczka zapinana na milion maleńkich guzików, wyprasowana nienagannie, czysta i nieskalana mimo upały gorejącego na zewnątrz. Choć podobno staruszki się nie pocą, więc powiedzmy, że miała fory. Włos siwy, ślicznie ułożony w tortownicę ala' Margaret Thacher, żadnego makijażu prócz pooranej zmarszczkami damy pod 90. Na haku torebka z lat '80, spódniczka, sandałki bez palca z których wystawały palce. Standard dobrze ułożonej Brytyjki starego pokolenia. Odezwała się jednak głosem madamme Tyszkiewicz:

-Przepraszam bardzo. Gdzię mogę znaleźć mleko i "płody rolne"?

"Płody rolne"??

Już śpieszę z wyjaśnieniami. Kiedy jeszcze byłam w liceum językowym, uczyli nas, że do sklepu idzie się po "grocery" czyli staromodne zakupy. Do warzywniaka natomiast po "green grocery" i stąd zrozumiałam o co chodziło damie i nie znokautowała mnie od razu ale dopiero po chwili. Jednak określenie to jest równie niemodne i trącające rozkładającą się ze starości myszką jak spytać "w którą stronę na płody rolne"?

Bez mrugnięcia okiem wskazałam ręką ogólnie kierunek na sklep, bo trudno z perspektywy kasy, oblężonej przez klientów ciągnących się w kolejce następnych 15 metrów podawać babci dokładniejsze koordynaty. Tym bardziej, że między mną a płodami jest po drodze dział z kosmetykami, piekarnia i pieluchy. A więc wskazałam.

-A mleko? Chyba nie twierdzisz, że płody i mleko znajdują się w tym samym miejscu bo oczywistym jest fakt, że  TO NIEMOŻLIWE!

Uchwyciłam brwi zanim wyskoczyły mi ponad głowę.

-Nie, nie są w tym samym miesjcu. Ale wystarczająco blisko, żeby wskazać wspólny kierunek.

Margaret odcumowała od kasy i pożeglowała we wskazanym kierunku i przez króką chwilę mój świadomy mózg pożyczył sobie, żeby nawtykała w wózek po korek i musiała iść przez normalną kasę a nie przez moją, szybkostrzelną.

Jakieś klientki na widok Margeret spojrzały na mnie i chórlanie stwierdziły:
-Uups!

Minęło z 25 minut. Teraz już wiem, że tyle potrzebowała Margaret, żeby obfuczyć pół załogi i wrócić do mnie. Pewnie dlatego, że wiedziałam co to jest "green grocery" pomyślała, że ze wszystkich tych niedouczonych idiotów którzy tu pracują, tamta niedouczona idiotka wydaje się najbardziej kompetentna do tego, żeby zrobić jej z życia piekło.

Ustawiła się w kolejce i doczekała do swojego "pięć minut" z którego wykorzystała świetnie każdą sekundę.

Postawiła koszyk z buteleczką mleka i pomidorem (25 minut!) i oświadczyła:

-Powinniście szkolić lepiej swoich ludzi! Żadna z napotkanych osób nie umiała wskazać mi "green grocery" i nie wiedziała co to znaczy! Jak można nie znać podstawowych określeń pracując w sklepie sprzedających żywność!

Bóg mnie otoczył swoją łaską, że mnie w tym momencie zamroczyło i nie powiedziałam nic głupiego z kategorii:
-Proszę Pani, w dzisiejszych czasach idziemy do sklepu z komputerami i ekspedient nie wie w tym temacie nic. On tam tylko dokłada do półek i kasuje karty. Takie czasy.

Ale nie powiedziałam nic. Uśmiechnęłam się tylko wymiająco i pikam jej to mleko.

-Słucham- zacisnęła garotę Margaret.
-Słucham?
-Słucham. Dlaczego wasza obsługa nie wie co to "green grocery"??
-Może dlatego, że tutaj używa się słowa "produce"?
-PRODUCE?? Ja nie jestem zainteresowana tym jakich słów na określenie green grocery stosujecie!

Piknęłam mleko i sięgam po pomidora. W tej samej chwili Margert sięgnęła w stos reklamówek, wydziobała jedną i siłuje się z otwarciem. Siłuje. Siłuje. Bez słowa wyciągnęłam rękę co zwykle działa tak, że klient podaje mi ją i czeka aż specjalistycznym ruchem ją otworzę komentując zwykle to zabawnym tonem.

Trzymam rękę a ta się siłuje i widzę, że reklamówki nie odda.
-Trzeba mieć wilgotne palce.
-SŁUCHAM???
/o Jezu, znowu coś nie tak.../
-...wilgotne palce....?... po...lizać?
-NIGDY W ŻYCIU NIE LIZAŁAM WŁASNYCH PALCÓW!!!!!!

"Nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza"

Szybko więc sięgnęłam sama po reklamówkę kierując własnego palucha do buzi.

-JEŚLI POLIŻESZ SWOJEGO PALCA I DASZ MI TĄ REKLAMÓWKĘ - ODMÓWIĘ ZAKUPU I WYJDĘ!!!

Skurczyłam się do rozmiaru zielonego groszka.

Jakaś klientka, następna w kolejce, zafalowała bliżej mojego stanowiska i siarczącej Margaret, zupełnie nieświadomie i bez z góry określonego celu.

-PROSZĘ SIĘ ODDALIĆ! MOŻE JESTEM STARA TORBA ALE WYMAGAM MINIMUM SZACUNKU DO MOJEJ OSOBY!

Kolejka położyła się jak zagajnik po huraganie. Nikt nawet nie pisnął słówka ani nie prychnął z rozbawieniem. Margaret podcięła nogi obserwatorom jakby miała jakieś działo psioniczne w torebce.
Spojrzałam w tłum i widziałam spojrzenia mówiące: "Trzymaj się dziecko, już gotujemy wodę i szykujemy bandaże".

Piknęłam pomidorka, drżącą ręką kładąc go na blacie. Już sama nie wiedziałam jak można zmolestować pomidora według Margaret więc zamieniłam się w bardzo przestraszonego snajpera.

-2,97.

Margaret rozejrzała się teatralnie wokół siebie w poszukiwaniu ekranu z ceną, nawet tam gdzie ekranu nie było prawa być. Wisi mi nad głową.

-Gdzie to jest napisane?
Wskazałąm bardzo małym, drżącym paluszkiem:
-Tu. 2,97.
-NIE MÓGŁBY BYĆ MNIEJSZY, PRAWDA?

/mamo!/

-Ma Pani kartę Tesco?
-NIE! - jakbym pytała publicznie czy nie ma przypadkiem problemów z nietrzymaniem moczu.

Podała mi banknot pięciofuntowy. Schowałam się w kasie z pieniędzmi i czekałam co dalej wygrzebując resztę.
-Co to jest?
-Rachunek?
-A po co mi on? Czy to niezbyt wielkie mecyje jak na zakupy składające się z mleka i pomidora?
/cholera dokładnie to samo pytanie chciałam jej w tym momencie zadać ale Bóg spuścił na mnie kolejną błogosławioną pomroczność/

Kolejna klientka podeszła do kasy spodziewając się, że Margaret zabierze swoją siatę z działem psionicznym i pójdzie siać zgrozę do własnego domu. Ta jednak nie odpuściła.

-COFNĄĆ SIĘ! COFNĄĆ! MOŻE I JESTEM STARA I DURNA ALE NADAL JESTEM TU KLIENTEM! PODEJDZIE PANI JAK JA ODEJDĘ OD KASY W TAMTĄ STRONĘ! SZACUNKU! SZACUNKU!!!

Włosy kolejnej klientki, obwrzeszczanej już drugi raz posiwiały na moich oczach.  Zagarneła pociechę pod spódnicę i skurczyła się 2 metry od kasy.

Margaret wzieła swoje zielone gówniane zakupy, wzgardzony rachunek, działo i wyszarpaną reklamówkę i cały ten staroświecki, brytyjski styl bycia matrony poniżającej swoją służbę na każdym kroku i odpłynęła wolnym krokiem w przysłowiowe pizdu zapominając się pożegnać. Nawet dla zachowania pozorów.

Klienci podali pomocną dłoń, dostałam od kogoś cukierka i kolejne kilka minut, zbierałam gratulacje dla cierpliwości i opanowania.

Imperialnej Brytanii na pohybel, kurwa ich imperialistyczna mać.



środa, 10 lipca 2013

Sen na jawie czy jawa senna czy świadomy sen czy...

Nigdy w życiu nie przydarzyło mi się coś tak odjechanego.

Połozyłam Gabiego spać czyli w praktyce, zasnęłam z nim. Suseł położył Maję spać czyli w praktyce utknął na opowiadaniu o całym dniu, czytaniu "Alicji w krainie czarów" i zasnął razem z Mają.

Śni mi się, że budzi mnie szum morza.

Suseł ma taki budzik, który zaczyna się od szumu morza, potem przechodzi w odległą syrenę portową i znowu szum morza. Nie cierpię tego budzika bo dźwięki natury kojarzą mi się teraz z 5:30 nad ranem i porą o której Suseł wstaje do pracy.

A więc słyszę szum i czekam na syrenę. Nic. Nadal szumi i to coraz głośniej. Zrywam się więc i macam po łóżku ale łóżko jest puste. Na korytarzu nadal świeci się światło, słyszę telewizor u Rodzicielki więc mój mózg uznaje, że jest późny wieczór bo zwykle ok 1:00 Rodzicielka wychodzi jeszcze na kropelkę z Bostonem a w drodze powrotnej wszystko zamyka i gasi światła.

Woda szumi coraz głośniej. Macam po łóżku i już chcę kląć na Susła, że poszedł do Mai ale telefon zostawił gdzieś pod łóżkiem i zaraz obudzi Gabiego. Kiedy tak macam po stronie Susła, dociera do mnie, że szum wody dobiega zza okna. Myślę:
-Matko, jaka ulewa!

Ale przecież ulewa nie szumi jak woda płynąca. Ogarnia mnie panika- Idzie Wielka Woda!

Przez dobrą chwilę siedzę na wprost zasłoniętego okna i boję się wyjrzeć. W końcu udało się- wystawiłam głowę przez okno i patrzę na spokojną ulicę. Nigdzie nie ma wody.... ale szum narasta nieustannie!

Ulicą idzie dwóch chłopaków, przyśpieszają pod naszymi oknami i zatrzymują się na wprost przejścia, które rozdziela nasz dom od domu sąsiadki. To wąski chodnik pnący się pod górę i łączący się ze ścieżką która biegnie za domami równolegle do naszej ulicy, Po jej drugiej stronie biegną ogrody domów stojących przy kolejnej ulicy, leżącej ok 10 metrów wyżej niż nasze. W ten sposób dach naszego domu leży na tym samym poziomie co ogrody i podłoga domów naszych sąsiadów.

Chłopaki wskazują na coś palcami i słyszę jak mówią coś w podnieceniu- trudno już cokolwiek zrozumieć jest już tak szzzzzzzz....

Nagle, z przejścia na ulicę wylewa się powódź wody, wprost wypada z pędem z przewężenia między naszymi domami i chłopaki odskakują na boki. Wody jest na pół metra wysokości. Na spadku przy krawężniku tworzy się białą kipiel i mój senny zwid poddaje kolejną hipotezę:

-To moja pralka, sorki.

Ale jaka pralka!! Tyle wody nie pomieści nawet cały supermarket pralek a woda dociera już do drugiej strony ulicy i wpływa pod samochody zaparkowane po drugiej stronie. Powódź tymczasem nie słabnie, wartki nurt wali jak z przerwanej tamy!

Lecę na dół, nic nie rozumiem, nie ma Susła ani Rodzicielki, nikt nic nie słyszy, zaraz wszyscy zatoną!

Wypadam do kuchni, do spiżarni i do ogrodu. Drzwi są otwarte, bramka prowadząca prosto do przejścia też. Gołymi stopami wpadam w rzekę wody, która wpływa do naszego ogrodu pod płotem... Słyszę głosy- Suseł i Rodzicielka.
-Co się dzieje?- wszystko się kręci.
-Woda płynie- odpowiadają i dodają coś jeszcze ale nie rozumiem.
-CO SIĘ DZIEJE? NIC NIE ROZUMIEM, PRZECIEŻ JA KOMPLETNIE ŚPIĘ!!

Suseł patrzy jak na wariatkę.
-Nie śpisz. Woda płynie... Sąsiad spuszcza basen!

I wtedy zrozumiałam, że to nie sen tylko stuprocentowa rzeczywistość!

Nasz sąsiad ma basen z prawdziwego zdarzenia, wielka konstrukcja na balach trzyma pokład z drewna na którym stoi basen na 15 osób i psa. I o 1:00 w nocy uznał, że jest wystarczająco cicho, nikt nie chodzi ulicami i można spuścić basen. Nie chcę wiedzieć jak robił to zwykle, bo mieszkamy tu już 5 lat i nigdy wcześniej nie zalał pół ulicy taką powodzią. Tym razem jednak otworzył obudowę i pozwolił wszystkim tym hektolitrom wody chlusnąć swobodnie w dół zbocza na którym stoją nasze domy.

A Rodzicielka akurat w tym momencie szła z Bostonem na spacer. Dzięki temu, że Suseł wstał od Mai i szykował się spać, poszedł do łazienki i Rodzicielka niespodziewanie pocałowała klamkę i zeszła na dół 20 sekund później, woda nie zmyła jej i psa na ulicę. Miała w perspektywie dobre 10 metrów fantazyjnego ślizgu z wodą w dół po betonie.

Tak się zdezorientowałam, że wróciłam do łóżka i kompletnie nie wiedziałam gdzie oko i noga. Wszystko się pomieszało, przez cały czas myślałam, że to sen bo rzeczywistość była tak niespodziewana i nietypowa, że mój mózg uznał, że to musi być sen.

Rano, woda nadal stało na ulicy w głębokich kałużach. Przejście czystsze niż kiedykolwiek zdradzało ślady powodzi tylko tam gdzie trawa wyczesała się w dół ścieżki jak pociągnięta grzebieniem wróżek przyrodniczych. Jeśli były tam jakieś pety i paczki po czipsach to teraz leżały pod autami po drugiej stronie ulicy.

Pomysł był przedni. Bardzo angielski. Gratulacje.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Najnowsze płody gryzipórcze

A to moje dwa najnowsze artykuły do których siedzę i czytam jak w starych dobrych czasach na Uniwersytecie. Czekam, może ktoś mi kiedyś za nie zapłaci? :)

No dobra, lubię pisać, za darmo czy za czapkę śliwek. :)




Mejkołwer czyli remont pokoiku

Niedługo po narodzinach Mai wymalowałyśmy z Rodzicielką Majowy pokój na różową brzoskwinię, nad listwami przypodłogowymi przykleiłyśmy tapetę ze zwierzaczkami, jeszcze z Polski. Kominek pochłonął jakieś 5 dni mojego życia od kiedy zauważyłam, że to piękny, żeliwny antyk ale tak zamalowany, że wszystkie reliefy prawie wypłaszczyły się po 50 latach traktowania białą olejną. Dożarłam się wtedy więc do samego żeliwa i pociągnęłam Hammeritem na czerwono i złoto.

Ale to było 5 lat temu i czas na zmiany. Zaplanowałam remont na Wielkanoc i tak też się stało. Usunęłyśmy z pokoju wszystko, łącznie z dziećmi i zerwałyśmy tapety ze zwierzątkami. Zaczełam od sufitu na niebiesko (sweetcorn flower) i trochę to zajęło bo po zeszłorocznym cieknięciu zbiornika wyrównawczego na strychu z sufitu straszyła wielka brunatna plama. Ale dała się pokryć.

Pociągnęłam niebieskim ok 20cm na ścianę w dół, żeby trochę uwolnić sufit i nadać mu wrażenie prawdziwego nieba. W dół poszło na żółto (sunnny smile) a od podłogi na różnych wysokościach wokół całego pokoju fale Dunaju z zielonego (green meadow). Cały pokój ma idiotyczny kształ t aż 7 ścian, z tymi mniejszymi aż 12 bo całość ma kształt litery H. Wiwat angielska architektura!

I zaczęło się najlepsze. Wyszukałam we wszystkich możliwych sklepach w mieście kolorowanki na duże naklejki, kupiłam flamastry i zasiadłam na podłodze w pokoiku na 2 dni kolorując obrazki. Niebo wykleiłam plastikowymi, grubymi naklejkami z planetami, rakietami i kosmotkami. Dziesiątki kwiatków ściągniętych z sieci i wydrukowanych poszło na dolne części ścian, gdzie było już zielono od łąki. Znalazłam całą masę pięknych motyli w czyjejś kolekcji internetowej kolekcji kolorowanek dla dzieci i te poszły na ścianę nad kominkiem. Ciągną za sobą brokatowe ślady.


Nad samym gzymsem kominka zamieszkały cudne koniki z domkiem i jabłonką. I tęczą. Ze starego kalendarza wycięłam słodkie misie, które w różnych miejscach w pokoju huśtają się na huśtawkach, mają piknik pod drzewkiem... Jest też zrobiona z błękitnego papieru mała sadzawka z kaczkami. Na drugiej, największej ścianie namalowałam żyrafę od podłogi do sufitu ale niestety nie spodobała się Rodzicielce, więc zamalowałam i żyrafa czeka na natchnienie. Kąt w którym miało być łóżeczko Gabiego wykleiłam wyścigówkami, stacjami benzynowymi, jest meta i ludziki jadą w wyścigu... Na ścianie na wprost okna pyknęłam wielką gałąź na 1,5m długą na której posadziłam wielką sowę w całości wyciętą z ozdobnego papieru, z odstającą kokardą. Niestety kilka dni potem wpadło nam gratis łóżko piętrowe i musiałam zastawić łóżkiem całą gałąź. Widać tylko łapy i nawet nie mogę zrobić przyzwoitego zdjęcia. :(



Pokój wyszedł przecudnie. W jednym rogu, koło okna wymalowałam latawiec, są fajne półeczki, pod sufitem lata dwupłatowiec którego odtworzyłam z obrazka wypatrzonego w sieci. Ponieważ Maja jest jeszcze za gapowata żeby spać na górnym łóżku, zdjęliśmy drabinkę i Maja śpi na dole. Ma tam skrzynię pełną miśków i lampkę księżyc. Zazdroszczę jej tego kącika....



Dużo pracy. Dużo kolorowania i jeszcze więcej wycinania. Żyrafa czeka na swój dzień, który jak sądzę nastąpi niebawem.

I czekamy aż Gabi usamodzielni się na tyle, że przestanie błagać o trzymanie go za rączkę przez większą część nocy... Wtedy przyjdzie czas na uczenie ich spania w jednym pokoju. Mam czas do stycznia kiedy Gabi pójdzie do przedszkola i będą w końcu wstawać razem. Na razie Maja budziłaby Gabiego wstając do szkoły, tymczasem Gabi jest śpioch i pozwalam mu spać ile chce.

Dopstrykam jeszcze zdjęć i zaktualizuję ten post....

-Może dzisiaj?- spytała żyrafa nieśmiało.

niedziela, 30 czerwca 2013

Coś z czerwca, skoro już się kończy

Chwilę mnie nie było, rzeczywiście. :)

Zalatanam :)

Mam teraz J z Rodzielką w poniedziałki na angielskiem, we wtorek i środę wnuczka J, A. którego próbuję podciągnąć językowo bo przedszkole doradziło. W czwartek łapię oddek, w piątek okazuje się, że jutro już idę do pracy. W weekend odmóżdżam się poważnie i w niedzielę przypominam sobie, że jutro J z Rodzicielką, ja nie mam nadrukowanych ćwiczeń, wieczorem audycja a ja się nie przygotowałam...

W międzyczasie, w czwartki Rodzicielka załapała małe sprzątanie w domu we wsi obok ale po 6 tygodniach Państwo zmienili zdanie. Do posprzątania był dom dwupiętrowy z pierdylionem pokoi i łazienek, psie kłaki i wszędzie walające się ubrania bo w domu nie było ani jednej szafy... W 4 godziny w tygodniu 27 okien, kuchnia jak garaż na 6 ciężarówek.... Państwu nie wiadomo co się nie podobało ale chyba coś im się przesunęło bo kiedy raz zastąpiłam Rodzicielkę, ostatnią godzinę chodziłam po domu i szukałam co by tu jeszcze przetrzeć i nic nie znalazłam. Trudno się mówi.

Maja kończy Reception Year. Przy okazji badań szkolnych wysłali ją na badanie wzroku i słuchu bo w czasie badania wyszło, że Maja ma coś z kreta i pnia. Okulistę już obskoczyłyśmy i okazało się, że ma -,25 na oba oczka z tendencją do -,20 niż więcej ale nie było słabszych szkiełek do wypróbowania. :) Doktorka Co Nie Boli stwierdziła, że Maja widzi prawie doskonale w porównaniu z tym co stwierdziła szkolna pielęgniarka i zaleciła kontrole co 4 miesiące bo skoro oboje nosimy bryle, prędzej czy później i tak pewnie skończy się na okularach.

Na wizytę u audiologa czekamy jeszcze kilka dni.

Maja i Gabi byli po raz pierwszy u dentysty. Zrobili rajd na kolorowanki w poczekalni, obkleili się naklejkami, narobili wrażenia i weszli. :)
Maja dzielna jak nigdy pozwoliła sobie obejrzeć paszczękę, Dentysta uspokoił, że jej zgryz się zmieni wraz ze stałymi zębami bo na razie ma malutkie ząbki ale bardzo długie kiełki i przez to nie zamyka się jej buzia w pełni. Polakierował ząbki fluorem na co skrzywiłam się ideologicznie a potem na fotelu zasiadł Gabi. Pozwolił sobie obejrzeć ale polakierowac już nie. Jego bliźniaczy ząbek Dentysty nie zdziwił ale kazał od razu odstawić moćka. A Gabi bez moćka.... uuuu... pomyślałam sobie, że czeka nas kilka bezsennych nocy ale okazało się, że Gabi jest dzielniejszy niż się nam wydawało. Autorytet pana Dentysty podziałał i wieczorem po zgaszenia światła słyszę coś takiego:
-Mamo, chcem moćka. Ale nie mam. Nie mogę. .....(cisza).....Pan powiedział nie wolno. Nie wolno moćka. Powiedział: nie.........(cisza)...... Może mam? (słyszę jak maca pod poduszką). Nie ma. Nie ma i nie wolno moćka................................ chciałbym moćka.

Ale zasnął i to było w poniedziałek. :D

To jednak nie jedyny Cud nad Cherwell.

W zeszły czwartek spytałam z głupia:
-Gabi, a możesz chcesz zrobic siusiu do nocniczka?
-Dobla!
???
-To chodź.

No i już.

To wszystko. :)

Przez cały tydzień siusiał za każdym razem, kilka razy nie zdążył. Kiedy poszliśmy do sklepu z pieluchą, wpadł w panikę bo poczuł że robi siku ale wystraszył się. Pielucha stała się narzędziem dyskomfortu. :) W piątek do miasta tylko z nocnikiem i plecakiem pełnym spodenek ale wróciliśmy do domu na tarczy! Nocnika użyłam tylko raz, na prosbę, na zapleczu sklepu. Wieczorem zażyczył sobie usiąść na prawdziwym kibelku, zrobił No.2, nauczył się też zdejmować podkładkę i wycierać siusiasia papierkiem.

Nie umiem tego wytłumaczyć ale chyba stwierdzam tak:  metoda, żadna z setek dostęnych czyni z malucha bohatera kibelka- jeśli dziecko chce, nauczy się w tydzień. Jak nie (jak Maja), zajmie to nawet 2,5 roku.

***

Miałam wyrabiać Dzieciusiom paszporty na wyjazd na chrzciny do Pu, do Niemiec ale okazało się, że niespodziewane wydatki nie pozwolą nam jechać razem. Jednak do wczoraj myślałam, że się uda, więc poszliśmy do Tesco pyknąć dzieciom zdjęcia do paszportów. Maja przejęła się bardzo i zapozowała wzorowo tak bardzo, ze wygląda jakby miała na barkach wszystkie poważne sprawy tego świata. Ale z Gabim nie poszło tak gładko i tak się podniecił robieniem zdjęcia w budce, że po zrobieniu 3 cudownych paranoi w historii fotografii, automat podziekował i wypluł z siebie zdjęcie Gabiego z moimi rękami w tle, rozmazane, z wywalonym jęzorkiem na pół brody.

***
Trwa sezon na BOMBELKI. Gabi na ich widok reaguje całkiem jak ta rybka z akwarium w "Gdzie jest Nemo":
-Bąbelki, bąbelki, bąbelki, bąbelki!!!!!!

Zauważyliście, że płyn do bąbelków niszczy ubrania? Ja zauważyłam po tym jak wyciągnęłam z pralki moją ładną koszulkę cała w szarych plamach. Nic nie podziałało- chlor, kostka z enzymami, baking soda, gotowanie. Po tym poszła też Mai koszulka, Gabiego dwie plus spodenki i pokrywa od fotela w salonie. Cholerniki producenty! :( :(

I nadal czekamy na porządne lato. Chyba się nie doczekamy. W tym tygodniu każdego dnia ubrałam Maję do szkoły źle. Kiedy założyłam jej spódnicę i rajstopy było ciepło i wróciła cała czerwona na buzi. Na drugi dzień- sukienka. Zmarzła bo było 7 stopni mniej. W piątek znowu spodnie- pani kazała jej siedzieć pod drzewem, z dala od słońca. Maja tymczasem wpadła do taczki z wodą i wróciła do domu z ubraniem w reklamówce, w siarskich chłopięcych slipach z BenTenem których bardzo się powstydziła i nikomu nie chciała pokazać. 

Jak ja je uwielbiam..... :D




wtorek, 28 maja 2013

Kolorowy zawrót głowy, jutro chcę mieć wolne

Ale dzień... jakbym nie biegała w kółko jak z pęcherzem, pewnie nadal miałabym na stole śniadanie... Dzieci wstały późno, bo ferie i nie trzeba wstawać do szkoły. Najpierw tatały po łóżku i biegały w kółko w piżamach a ja próbowałam użyć swojego autorytetu, żeby wcisnąć je w ubranka. Niestety ferie mają swoje prawa i noszenie ubrań w tych prawach się nie zawiera. W końcu udało mi się zarzucić na Maję ulubioną spódnicę i wielką koszulkę a'la Iwan Zdobywca Syberii, w której nie krępują się jej ruchy swobodne i ściągnęłam dzieciarnię ze schodów. Od razu rozległ się krzyk, że są tak głodne, że już dalej ani ręką ani nogą. Zanim zagrzały się parówy, już zapomniały o głodzie i kolejne 45 minut wolałam do stołu. W końcu parówy weszły jak w masło i zanim się nie uporałam z wpychaniem prania do bębna talerze były puste. Po czymś takim oczywiste jest, że wybiegły na podwórko cieszyć się końcem maja...

...jaki zawód kiedy dowiedziały się, że mamy za oknem ulewę i 11 stopni na plusie!

Zebrałam graciarnie, wytarłam stół i przyszła J na lekcje angielskiego. Ponieważ wpadła wcześniej, żeby nie kwitnąć na deszczu, Rodzicielka zabrała ją na obchód ogródka w strugach deszczu i pokazywanie się/chwalenie się zieleniną wyłażącą z ziemi. Mają wspólne hobby czyli Rodzicielka uczy a J próbuje naśladować i przez to nic jej nie rośnie.

Nalałam wiadro wrzątku, żeby przemyć podłogę w kuchni po kaloszach, włączyłam czajnik na kawę- myślę- zdążę zamopować zanim wrócą. Kopnęłam wiadro, że mi się przesunęło z drogi ... i wylałam całe wiadro wody z Dettolem na podłogę. Połowa wpłynęła pod kredens, druga połowa rozlała się malowniczo wszędzie gdzie się dało.

Zamopowałam mrucząc coś o mordach, misiach i ludojadach.

Potem, 3h lekcji podczas których Dzieciusie rysowały po mojej tablicy suchościeralnej, jadły żelki, piły "minelały", śpiewały, płakały, śmiały się, kłóciły.... a ja nie słyszałam własnych myśli. Ale co zrobić. 

W międzyczasie wstawiłam pomidorową, ugotowałam pomidorową, skończyłam pomidorową, przypaliłam ryż.

Lekcja się skończyła. Usiadłam do "Jamie's Dinners" Jamiego Olivera, żeby dowiedzieć się czego potrzebuję do chicken pie. Wyjęłam i rozmroziłam kurze cyce. Pukanie do okna. Samotna na benefitach.

Rzeczywiście, umawiałyśmy się na dzisiaj. Usiadłam i skończyłam kompletować jej dokumenty na Job Seekers Allowance. Tymczasem cyce rozmrożone mogły się już dusić z marchewką...

Pogadałyśmy o rodzeniu dzieci, wychowywaniu się w rodzinach wielodzietnych, USG.... akwariach, rurach od odkurzacza, tygodnioych biletach autobusowych i kupnie samochodów.

Poszła. 45 minut wołania Dzieciusiów do pomidorowej. Nie zdążyłam się odwrócić a talerze puste. Poszły paprać się w wodzie w łazience. Spojrzałam na zegarek- 17:00. Nie położyłam spać Gabiego. Cholera. Niedobrze. Za późno. Przeżyje.

Chicken Pie. Mam cyce, mam marchewkę. Nie mam selera, pora i ciasta francuskiego. Telefon do Susła ze zleceniem na zakupy w Tesco.

Duszę cyce. Przynajmniej zacznę.

Dzwoni Samotna. Sprzedali akwarium. Szkoda. Kończy się pranie, wstawiam nowe. Maja z Gabim założyli akwarium w łazience w starej puszce po cistkach. Mają kamyczki i wodę, Maja woła do Babci żeby jej dała rybkę.

Rodzicielka idzie z Bostonem na spacer, bierze Pierdziochy na błoto. Zaczynam pisać tego posta.

Przyjeżdża Suseł, w sekundę seler z porem lądują w garze. Jeszcze zdążę. Nie będzie dzisiaj tylko pomidorowej.

Suseł wybebesza komórkę, szuka talerza satelitarnego dla Samothnej. Znajduje, bierze odkurzacz który od niej pożyczyliśmy i jedzie odwieźdź.

Mieszam w garze, pisze posta. Wracają Pierdziochy. Gabi ma wodę w kaloszach, wielki kamień w ręku, Maja ma błoto na buzi i niesie polne habazie dla Mamy Kokainki.

Oddaję łychę do mieszanie Rodzicielce i ładuję Pierdziochy do wanny. Od razu w piżamki. Co sie będę skoro padną za godzinę max.

Kończe posta. Chicken Pie nie zdąży zgęstnieć. Będzie jutro. Dzisiaj tylko pomidorowa. Jutro popyrkam, odparuje się mleko i wino, będzie miodek a potem do blaszki, na ciasto francuskie, pod kołderkę i heja do pieca na godzinę.

Tak jakby padam.

Suseł wraca od Samotnej. Nie bójcie, się, Samotna nie jest taka samotna, ma facecika. :) Zagadał się, facecik opowiedział całe swoje życie.

-Kocham cię Tato- mówi Gabi, zwiędły na Tacie.

Zupa

Pomidorowa

Z

Ryżem

Bon apetit

piątek, 24 maja 2013

Maja w teatralnym debiucie

A żeby Mai nie było smutno, pochwalę się, że byłyśmy dziś z Gabim na szkolnym przedstawieniu w którym Maja grała... szprotkę.

Dzieci z Reception Year i Year1 przygotowały historyjkę "Tiddler the Story Telling Fish" z okazji końca semestru i zaproszonych zostało masę ludzi. Maluchy dostały specjalne morsko pomalowane koszulki, rybki na patyczkach, jedne szrotki, inne jakieś morskie gadziny i starszaki odegrały cała fabułe na prawdziwej scenie podczas gdy rodzice opychali się żelkami w galaretce.

Gabi miauczał cały czas i niepokoił się o Maję kiedy zniknęła po drugiej stronie sceny... jak uda mi się, załaduję krótkie video. 

Tymczasem Maja... coś tam grają, coś się kręci a Maja niepomna, że patrzy na nią 100 osób sama sobie zapewniła rozrywkę i lizała kijek od szprotki. To dziecko nie ma w sobie za grosz wstydu, tremy, krępacji- taran nie baba. Jak Mama. :)

Żartuję, że kiedy na Ziemi wyląduje UFO, Maja będzie tam pierwsza jako samozwańczy ambasador, machając do wszystkich, zawiązując nowe- biało-zielone przyjaźnie i to zanim jeszcze na miejscu zjawi się MI6 i Faceci w Czerni. :)

Ze wszystkimi musi się powitać, pouśmiechać, ma odwagę wszędzie wejść, do każdego zgadać.... Żeby widziała mnie w jej wieku, byłabym schowana pod sceną, zapłakana i zasmarkana, ściskając połamany patyczek z przedziurawioną szprotką...


Na przekór pogodzie z Gabim w roli głównej

Wiecie co mam za oknem? Sztorm. Regularny, szary, straszny sztorm, który wczoraj siał deszczem ze śniegiem a dziś wydziera z rąk kamienie. A mamy koniec maja. Naprawdę, jako geograf zaczynam poważnie martwić się o to co będzie dalej....

W tym roku mieliśmy 2 dni pogody. Na szczęście trafiło na Bank Holiday i mieliśmy okazję wyskoczyć na zieloną trawkę, żeby pobiegac po trawie i zjeść kanapki gdzie indziej niż przy stole. To było 3 tygodnie temu.

Z racji tego co za oknem powspominam jednak troszkę tamten dzień, żeby zrobiło się cieplej. Rano pojechaliśmy na pierwszy w tym roku car boot, gdzie Gabi dostał dwie kolejki z Tomkiem a Maja książeczki do literowania. Zaopatrzeni, pojechaliśmy do Broughton Castle, gdzie wiecznie zielone łąki rozciągają się po horyzont i rozłożyliśmy kocyki. Obrazy opowiedzą resztę.

Najedliśmy się kanapek, truskawek, Mama Kokainka pozwoliła nawet napić się Coca-Coli! Wielkie święto!

Gabi oszalał na punkcie Tomka i kolejek w ogólności. Mój dziadek ze strony Taty był kolejarzem. Mój pradziadek ze strony Mamy też, jego córka, moja ciocia-babcia również. Susła brat jest kolejarzem. Cztery osoby w rodzinie zobowiązują. Gabi kocha wszystko co ma kółka i robi ciuciu. Swoje figurki z książeczki o Tomku, które dostał pod choinkę nosi ze sobą wszędzie i o dziwo zawsze wie gdzie są. Szufladę z zabawkami zapełniają wszelkie rodzaje lokomotyw i wagoników, drewniane, plastikowe, metalowe, z Tomka czy nie- kocha Ciuciu i koniec.



Jednym z pierwszych słów którymi zaczął się posługiwac był "bęgiel" czyli węgiel. Tomka musi oglądać w telewizji cały dzień, wszędzie jeździ swoimi kolejkami, każdego ranka rozkłada jedną z kilku kolejek które ma, wyciąga trzech lub czterech Haroldów, różnej wielkości , o różnym stopniu zniszczenia i ratuje z helikoptera co się da. W jego ulubionym odcinku Berię ratuje Harold, przenosząc ją na linie z mostu Bujamostu na stały grunt i Gabi, kiedy tylko ma pod ręką nożyczki, chwyta swoje pociągi jak w szczypce, od góry i mówi:
-Cymaj się Berciu, zalas cię ulatujemy!



Gabi mówi jak 3 latek, powiem więcej,- Mówi lepiej niż Maja kiedy miała 3,5. Nie miesza przypadków, rodzajów, posługuje się całymi zdaniami, potrafi od razu powtórzyć całe frazy i wystarczy dzień i jedno powtórzenie i zaczyna ich swobodnie używać. Dziś np, wysiadając a auta powiedział:

-Mamo, jaki silny wiatl! Baldzo silny i buja i wieje. Gabi jest jesce mały i poleci. Boję się.

Jego logiczne myślenie, łatwość z jaką kojarzy fakty i wyciąga wnioski jest dla mnie niewytłumaczalny. Ma dopiero 2,5 roku a rozumie absolutnie wszystko co się do niego mówi i jeśli my nie rozumiemy o co mu chodzi to tylko dlatego, że to my nie sądzimy, że może mówić o takich rzeczach o jakich mówi. Do tego liczy po polsku i po angielsku do 10, i umie policzyć przedmioty do trzech, umie też zastosowac liczebniki jak "pierwszy, dlugi, tseci, cwalty.." i liczy te swoje pociągi na torach tam i nazad.



Przy tym jest niewyobrażalnie słodki i tulaśny i jak na razie to mały maminsynek, który "chce do mamy, moćka i mleko" kiedy tylko posmutnieje czy jest zmęczony.

Jest bardzo zdolny manualnie, potrafi zakręcac i odkręcać butelki, odpinać i zapinać buciki, zdejmować kurtkę, spodenki, podciągać nogawki piżamki kiedy są za długie, zakładać czapkę tył na przód przy czym nieustannie komentuje wzystko co robi:

-Podniosę podenki bo padną do ziemi i siem przewlócę.



Nadal jest niejadkiem ale łasuchem na owocki i słodycze. Czasem nie je 3 dni a potem dostaje robaka-wpierdalaka i nie można się opędzić. A potem znowu wraca do opcji mleka na każdy posiłek i nie powalczysz, mimo najlepszych chęci.

Ale jest wyjątkowo grzecznym i zgodnym dzieckiem i  zdjęcie powyżej oddaje całą jego naturę.


Kiedy wspominam czasu przed Dzieciusiami, marzyłam, że kiedy juz będę miała te swoje dzieci to będzie tam synek, malutki, mądry, spokojny, poważny ale i radosny kiedy przyjdzie czas na radość. Gabi jest dokładnie taki jak moja wizja "synka". Często wieczorami tuli mnie mocno za szyję i mówi:
-Kocham cie naj na świecie.

Zakłada mi na koalnka plasterki i pyta:
-Sysko w poziądku? Zyjes?- kiedy nachodzi mnie kichanie sienne.

Lubi jeść piasek, trzyma mnie za rękę kiedy zasypia i czasami boi się, że ma złamanego siusiaka- nie pytajcie, nie wiem dlaczego :)


czwartek, 9 maja 2013

KOKAIN- Speszal Ediszon

Dla spragnionych fanów kultowych, od dzisiaj po lewej stronie bloga macie specjalność zakładu pod tytułem "Kokain i Audycje" gdzie co prawda losowo ale będą się linkować kolejne poniedziałkowe audycje w których regularnie biorę udział w ramach mojej działalności w Projekcie Infinitus. Możecie sobie posłuchać o rewolucyjnych opiniach Kokainki, czasem coś o nauce, czasem coś o czymś innych. SF, apokaliptyczne teorie, 2012, komunikacja, zagadnienia społeczne.... Od wyboru do koloru.

W dzisiejszym temacie, moja pierwsza audycja z listopada 2012, o emigracji właśnie:



Enjoy!

Realia i co ja na to

Trwa trzeci tydzień koczowania naszego znajomego w salonie. W życiu nie mieliśmy tak bezproblemowego lokatora w domu! Praca jest, czasem jej nie ma, jak na razie kontaktuje się tylko jedna agencja pracy i szczerze mówiąc nie spodziewałam się niczego więcej. W Miasteczku jest z 15 agencji ale po latach domyślam się już, że raczej przyjmują polskich pracowników na listę chętnych ale zaraz po ich wyjściu z biura, wrzucają papiery do śmieci. Tak było z resztą ze mną i Trufflem. Zarejestrowałyśmy się w 5 a i tak odpowiedziała tylko jedna (ta sama co teraz) i to po 2 tygodniach kiedy już miałyśmy inne zajęcie.

Pozornie wydaje się, że ruch na runku pracy agencyjnej się nie zmienił ale po trzech tygodniach widzę, że zmieniły się czasy. Kiedyś było nam łatwiej znaleźć pracę, dziś tak nachrzaniliśmy sobie w opinii o Polakach, że czasami mam wrażenie, że idąc spacerkiem po Miasteczku tłum rozstępuje się niczym Morze Czarne. :( Nie raz odczuwam konieczność bronienia się pod presją nieufnych spojrzeń ludzi, którzy pytają się ską jestem. Zauważyłam, że kiedy powiem, że z Polski- natychmiast wciągają powietrze i stwierdzają lakonicznie:
-aha.
Ale ciągnąc zdanie, kiedy powiem, że mieszkamy tu już 7 lat i nasze dzieci się tu urodziły i ze kocham ten kraj i ludzi.... na ich twarze powraca uśmiech i od razu robią krok w przód. Ci co nas znają od lat, chyba zapomnieli, że jesteśmy z Polski. Nawet kiedyś w rozmowie ze znajomą z Tesco, kiedy nie uwierzyła, kiedy w rozmowie wyszło, że znamy się już 7 lat, przyznała, że teraz jesteśmy już lokalni. Swojscy. Żadni tam "Polacy". To miłe. Kiedy wysiłek stapiania się z otoczeniem przynosi takie efekty.

W jednej z firm która zatrudnia przez agencję Polacy spalili za sobą wszytskie mosty. A właściwie jedna laska. Przyjęła się na nocną zmianę i usłyszała, że jak się sprawdzi to jest szansa na kontrakt na stałe za jakieś 12 tygodni. Popracowała rzeczone 12 tygodni i kontraktu nie dostała. Więc wiedźmiński wkurw słowiański dał o sobie znać i oskarżyła managera nocnej zmiany o molestowanie seksualne. Sprawa się zakapućkała, panienka i tak miała już inną pracę na horyzoncie, manager zostałw ysłany na białe niedźwiedzie a cała polska nocna zmiana została zwolniona w trybie natychmiastowym w ramach szeroko pojętej profilaktyki zdrowia psychicznego zakładu. Tak to się dzieje czasem na emigracji.

Nie dziwota, że trzeba się bronić w kontakcie z pracodawcami. Nie zazdroszczę nowo przybyłym takiej sytuacji... W 2006 to było niebo na ziemi a teraz.... No i nie zazdroszczę jeszcze jednej rzeczy, którą widzę zarówno u A jak i słyszę, że gnębi kilku Polaków z którym A już się zetknął.

Rzecz się ma o ambicjach czy raczej ich nagłej śmierci w wyniku zderzenia ze ścianą rzeczywistości w UK. Żadne referencje, świadectwa pracy, doświadczenie, stanowiska, lata przepracowane nie mają żadnego znaczenia jeśli przywiezione zostają w walizce z Polski. Człowiek, chce czy nie musi zacząć od zera i rzadko się zdarza, że wynosi go to na bohatera. A był 14 lat wiernym pracownikiem Multikina i pod koniec managerem działu gdzie zajmował się wszystkim od podłączania projektorów po jeżdżenie po Polsce i otwieraniu nowych kin. Teraz od 2 tygodni szufluje traye na tyłach piekarni i to boli. Bolą ręce, bolą nogi i boli ambicja. Dogorywająca w spazmach, przy wtórze przejmującego rzężenia.

Jeden z Polaków spotkany na zmianie opowiadał o swoim zawodzie Anglią bo przyjechał tu 2 miesiące temu, nie zna języka ni w ząb, w Polsce był taksówkarzem i jest rozczarowany do łez bo chciałby tu zostać "dyrektorem" a wygląda na to, że to se ne da. Niby śmieszne ale jakie tragiczne?

Może jesteśmy jacyś inni ale jakoś nie do końca boli mnie fakt, że mam w szufladzie dyplom studiów wyższych a pracuję na kasie... to nie kwestia braku ambicji, bo gdybym dostała ofertę, poleciałabym jak w dym. Po prostu nie mam ochoty znienawidzić rzeczywistości tylko za to, że mi się nie podkłada dywanem usianym płatkami róż. Jak przyjdzie na to czas to się znajdzie. Do tego czasu korzystam z tego co jest i nie czuję wyrzutów sumienia, nie roztkliwiam się nad całą masą hipotetycznych możliwości, które przechodzą mi obok nosa. Czasem tylko wkurzam się, że stoją mi na drodze bariery nie do pokonania na które niewiele mogę poradzić. Wszystkie inne da się pokonać.

Pierwsze to prawo jazdy, którego nijak nie mogę zrobić, drugie to Dzieciusie, które muszą wyrosnąć na tyle, żebym mogła szukać jakiegoś sensownego zajęcia od 9:30 do 14:30. Też mi sensowne godziny... ale jednak.

Ale, do tego czasu chwalę sobie wszystko co przynosi los i z tego jestem zadowolona. W ten sposób pierwszy siwy włos na mojej skroni pojawi się gdzies tak koło 90tki kiedy poczuję, że spada mi tętno i nie czuję nóg. :)


piątek, 26 kwietnia 2013

Gwiezdna opowieść

Macie dziś moje całe popołudnie. :)
Zauważyłam, że opowiedziałam Wam o Suśle i Astronomii ale nie dodałam nic z ogólnego kontekstu i wygląda na to, że wziełam i polubiłam Astronomię szast prast. :)

Więc było tak, że moja Rodzicielka była kierownikiem księgarni (lub pracowała w księgarni) od roku przez moim urodzeniem. Ponieważ byłam typem niezbyt uspołecznionym w wieku żłobkowym, mama musiała zabierać mnie do siebie do pracy i jako knypek spędzałam godziny na zapleczu przekładając ciężkie komunistyczne tomiszcza rozpraw ideologicznych..z kupki na kupkę... albo zakopywałam się w górach papieru z paczek, albo rysowałam wielkie ludzie na wielkich arkuszach papieru... I tak upływał czas dopóki nie spodobało mi się moje drugie przedszkole. Tak czy inaczej mój los jako móla książkowego został już przypieczętowany. Nawet wtedy kiedy już nie musiałam kwitnąć wbrew regulaminowi na tyłach księgarni, ulubioną rozrywką było szabrowanie po magazynie kiedy wracałam z Babcią z przedszkola i zachaczałyśmy o pracę Rodzicielki.

Razu pewnego, a mogłam mieć z 6-7 lat natrafiłam na dostawę towaru i po sufit piętrzyły się paki z nowymi książkami, popakowane w papiery i zawiązane sznurkami. W tych czasach pakowało się książki w kilka arkuszy papieru drukarskiego z tzw. niedobitek, potem arkusz papieru pakowego, naklejka z miejscem odbioru, sznur i ciężarówka. Niedobitki to arkusze na których przesunął się wydruk i np czerwony kolor wystaje poza zasięg ilustracji. Znacie takie niedoróbki z tamtych czasów. Jak nie przekraczał 1mm to się nawet dawało spokój i szło toto do szycia, stając się niedorobionym, przesuniętym podręcznikiem...

Więc, Rodzicielka dała nożyk do paczek i mogłam sobie rozcinać w miarę jak trwało przyjęcie towaru. Wtem...

... i tu pierwszy Kamień Milowy na mojej drodze życia...

...kiedy rozcięłam papier i otworzyłam paczkę jak tulipan, oczom moim ukazał się obraz przedziwny. Stosik książek po środku otaczała feeria barw jakiś pięknych zółtych, czerwonych, niebieskich kul! Zsunęłam ksiązki o usiadłam na wielkim papierzysku a właściwie kilku warstwach, otoczona  gwiazdozbiorami i kulami płonących gwiazd.... w tym momencie mózg mi się zwiesił i chyba zostało tak do dzisiaj....

To była dużoformatowa książka dla dzieci o astronomii. Rozerwałam pakę do końca i okazało się, że kolejne arkusze to ciąg dalszy. Pocięłam wzdłuż węższych krawędzi, złożyłam wg kolejności stron które się przytrafiły w tej paczce i zszyłam zszywaczem. Pognieciona, pocięta na oślep zawierała w sobie Cud Wszechświata- Układ Słoneczny, galaktyki, mgławice, księżyce, chmury asteroidów... i skala wielkosci gwiazd od Betelgeuzy po Słońce, które uświadomiło mi niewyobrażalną skalę wielkości w kosmosie. Na następnej stronie malusieńka kropeczka Ziemi porównana została do przeogromnego Słońca, które stronę wcześniej wyglądało jak ziarenko piasku przy błękitnych olbrzymach.

Umarłam, poszłam do nieba i jeszcze nie wróciłam. Książkę znałam na pamięć, kładłam ją pod podsuszkę każdej nocy.... mam ją do dzisiaj. Jest w Polsce, w moich największych skarbach.

Zanim skończyłam 10 lat, nie było tematu z astronomii na którym można było mnie zagiąć. Ale nauczyciel z fizyki w podstawówce, szpetny alkoholik z zapędami sadystycznymi nie tylko nie podniecił psaji mojej ani nikogo innego ale skutecznie stanął na drodze do kariery jako astronoma. Nie robił nic przez całe 5 lat fizyki prócz utrzymywania stanu alkoholowego na odpowiednim poziomie więc kiedy poszłam do Liceum oczywiste było, że Einsteinem nie zostanę. Fizykę miałam w małym palcu- tematycznie. Ale kiedy przychodziło do zrobienia jakiegokolwiek zadania- kicha. Umiałam wyjaśnić każde zjawisko, z czego wynika, co się w nim dzieje, jakie są skutki, chodziłam nawet na kółka tematyczne z fizyki i chemii i nie było mocnych... Ale kiedy lądowałam przy tablicy, zapadało długie i krępujące milczenie kończące się zawsze tym samym:
-Siadaj, Einsteinie ty. Siadaj.

To tak jakby być geniuszem muzycznym zamkniętym w ciele głuchoniemego.

W 4 klasie LO mój nauczyciel nie spodziewał się po mnie cudów i skończyłam liceum jako humanista z zainteresowaniem do geografii na którą przeniosłam swoje zacięcie do nauk przyrodniczych i załapałam pierwszą od 8 lat piątkę z matury ustnej w mojej szkole.

Poszłam do studium w oczekiwaniu na natchnienie co dalej i wtedy właśnie, na drugim roku studium A zadzwonił, że są wykłady.

Świat się zatrzymał. Spotkałam tam ludzi, którzy podzielali moje pasje, mówili tym samym językiem, podniecali się na widok bezchmurnego nie ba i też odmrażali sobie dupska na zimnie, wyciskając sobie okularem teleskopu kółko wokół oka. Jeden ze studentów IV roku powiedział:
-Ty też możesz studiować astronomię! Masz rok, żeby się podciągnąć!

I podciągnęłam się. Cały rok robiłam wszystko, żeby uzupełnić braki z podstawówki i liceum. Na egzaminie ustnym z mat-fiz i astronomii dałam się wywałkować ze wszystkiego co wiedziałam. Utknęłam na pytaniu o dokładne określenie procesów nuklearnych w gwieździe ale to i tak było o lata świetlne dalej niż spodziewali się widząc pulchną blondynkę wchodzącą dla sali. Dostałam się.

Pod koniec pierwszego roku zdałam sobie sprawę, że moja roczna praca wystarczyła, żeby dociągnąć się do poziomu egzaminu ale jest za późno żeby uzyskać biegłość w algebrze i rachunku różniczkowym który już wtedy wymykał się mojemu pojęciu.

I dałam spokój. Pewnego dnia nie poszłam więcej na wykład i zastanawiałam się ilu jeszcze młodych ludzi nauczyciele niszczą swoim nieróbstwem i niechęcią do wykonywanego przez siebie zawodu?

Ale spotkałam Susła. W 2 tygodnie po rozpoczęciu zajęć pojawił się jakiś nowy gość, po roku Politechniki na "elitarnym" kierunku i wiedział o czym mówię. Wszyscy wiedzieli ale on jakoś tak bardziej. :) I miał szare oczy. I w ogóle.

Poszliśmy z przyzwoitką do kina na Gwiezdne Wojny a potem staliśmy w Parku Nowowiejskim i patrzyłam jak pokazuje mi gwiazdozbiory na nocnym niebie. I tak wiedziałam które są gdzie ale w takiej oprawie mógł nawet uczyć mnie czytać. :)

Suseł jest Suseł i często mu się nie chciało więc kiedy po raz drugi oblał Rachunek, na trzeci raz już nie wrócił. Kredyt studencki czekał na spłatę.

A było to w roku 2000. Poznaliśmy się w październiku 1999, zaręczyliśmy w styczniu 2000. W tym stanie błogosławionym pozostajemy do dzisiaj i czasami myślę, że ta paczka książek miała za zadanie nas ze sobą zderzyć. :)

Astronomia pozostała do dziś. Będziemy uczyć jej Dzieciusie. Kiedyś polecimy razem na Marsa. Może wraz z kolonistami, którzy opuszczą Ziemię w 3 turze misji MarsOne? W każdym razie, zanim się odmeldujemy z tego świata czeka nas lot na orbitę. Chciałbym, żeby moje prochy zostały zapakowane do kapsuły i wysłane w przestrzeń, tak po wieczność i jeden dzień dłużej.


A kiedy przyjdzie Koniec
Usiądziemy razem na szczycie świata
I w milczeniu będziemy patrzeć w gwiazdy.




czwartek, 25 kwietnia 2013

Krok do przodu

Rozpoczęliśmy poszukiwania pracy dla A.
Dosłownie 20 minut po lądowaniu samolotu na East Midlands już miałam pierwsza rozmowę kwalifikacyjną dla A umówioną.  Od czego ma się znajomości! 
Poszliśmy więc wczoraj wieczorem do wietnamskiej knajpy znajomej znajomego królika. Nie wspomnę jak BARDZO strasznie i okropnie moje serce zaczęło dobijać się przez klatkę piersiową,  żeby rzucić w cholerę to poronione Tesco i dać się porwać wietnamskiej kuchni!  Albo mongolskiej.... jakiejkolwiek!!! 

Miła malutka Wietnamka, szefowa przybytku przywitała nas radośnie,  choć wyglądała trochę zdezorientowane kiedy A dostał nagłego paraliżu od mózgu w dół, z mózgiem włącznie.  Biedak.  :D Przejęłam pałeczkę tłumacząc A Wietnamce, chociaż pewnie pomyślała,  że język polski to jakieś tajemnicze systemy pochrząkiwań. Bo na każde pytanie Wietnamki padała taka odpowiedź:
-Uuueaaahhhhh...
-Tak,  ma prawo jazdy.
-A pracowałeś kiedyś w restauracji?
-Aueeeeaaahhhh.....
-Tak, pracował.
Ale daliśmy radę.  Umówiliśmy się na piątek i sobotę,  beze mnie na szczęście,  może do tego czasu paraliż komunikacyjny ustąpi?  

Dziś rajd po agencjach.  Miał być bo ilość papierów i testów do wypełnienia w pierwszej agencji położył nas na łopatki i dotarliśmy gdzieś tak do połowy listy długiej na dwa arkusze a4. Ale ja wyłączyłam swoje moduły tłumacza i zwyczajnie układałam pasjanse na tablecie udając że nie pomagam w rozwiązywaniu testów na literację i numercję.  W rzeczywistości używałam kalkulatora i odczytywałam wyniki wymyślnego odejmowania konspiracyjnym szeptem i lookałam w testy jak za czasów liceum. 

Paralusz językowy ustąpił stopniowo i w drodze pierwotnej do domu w autobusie,  A rozmawiał z weteranem o IIWS. Dziadek spytał czy Dzierżyński jeszcze żyje i wyraził ubolewanie nad odejściem wielkiego przywódcy z łez padołu. Chyba przestali mu donosić gazety do domu.  Jakieś 40 lat temu.
No i czekamy na telefon z agencji!  Ja sama byłam zarejestrowana w jednej tylko i to zaledwie przez tydzień i kiedy w końcu zadzwonili,  już miałam pracę w Tesco. Miał być 6 miesięcy,  minęło 7 lat..... 

>|ceremonialne samobójstwo przez hara kiri|<

niedziela, 21 kwietnia 2013

Materac w użyciu

Dziś przyjechał do nas mój stary dobry znajomy z czasów podstawówki.  Pod nasze skrzydła,  z walizką i planami na przyszłość.  Napompowalismy materac i  daliśmy strawy. 

Poznaliśmy się na kolonii w Radkowie, gdzieś w latach 90.... który to był rok. ?... mieliśmy chyba po 15 lat. Od tamtego czasu kontakt pozostał i z perspektywy czasu widzę teraz że takie kolonijne znajomości zwykle trwają tyle co jedno lato a tu proszzzz... 20 lat! Mieliśmy wspólnie zainteresowania,  ja kleilam modele samolotów a A wyszukiwal nowości na rynku modelarskim. Pasja została mu do dzisiaj,  klej cuda wianki i sprzedaje za ładne pieniądze. 

Nasze chomiki miały razem dzieci.

W 1998 roku zadzwonił do nas z wiadomością że uniwersytet wrocławski robi serie wykładów dla ludności cywilnej i az żal nie iść.  Poszliśmy na drzwi otwarte na Wydziale Astronomii i wtedy postanowiłam złożyć papiery na astronomię.  A się nie dostał, ja tak.  W 2 tygodniu zajęć na wykładzie z fizyki pojawił się Susel i resztę już znacie.  :D

A to było 14 lat temu.

Dziś A ma fantastyczną żonę,  dwójkę dzieci i właśnie stracił pracę po 11 latach wiernej służby w Multipleksie. Co było robić?  Rozwazylismy wszystkie możliwe trudności,  sprawdziliśmy czy nasz gościnny materac nie mną dziur i kazalismy mu zwinąć manatki i przyjeżdżać.  Praca się znajdzie,  kąt do spania jest.  Jak się ustawi,  znajdziemy mu pokój w Miasteczku i sprowadzi rodzinę.

Taka odwaga mi się podoba.  Teraz do przodu i żadnego strachu a wszystko się ułoży.

I splace dług który zaciągnęłam u A poznając Susla!

=)

sobota, 20 kwietnia 2013

Bo jest różnica między robieniem łaski a robieniem laski.

Od kilku miesięcy jestem szczęśliwą posiadaczką tabletu. Do dnia dzisiejszego nawet najszczerze chęci pisania bankowa przez aplikacje Bloggera skazane były na porażkę ponieważ nie byłam w stanie zmusić Samsunga do wyprowadzania polskich znaków diakrytycznych. Dziś w okolicznościach związanych z ł apaniem chwili odpoczynku w łazience,  w pozycji siedzącej postanowiłam pogrzebać w systemie bo taka niedoroba w Androidzie wydawała się jakąś podejrzaną.

I się okazało że przez wszystkie te miesiące patrzylam na Bloggera zawiedziona a opcja siedziała w systemie i śmiała się że mnie do rozpuku!

I mam polskie znaczki! 

A na okoliczność radości i zapowiedź czestszej tu obecności..... i wiosny...... Maja z dzisiejszego popołudnia. Ja do zakochałam.

poniedziałek, 25 marca 2013

I stało się ciało ciałem pedagogicznym choć początek historii wskazywał na coś innego.

Przez ostatnie 4 lata namnożyło się trochę polskich rodzin mieszkających w Koziej Wólce. Kiedy urodziła się Maja, była jedynym polskim dzieckiem w przychodni. Dziś mamy:
-nas
-Komputerowców
-Samotną na benefitach
-Rudą
-Blond
-Tajemniczych
-Znajomych
-Agresywną

... pewnie po uliczkach kryje się ktoś jeszcze. Z tego tłumu wyłoniła się grupa pań, które zapragnęły uczyć się angielskiego. Moja Rodzicielka, Babcia Komputerowców, Ruda, Blonynka i Samotna przez kilka miesięcy starały się o zorganizowanie kursu językowego w ramach programu ESOL zorganizowanego przez Oxford College ale bez konieczności jeżdżenia w tym celu do Miasteczka. Każda ma jakiegoś berbecia pod opieką, niektóre nawet po dwoje, nie każda jeździ autem więc koniec końców udało się zorganizować salę, godziny a OCollge zorganizował nauczycielkę.

Na pierwsze zajęcia poszła Rodzicielka ze swoją psiapsiółką- Babcią Komputerowców, która będę nazywać "J", podekscytowane, przejęte, pełne obaw, jak nastolatki przed klasówką. Od kilku miesięcy już przerabiają razem kurs SKK, więc podstawy były. Nie mają jednak odwagi mówić więc nauka idzie w las.

Wsiadły w auto, w plecakach ołówki, gumki i zeszyty do notatek i pojechały do Centrum Dziecięcego na 2,5h kursu.

Wróciły na tarczy. :( Po pierwsze, okazało się, że kurs przewiduje zaledwie 6 spotkań po 2,5h, każda z kursantek ma inny poziom, więc jedne się nudzą a inne nie wiedzą o co komon...

Ale nie to okazało się problemem. Znające się już wcześniej panie (i dziewczyny) weszły do sali, rozsiadły się, kiedy otworzyły się drzwi i weszła zajmując jedno z miejsc wielka dziołcha, między 20 a 30tką i od razu oparła się na łapie jak w barze z pierogami i zaczęła wzdychać zniesmaczona. Co któraś z zebranych zabierała głos i próbowała dac odpowiedź na zadane pytanie, ta wywijała oczami hopsasy w niebo, fuczała i kpiła pod nosem. Zapytana stwierdziła, że uczyła się 3 lata w angielskim collegu ale nie określiła po co właściwie przyszła na kurs podstaw angielskiego.

Po kolejnym razie, kiedy prowadząca nic nie rozumiejąc z języka polskiego nie zwróciła uwagi na dziołszne fukania, moja Rodzicielka po raz kolejny została wyśmiana z ławki na wprost za swoje błedy w Present Simple, pochyliła się do "J" i wyszeptała:
-Ta baba mnie wpienia.

-CO WPIENIA! CO, STARA KROWO, MYŚLISZ, ŻE SIĘ CZEGOŚ NAUCZYSZ? ZA STARA JESTEŚ NA SZKOŁE! SPIERDALAĆ, OT CO!

Kon-ster-na-cja.

Panie pochowały głowy w szaliczki, Rodzicielka dostała wylewu zupy do zlewu, prowadząca nic nie zauważyła, posypały się słowa nieparlamentarne. Do końca lekcji wszystkie jak jeden bały się odezwać a Agresywna dziołcha brylowała- ach, co to ona nie wiedziała i jakich to odzpowiedzi nie znała!

Kiedy Rodzicielka wróciła do domu i o wszystkim opowiedziała, spytała mnie czy mogę zadzwonić do prowadzącej i powiedzieć co się zdarzyło. Jaki sens przychodzić na zajęciach, skoro taka toto będzie bombardowac każde ich słowo i wyzywać od starych krów? Pomyślałam chwilę i wymysłiłam podstęp.

-W przyszłym tygodniu, wezmę Gabiego w kurteczkę, pojedziemy razem, wysadzisz mnie na rogu, wejdziecie na kurs same, ja przyjdę za chwilę i powiem, że jestem ja, umiem "litlebit" i usiądę jak gdyby nigdy nic, czekając tylko na Agresywną i jej fiki miki. Kiedy tylko podniesie rurę i zacznie swoje harce, poprosze ją ładnie i po angielsku, żeby wstała i głośno, po angielsku powtórzyła to co właśnie powiedziała. Wy będziecie ją prowokować w czasie zajęć, żeby się wpieniła a kiedy wyskoczy- wtedy wkroczę ja- Szpieg Szoguna!

I tak uradziłyśmy i tak się stało. Rodzicielka i J napchały się na następny tydzień tabletkami uspokajającymi a ja spokojna jak wspomniany ostatnio lotos poszłam sobie z Gabim za łapkę nauczyć się z czegoś z angielskiego.

Agresywna nie przyszła.

Ale zrobiły się dwa kurczaki na jednym patyku bo kiedy powiedziałam prowadzącej po co przyszłam i kim jestem, okazało się, że Agresywna nie jest tak wielkim problemem jak... sama prowadząca.

Starsza pani, po 60tce, blond tortownica na głowie, cyc klasyczny i egzotyczny.... Rosjanka czystej krwi. O dziwnym akcencie prowadzącej Rodzicielka wspomniała ale AGresywna przesłoniła treśc pierwszych zajęć więc gdzieć umknęło w tłumie, że college wysłał Rosjankę uczyć Polski angielskiego....

Ja wyjechałam ze zdaniem wielkrotnie złożonym opisującym incydent zeszłego tygodnia, wyprodukowałąm się w obronie pań a prowadząca zamrugała oczętami o firaniastych rzęsach... i nie zrozumiała. Powtórzyłam. Powoli. Czasem po dwa razy, konstruując zdania na okrętkę. Zrozumiała.

-Łot ju want mi tu du wiz ziz?

Aaaaaa!!!

I ucieszyła się, że mogę pomóc w tłumaczeniu jej kursu, usiadłam i zostałam. To było STRASZNE.

ZIZ zamiast "this", ZAT zamiast "that", TEJBEL zamiast "table", FOREGZAMPL zamiast "for example"......... jakiś blady, rozyzjki koszmar z przytupem. I ta gramatyka!

-I waz teaching ruzzian litriczer in Sankt Petersburg. I lof big sitis, jes? Big, noizi, jes?

No i zaczęłam tłumaczyć, cóż było robić. Dostałam jednocześnie glejt na kolejne spotkania bo panie zgromadzone patrzyły na mnie z nadzieją jak na Wiedźmina, który przybył do wioski zarżnąć strzygę co koniom pęciny podgryza.

W nastęny poniedziałek- zjawiła się Agresywna. Od razu ucichła kiedy zobaczyła, że jej angielski zjechał odrobinę w dół po grabinie ego. Nawet próbowała się uśmiechać ale żadna z pań nie zaszczyciła jej spojrzeniem. Na kolejne zajęcia już nie przyszła. Okazało się, że żaliła się w sklepie "J", że z jakiegos powodu atmosfera jest dziwna i nikt z nią nie rozmawia, więc czuje się nieswojo...

Ale tym czasem zajęcia, prawie dobiegły końca, pozostało ostatnie spotkanie, kiedy panie zapytały- I CO DALEJ?

Nic się nie nauczyły, namieszało się im w głowach od tych wszystkich zisów i jesów... Pani stwierdziła, że nie ważne czy ktoś czyta z błedami czy nie, czytamy wszyscy razem na głos. Bez poprawiania wymowy, nieważne jak, prawą ręką do lewego ucha- marnujemy czas i podpisujemy kartki dla Councila, który zapłaci za kurs jak za zboże, SPASIBA.

I padła odpowiedź z moich ust, zanim jeszcze zastanowiłam się co na siebie biorę:
-Ja was mogę uczyć. Przynajmniej coś zrozumiecie.

I mam- lekcje angielskiego we własnej kuchni, w każdy poniedziałek, z tablica suchościeralną i falamstrem. Maja w szkole, Gabi maże drugim pisakiem po lodówce a ja mam uczeniice- 5 funtów os osoby za spotkanie. Od początku, do bólu, aż załapią. W kółko, jak dzieciom w podstawówce, plus ksero "Essential English Grammar in Use" i lecimy. :)

I tak to było. Ktosik chętny bo mam jeszcze krzesła a taborek też niezgorsza. :) W Indiach uczą się na żużlu pod mostem :)

piątek, 15 marca 2013

I po co się było martwić?

Czasami martwie się, że Maja rozumie maksymalnie 50% z tego co się mówi w szkole i będzie miałą braki w początkowym nauczaniu. Z czasem nauczy się rozumieć język jak polski ale te początki znikną w otchłani niezrozumienia.

Ale przychodzą takie scenki i chyba nie będzie aż tak źle...:)

Poszłam do szkoły po lekcjach podpisać pozwolenie na wycieczkę idać znać, że będę jednak mogła pojechać z klasą jako pomoc rodzicielska do Oxfordu w przyszły poniedziałek. Wzięłam Maję za rączkę i walimy do sekretarki. Pusto, żadnej pani od parzenia herbaty, tylko PaniDyr rozmawia przez telefon w pokoju obok. Ponieważ to malutka szkoła i wszyscy wiedzą o wszystkim, czekamy z Mają na koniec rozmowy, żeby przekazać informację PaniDyr.

W końcu wchodzimy i obie RA-TA-TA-TA-RA-TA-TA, po angielsku, szybko, niedbale załatwiamy sprawę. Maja stoi i giba się za torbą. Podziękowawszy i pomachawszy i wychodzimy.

-Mamo, gdzie teraz idziemy?
-Do domu, mama musi wydrukować pozwolenie z internetu i przynieść jutro bo PaniDyr nie ma żadnego czystego.
-Ale do Pani C. też pójdziemy zaraz?
-A po co?
-Bo PaniDyr powiedziała, że o tym że jedziesz z nami możesz powiedzieć Pani C. Ucieszy się.
-?
-No co?
-Zrozumiałaś co powiedziała PaniDyr?
-Tak. Powiedziała, że pani C ucieszy się, że możesz jechać i że możesz jej to powiedzieć.
-A.

Gdybym nie znała języka, już bym nie zginęła.