A co było dalej?
Po dwóch dniach dotarł do nas mój nowy Kindle. Nowiutki, zapakowany, ze wszystkimi akcesoriami itp. Ucieszona jak norka, załadowałam na niego swoją bibliotekę i wróciłam do czytania "Morta". W sobotę miałam wolne, w niedzielę wzięłam dgo ze sobą pracy. W poniedziałek, w aucie w drodze powrotnej znad morza Dzieciusie posnęły a ja wyjęłam sobie swojego Kindziołka No.2 z nowej skarpetki, którą dla niego zrobiłam i .... mój nowy ekranik wyglądał jak wyjęty z sokowyżymaczki.
Zgłupiałam.
Miał 2,5 dnia! Poprzedni 5 miesięcy! W ten sposób Amazon pójdzie z torbami, nie chciało mi się wierzyć, że zainwestował miliony dolarów w produkcję i sprzedaż urządzenia, którego żywotność niewiele tylko odstaje od żywotności jętki jednodniówki.
Całą drogę powrotną do domu myślałam. I wymyśliłam co się stało. Stąd ostrzeżenie dla użytkowników Kindla, którzy pracują w TESCO lub w podobnych kołchozach. :)
Co łaczyło oba Kindle? Moja torebka i ja. Pierwszy był ze mną tyle miesięcy póki nie wróciłam do pracy. Drugi padł na drugi dzień po pierwszej zmianie. Jak zasugerowano mi żartobliwie, Kindle jako urządzenia przejawiające inteligencję infekują się głupotą TESCO i następuje śmierć mózgowa. Blisko. A odpowiedź jest prosta jak murzyńskie włosy
Każdego ranka pakuję torebkę do małej metalowej szafeczki w szatni i idę sobie w siną dal na 6 godzin. W tym czasie moja komórka, odizolowana od świata i dostępu do sieci zaczyna wysyłać częste i silne sygnały elektromagnetyczne, żeby przywrócić połączenie z siecią. Ponieważ szafka jest z metalu, działa jak siatka Faraday'a czyli uniemożliwia wyjście i wejście jakichkolwiek sygnałów a te emitowane wewnątrz zaczynają odbijać się od ścian szafki i pole elektromagnetyczne z anteny wzbudza w metalowej obudowie prąd indukcyjny. Zmienne prądy indukcyjne wzbudzają pole elektromagnetyczne o tych samych właściwościach co pole źródłowe i rozpoczynają efekt kaskadowy. Jak więc zachowuje się tym polu Kindle?
E-papier, czyli powłoka wyświetlająca Kindla to miliony mikroskopijnych kuleczek białych i czarnych po połowie. Jedna półkula ma ładunek elektryczny +, druga -. Kiedy Kindle zmienia stronę, kulku ustawiają się plusami lub minusami w górę dzięki czemu widzimy czarne litery na białym tle.
Kuleczki są więc naelektryzowane i kiedy przez wiele godzin spoczywają w takim silnym polu elektromagnetycznym, tracą swój ładunek lub urządzenie traci możliwość zawiadywania tymi "zdezorientowanymi" ładunkami.
I Kindle psuje się.
Zabiłam je. TESCO je zabiło. :( Pod moją nieobecność.
Mam już trzeciego. Boję się nieść go do pracy bo telefon też muszę ze sobą mieć. Piszę też do Amazona, żeby zamieścili ostrzeżenie w instrukcjach obsługi.
Bo trzeciego razu nie będzie.
czwartek, 25 sierpnia 2011
środa, 24 sierpnia 2011
Z wieczornych gadanek
Wypraliśmy dywan. Wszędzie gazety. Maja dostała kubek z piciem. Na gazecie wielka kałuża herbatki.
-Maju. Co to jest?
-Ale..
-Maju, wylałaś herbatkę na czysty dywan.
-Ale.....
-Ale no jak tak można. No co to jest?
-...
-Co? Maju?
-MOKLA GITALA.
-Maju, nie zmieniaj tematu. Czemu wylałaś picie?
-To (blu blu blu blu blu blu blu) MOKLA GITALA.
-Majusiu, jaka mokra gitara??
-...Tato, patrz na gazetę. Pan z gitarą z niedzielnego dodatku kulturalnego. Mokry jak jego gitara.
Maja stwierdziła, że wyjaśniła sytuację i uznała temat za zamknięty.
-Maju. Co to jest?
-Ale..
-Maju, wylałaś herbatkę na czysty dywan.
-Ale.....
-Ale no jak tak można. No co to jest?
-...
-Co? Maju?
-MOKLA GITALA.
-Maju, nie zmieniaj tematu. Czemu wylałaś picie?
-To (blu blu blu blu blu blu blu) MOKLA GITALA.
-Majusiu, jaka mokra gitara??
-...Tato, patrz na gazetę. Pan z gitarą z niedzielnego dodatku kulturalnego. Mokry jak jego gitara.
Maja stwierdziła, że wyjaśniła sytuację i uznała temat za zamknięty.
wtorek, 23 sierpnia 2011
Dawka soli morskiej i patyczków po lodach
No to tak. O Urodzinach napiszę niedługo bo jak wspominałam będzie dogrywka, więc nie będę się rozmieniać. :) Część prezentów rozdana, reszta czeka, świeczkę zapalimy jeszcze raz.
Wczoraj pojechaliśmy do Bournemouth, poplażować dzieci. Zachmurzenie 98% to jak się okazało świetny pomysł na plażę, szczególnie kiedy jest tak ciepło a pozostałe 2% nieba to czyste słonko.
Maja wbiegła do morza w sukience i nie dała się wygonić na brzeg o ile nie została siłą wyłowiona z wody i niczym ryba, szamocząca się w sieci, nie zaniesiona na kocyk. Tylko że ryby nie wrzeszczą.
-A co wczoraj robiłaś?
-Robiłam fale w w moziu i skakałam łiuuuuu!
-A co robiła Mama?
-Mama robiła skakanie.
-A co robił Gabi?
-Gapi spał.
-A Tata?
-Tata jedział.
-A Babcia?
-Babcia robiła aparat.
I rysunek sytuacyjny dołączony do zeznań
Wczoraj pojechaliśmy do Bournemouth, poplażować dzieci. Zachmurzenie 98% to jak się okazało świetny pomysł na plażę, szczególnie kiedy jest tak ciepło a pozostałe 2% nieba to czyste słonko.
Gabi zjadł ilość piasku znacznie przekraczającą normę przyjętą dla małego człowieka i łaził jak mały żółw wyjęty z morza tam i w kółko zagrzebując rączki i wykopując muszelki i kamienie. Też spróbował.
sam...
i z Tatą.
Dziś Maya opowiedziała jak było:-A co wczoraj robiłaś?
-Robiłam fale w w moziu i skakałam łiuuuuu!
-A co robiła Mama?
-Mama robiła skakanie.
-A co robił Gabi?
-Gapi spał.
-A Tata?
-Tata jedział.
-A Babcia?
-Babcia robiła aparat.
I rysunek sytuacyjny dołączony do zeznań
sobota, 20 sierpnia 2011
piątek, 19 sierpnia 2011
Jak tu dać wiarę?
Plagi egipskie przy nas to małe miki!
Nie uwierzycie. Po ostatnim tygodniu, już, już miałam nadzieję, że czarna seria minęła, mamy dogrywkę z dokładką.
Najpierw Maja. Dostała biegunki tysiąclecia. Do tego stopnia, że żeby zdjąć jej pieluchę, trzeba było wsadzać ją do wanny bo lało się po nóżkach. 6 razy dziennie. Apetyt bez zmian, żadnej gorączki, troszkę bolał brzuszek.
Potem Rodzicielka. Na początku coś na kształt korzonko-nerek, z zawrotami głowy i mdłościami, potem ogólna niemoc totalna i leżenie w łóżku, najlepiej bez ruchu.
Dwie godziny potem ja- bóle głowy, karku, mięśni, stawów, kości, pleców, mdłości, zawroty głowy i stany lękowe. Cały dzień nic nie jadłam, podobnie jak Maja i Rodzicielka ale wieczorem postanowiłam pogryźć chlebka i iść do łóżka. O 1:00 przekręciłam się na drugi bok i pojechałam do Rygi przez Ząbkowice. Ponownie o 4:00 i 5:00. Cała noc nad wanną.
Ale to pikuś. Grypa żołądkowa wykonaniu dam.
W środę Suseł wywinął salto mortale w pracy i upadł klatą na własną pięść. Dzisiaj posłałam go spod kołdry do lekarza i właśnie wrócił- ma złamane szóste żebro po lewej stronie.
Dacie wiarę? Bo ja nie daję.
Dostał Tramal i jakąś drugą pigułę na ból i 6 tygodni na zrośnięcie.
Jutro miały być Mai urodziny. Jutro SĄ Mai urodziny a my nie możemy sięgnąć łapą do własnego tyłka. Nie upiekę tortu bo mam nieustanne zawroty głowy, nie zaprosimy Faki Japi bo dzieci mogą załapać tą rzyguśną cholerę. Urodziny odwołane. Nie będzie baloników, darcia papieru ani dmuchania świeczki. Przenieśliśmy je na sierpniowy Bank Holiday ale strzela mnie kurwa i chce mi się płakać. Tyle planów i przygotowań. Maja dostanie jutro swoje zabawki i plastikowy torcik z TESCO. :(
W poniedziałek mieliśmy jechać z Dzieciusiami nad ocean. A Suseł nie może zmieniać biegów. Ocean odwołany, proszę spuścić wodę.
Dupa jeża.
Nie uwierzycie. Po ostatnim tygodniu, już, już miałam nadzieję, że czarna seria minęła, mamy dogrywkę z dokładką.
Najpierw Maja. Dostała biegunki tysiąclecia. Do tego stopnia, że żeby zdjąć jej pieluchę, trzeba było wsadzać ją do wanny bo lało się po nóżkach. 6 razy dziennie. Apetyt bez zmian, żadnej gorączki, troszkę bolał brzuszek.
Potem Rodzicielka. Na początku coś na kształt korzonko-nerek, z zawrotami głowy i mdłościami, potem ogólna niemoc totalna i leżenie w łóżku, najlepiej bez ruchu.
Dwie godziny potem ja- bóle głowy, karku, mięśni, stawów, kości, pleców, mdłości, zawroty głowy i stany lękowe. Cały dzień nic nie jadłam, podobnie jak Maja i Rodzicielka ale wieczorem postanowiłam pogryźć chlebka i iść do łóżka. O 1:00 przekręciłam się na drugi bok i pojechałam do Rygi przez Ząbkowice. Ponownie o 4:00 i 5:00. Cała noc nad wanną.
Ale to pikuś. Grypa żołądkowa wykonaniu dam.
W środę Suseł wywinął salto mortale w pracy i upadł klatą na własną pięść. Dzisiaj posłałam go spod kołdry do lekarza i właśnie wrócił- ma złamane szóste żebro po lewej stronie.
Dacie wiarę? Bo ja nie daję.
Dostał Tramal i jakąś drugą pigułę na ból i 6 tygodni na zrośnięcie.
Jutro miały być Mai urodziny. Jutro SĄ Mai urodziny a my nie możemy sięgnąć łapą do własnego tyłka. Nie upiekę tortu bo mam nieustanne zawroty głowy, nie zaprosimy Faki Japi bo dzieci mogą załapać tą rzyguśną cholerę. Urodziny odwołane. Nie będzie baloników, darcia papieru ani dmuchania świeczki. Przenieśliśmy je na sierpniowy Bank Holiday ale strzela mnie kurwa i chce mi się płakać. Tyle planów i przygotowań. Maja dostanie jutro swoje zabawki i plastikowy torcik z TESCO. :(
W poniedziałek mieliśmy jechać z Dzieciusiami nad ocean. A Suseł nie może zmieniać biegów. Ocean odwołany, proszę spuścić wodę.
Dupa jeża.
środa, 17 sierpnia 2011
O plagach egipskich słów nowych kilka
Osa już nie boli
Poparzenie swędzi jak piorun, czyli się goi
Kindle okazał się zepsuty ale TESCO umyło ręce bo jak się okazuje w tych przypadkach Amazon wysyła nowy, bez dyskusji i odbiera złoma na własny koszt. Trzeba zadzwonić na helpline 24/7, opowiedzieć jak to strasznie pęka ci serce. Wysyłają link do kodu paskowego którym trzeba opatrzyć złoma wsadzonego do byle koperty a jednocześnie wysyłają nowy i to jak! ha ha! Ze wszystkim co na nim miałam, bo Amazon trzyma na serwerach kopię zapasową wszystkiego co się na niego wyśle za pomocą emaila. Czyli w ciągu 3 dni dostajesz nowy sprzęt, nową gwarancję i najważniejsze- otwierasz pudełko i możesz zacząć czytać tam gdzie skończyłeś. Amazon stwierdził, że skoro nowa technologia e-papieru nie jest jeszcze do końca godna zaufania, klient nie może cierpieć i zamianę sprzętu musi odczuć jak najłagodniej.
Pęknięty talerz to znak, że mogę sobie kupić nowy, ładny zestaw skorup. Może pomarańczowy?
Pieprz powygrzebywałam z cukini co do ostatniej kuleczki i fusilli z warzywami wyszło pysznie.
Okazało się też, że firma Susła płaci za nadgodziny miesiąc wstecz czyli już za dwa tygodnie dostanie kasiorkę za lipiec a ja wybiorę i wskaże paluszkiem nową lodówkę, taką wypasnieńsko wielgachną, wysoką i głęboką, z dziurkami na różne rzeczy i podajnikiem do wody z lodówki.
Dekoder Nki, sam ruszył po kilkunastu godzinach udawania cegły. Jak ja się wystraszyłam jak nagle mi ryknęło "M jak Mądzioły" z salonu! Nadal coś jest z nim nie tak, więc nie ma tego złego bo dogasa nam kontrakt i Suseł chce zamienić go na taki Nkowy ale z dyskiem twardym.
A mój dysk rzeczywiście się zaciął. Wsadziłam go do zamrażalnika na 6h a w drodze powrotnej Suseł zrobił mi prezent w postaci 1Tbajtowego dysku z Cometa. Wjęłiśmy stary z zamrażalnika, póki się nię ogrzał, podłączyliśmy go do komputera i szybciutko przerzuciliśmy na nowy wszystko czym jest Kokainka- lata zbierania muzyki, ok 3000 ebooków, zdjęcia, pliki ze wzorami na szydełku, unikalne koncertówki Rammsteina, pracę magisterską, i tysiące innych cudów smaczków bez których moje serce stanęłoby nie dalej jak do końca tygodnia. Stary leży teraz i znowu tyrka.
Wniosek?
Piprzyć pecha- to zawsze jakiś nowy początek,, tylko, że jeszcze o tym nie wiemy. :D
Ale boli łapa. Łapa prawa, ta nieoperowana. Dziś, solidaryzując się ze Smiszkat, nie spałam calutką noc. Nawet spuszczanie do podłogi nie działało. Boję się operować prawą rękę, bo i Maleńtas jest za mały no to, żebym go nie nosiła i nie podnosiła przez miesiąc a i lewa ręka po dwóch latach nadal nie odzyskała 100% sprawności.
Kocham swoje ręce. Mam je tak sprytnie wmontowane, że mogę witać się z muchą za łapkę. Absolutna precyzja dzięki której dostawiam same 5 na rysunku kartograficznym na studiach to nie byle co. I przydaje się przy robieniu biżuterii, szydełkowaniu... Nie chcę prawej ręki jak pary grabi. Lewa niby wszystko może ale siły ścisku nadal nie mam takiej jak w prawej, mięsień kciuka jest mniejszy i słabszy, do niedawna jeszcze kciuk nie działa idealnie sprawnie przy łapaniu drobnych przedmiotów tylko przeskakiwał i "łamał" się do środka zamiast trzymać się z palcem wskazującym w kółeczku.
Nie wiem. Ale jak tak dalej pójdzie, wyjdę świeżym świtem na podwórko, wezmę siekierę zza wychodka i sama sobie zrobię zabieg poszerzając tunel nadgarstka aż po pieniek na którym go ułożę.
Mam spać do końca życia z ręką, która nocami boli jakby właśnie przejechał po niej Fiat 125p? I to w obie strony?
Poparzenie swędzi jak piorun, czyli się goi
Kindle okazał się zepsuty ale TESCO umyło ręce bo jak się okazuje w tych przypadkach Amazon wysyła nowy, bez dyskusji i odbiera złoma na własny koszt. Trzeba zadzwonić na helpline 24/7, opowiedzieć jak to strasznie pęka ci serce. Wysyłają link do kodu paskowego którym trzeba opatrzyć złoma wsadzonego do byle koperty a jednocześnie wysyłają nowy i to jak! ha ha! Ze wszystkim co na nim miałam, bo Amazon trzyma na serwerach kopię zapasową wszystkiego co się na niego wyśle za pomocą emaila. Czyli w ciągu 3 dni dostajesz nowy sprzęt, nową gwarancję i najważniejsze- otwierasz pudełko i możesz zacząć czytać tam gdzie skończyłeś. Amazon stwierdził, że skoro nowa technologia e-papieru nie jest jeszcze do końca godna zaufania, klient nie może cierpieć i zamianę sprzętu musi odczuć jak najłagodniej.
Pęknięty talerz to znak, że mogę sobie kupić nowy, ładny zestaw skorup. Może pomarańczowy?
Pieprz powygrzebywałam z cukini co do ostatniej kuleczki i fusilli z warzywami wyszło pysznie.
Okazało się też, że firma Susła płaci za nadgodziny miesiąc wstecz czyli już za dwa tygodnie dostanie kasiorkę za lipiec a ja wybiorę i wskaże paluszkiem nową lodówkę, taką wypasnieńsko wielgachną, wysoką i głęboką, z dziurkami na różne rzeczy i podajnikiem do wody z lodówki.
Dekoder Nki, sam ruszył po kilkunastu godzinach udawania cegły. Jak ja się wystraszyłam jak nagle mi ryknęło "M jak Mądzioły" z salonu! Nadal coś jest z nim nie tak, więc nie ma tego złego bo dogasa nam kontrakt i Suseł chce zamienić go na taki Nkowy ale z dyskiem twardym.
A mój dysk rzeczywiście się zaciął. Wsadziłam go do zamrażalnika na 6h a w drodze powrotnej Suseł zrobił mi prezent w postaci 1Tbajtowego dysku z Cometa. Wjęłiśmy stary z zamrażalnika, póki się nię ogrzał, podłączyliśmy go do komputera i szybciutko przerzuciliśmy na nowy wszystko czym jest Kokainka- lata zbierania muzyki, ok 3000 ebooków, zdjęcia, pliki ze wzorami na szydełku, unikalne koncertówki Rammsteina, pracę magisterską, i tysiące innych cudów smaczków bez których moje serce stanęłoby nie dalej jak do końca tygodnia. Stary leży teraz i znowu tyrka.
Wniosek?
Piprzyć pecha- to zawsze jakiś nowy początek,, tylko, że jeszcze o tym nie wiemy. :D
Ale boli łapa. Łapa prawa, ta nieoperowana. Dziś, solidaryzując się ze Smiszkat, nie spałam calutką noc. Nawet spuszczanie do podłogi nie działało. Boję się operować prawą rękę, bo i Maleńtas jest za mały no to, żebym go nie nosiła i nie podnosiła przez miesiąc a i lewa ręka po dwóch latach nadal nie odzyskała 100% sprawności.
Kocham swoje ręce. Mam je tak sprytnie wmontowane, że mogę witać się z muchą za łapkę. Absolutna precyzja dzięki której dostawiam same 5 na rysunku kartograficznym na studiach to nie byle co. I przydaje się przy robieniu biżuterii, szydełkowaniu... Nie chcę prawej ręki jak pary grabi. Lewa niby wszystko może ale siły ścisku nadal nie mam takiej jak w prawej, mięsień kciuka jest mniejszy i słabszy, do niedawna jeszcze kciuk nie działa idealnie sprawnie przy łapaniu drobnych przedmiotów tylko przeskakiwał i "łamał" się do środka zamiast trzymać się z palcem wskazującym w kółeczku.
Nie wiem. Ale jak tak dalej pójdzie, wyjdę świeżym świtem na podwórko, wezmę siekierę zza wychodka i sama sobie zrobię zabieg poszerzając tunel nadgarstka aż po pieniek na którym go ułożę.
Mam spać do końca życia z ręką, która nocami boli jakby właśnie przejechał po niej Fiat 125p? I to w obie strony?
wtorek, 16 sierpnia 2011
A!
Nie wspominałam? Czarna seria trwa!!!
Najpierw ujebczyła mnie osa
potem się poparzyłam
potem zepsuł się mi Kindle
wczoraj pękł mi w zlewie talerz Arcoroca z kompletu który mam 4 lata i jak dotąd ani jeden nie pękł. Bezgłośnie. Tak o, rozpadł się na wiele części.
chwilę potem zakręciłam młynkiem z pieprzem nad patelnią, młynek otworzył się i jakieś milion pincet kulek pieprzu wpadło mi w cukinię.
Wczoraj Suseł kapnął się, że od 3-4 miesięcy nie płacą mu za nadgodziny. Co może i jest fajne, bo teraz wiszą mu nową pralkę i wymarzoną zamrażarkę ale jak się nie poczują to będą mu oddawać po kawałeczku przez następne 10 lat.I z zamrażaniem i kręceniem prania będzie się można pożegnać.
Dziś rano odkryłam, że padł nam dekoder Nki. Najpierw się zawiesił a potem kompletnie wysiadł i o ile jeszcze tli się w nim iskra życia, to poświęca swój czas na udawanie cegły.
A czemu o tym piszę?
Bo właśnie postanowiłam Wam pokazać EmoGirl ale okazało się, że mój dysk, na którym mam WSZYSTKO czym jest Kokain robi cyk, cyk cyk cyk cyk cyk cyk cyk cyk cyk..
cyk
cyk
cyk
cyk
cyk
cyk
cyk
cyk
..................zamiast działać.
No co się dzieje? Niech mnie ktoś przytuli...........
Najpierw ujebczyła mnie osa
potem się poparzyłam
potem zepsuł się mi Kindle
wczoraj pękł mi w zlewie talerz Arcoroca z kompletu który mam 4 lata i jak dotąd ani jeden nie pękł. Bezgłośnie. Tak o, rozpadł się na wiele części.
chwilę potem zakręciłam młynkiem z pieprzem nad patelnią, młynek otworzył się i jakieś milion pincet kulek pieprzu wpadło mi w cukinię.
Wczoraj Suseł kapnął się, że od 3-4 miesięcy nie płacą mu za nadgodziny. Co może i jest fajne, bo teraz wiszą mu nową pralkę i wymarzoną zamrażarkę ale jak się nie poczują to będą mu oddawać po kawałeczku przez następne 10 lat.I z zamrażaniem i kręceniem prania będzie się można pożegnać.
Dziś rano odkryłam, że padł nam dekoder Nki. Najpierw się zawiesił a potem kompletnie wysiadł i o ile jeszcze tli się w nim iskra życia, to poświęca swój czas na udawanie cegły.
A czemu o tym piszę?
Bo właśnie postanowiłam Wam pokazać EmoGirl ale okazało się, że mój dysk, na którym mam WSZYSTKO czym jest Kokain robi cyk, cyk cyk cyk cyk cyk cyk cyk cyk cyk..
cyk
cyk
cyk
cyk
cyk
cyk
cyk
cyk
..................zamiast działać.
No co się dzieje? Niech mnie ktoś przytuli...........
Miss Fieldmouse
Żółty Smok poszedł do nowego właściciela.
... powiedział, że ten chłopczyk na niego dyba i wybrał iść do ludzi.
***
A przy okazji obcykałam Miss Fieldmouse, którą zrobiłam jakiś czas temu dla własnej szczęśliwości bazując na postaciach myszek z książeczek z cyklu "The Bramley Hedge". Od pierwszego do ostatniego oczka jest moja i tylko moja, bez żadnych wzorów ani patentów. Ma ściągany fartuszek, kapelusik, oraz zimowy szal. Koszyczek z kwiatkami też zsuwa się z łapki. Ma ciałko w całości od szyi do bucików i można jej dorobić gaciorki bo jak na razie, taka poważna panna a świeci niewymownymi jak jakaś mysz z zamtuza.
Stylem ma przypominać Anglię z czasów "Dumy i Uprzedzenia". Jak się zestarzeje, może z powodzeniem zagrać starą, dobrą Panią Bennett. Ma kapelusik bonnet w modnym w tamtych czasach kształcie, wiązany pod brodą, na boku na filetową wstążkę, sukienkę z rękawkami 3/4, z falbanką, fartuszek do brzegu sukienki oraz brązowe buciki idealne na błotniste, angielskie ścieżki.
Marzę, żeby zamienić ją we wzór, który będę mogła sprzedawać ale jak się okazuje, wydestylować wzór z gotowej postaci to nie taka łatwa sprawa.
A na razie, siedzi sobie cichutko na kominku, jak na mysz przystało, choć bez miotły i łypie na mnie oczkiem. Bo spojrzenie ma skromne choć zalotne.
No uwielbiam ją.
... powiedział, że ten chłopczyk na niego dyba i wybrał iść do ludzi.
***
A przy okazji obcykałam Miss Fieldmouse, którą zrobiłam jakiś czas temu dla własnej szczęśliwości bazując na postaciach myszek z książeczek z cyklu "The Bramley Hedge". Od pierwszego do ostatniego oczka jest moja i tylko moja, bez żadnych wzorów ani patentów. Ma ściągany fartuszek, kapelusik, oraz zimowy szal. Koszyczek z kwiatkami też zsuwa się z łapki. Ma ciałko w całości od szyi do bucików i można jej dorobić gaciorki bo jak na razie, taka poważna panna a świeci niewymownymi jak jakaś mysz z zamtuza.
Stylem ma przypominać Anglię z czasów "Dumy i Uprzedzenia". Jak się zestarzeje, może z powodzeniem zagrać starą, dobrą Panią Bennett. Ma kapelusik bonnet w modnym w tamtych czasach kształcie, wiązany pod brodą, na boku na filetową wstążkę, sukienkę z rękawkami 3/4, z falbanką, fartuszek do brzegu sukienki oraz brązowe buciki idealne na błotniste, angielskie ścieżki.
Marzę, żeby zamienić ją we wzór, który będę mogła sprzedawać ale jak się okazuje, wydestylować wzór z gotowej postaci to nie taka łatwa sprawa.
A na razie, siedzi sobie cichutko na kominku, jak na mysz przystało, choć bez miotły i łypie na mnie oczkiem. Bo spojrzenie ma skromne choć zalotne.
No uwielbiam ją.
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Jednorożek na zamówienie
No to jak paczka doszła to oto prezentuję Jednorożca. Zakochałam się w tym wzorze już dawno i wieku leżał na dysku kupiony ale nie użyty. Detaksacja miała czuja prosząc mnie o coś ładnego dla dziewczynki. :)
Trochę podrasowałąm oryginał dodając jej skarpetki z falbankami na kopytkach i wymyśliłam własny ogonek. Oby sprawiała radość i cieszyła się długim życiem kochanej przytulanki.
PS. A na imię ma Luna. :)
niedziela, 14 sierpnia 2011
Frustracji masa ale nieważne, idą Urodziny!
Przepraszam, że nie pokomenciłam z Wami w ostatnim poście ale jakoś tak się złożyło, że otwierałam, czytałam, uśmiechałam się i na tyle ino starczało mi czasu.
Zamówienie Detaksacji w drodze, Smok dla Ibejczyni ma ciało, trzy i pół nogi i ani jednego skrzydła. Jutro się wyewoluuje.
Wkurwionam.
Suseł chodził i płakał, że czytam, że mam, że Suseł też chce tak mieć i czytać. Kindla. Ja dostałam swojego ok 4 miesięcy temu w prezencie za niedospanie i niedogłaskanie, Teraz przyszedł czas na Susła. A że akurat w tym miesiącu Tesco zaoferowało pracownikom super-duper ofertę na Kindla i jeszcze doszło do tego trochę sprytnych sposobów, w dniu wczorajszym zakupiłam za 49 funtów!! Ze 111. Kindla Susłowi.
Spędził pół nocy na wrzucaniu i wyrzucaniu tomiszczy do czytania, już zastanawialiśmy się jak je rozróżnimy skoro pomijając zawartość wyglądają identycznie. Tylko, że mój ma futerałek niczym noktrun (czarna bawełna na szydełku, paseczek i kwiat czarny jak do trumny) a jego nie. Poczytała jeszcze swojego do poduszki (nadal "Mort"), odłożyłam i spać. Rano włożyłam do torebki, wyjęłam na śniadaniu w pracy, włączyłam.........
....
...
..
..
.
dupa. Się zepsuł.
3/4 ekranu, cały róg zamarzł, zastygł na wyświetlaniu wizerunku Jane Austin i koniec. Na zmianę ekranów i stron reaguje tylko lewy dolny róg i nic nie działa- ani reset ani przekleństwa i skargi niesione do Nieba.
Jutro zanoszę do wymiany, jaki Bóg i Jane Austin świadkami. Na szczęście Jane straciła tylko kawałek kolana, zachowała twarz, więc zaświadczy, że ekscesów nie było a Kindle się zdupił.
Suseł przeczytał w sieci, że to najczęstsza awaria Kindla i jakiś faciuś w USA od Świąt Bożego Narodzenia ma już szóstego. I w sumie cieszy się bo ciągle to sprzęt nowy i gwarancje mu się przesuwa. Tylko wpienia go wrzucanie na nowo ton książek.
Mi się to nie podoba.
Tak jak pralka nasza, dzisiaj czajnik, ze 4 tostery, odkurzacz, chociaż miał być taki wielce profesjonalny.... Firmy powinny płacić horrendalne kary za zaśmiecanie środowiska. My mamy dbać o recykling? A co z pralkami, lodówkami, rowerami i tosterami, które trzeba kupować w kółko i kółko bo psują się jak ryba na deszczu? Gdzie oni składują cały ten złom i kto w końcu weźmie się za Samsungi i inne Boshe za zaśmiecanie świata tysiącami gównianych puszek z gównem w środku? Mój papierek nieposegregowany z folijką ma się nijak do tego co klienci oddają na złom po tym jak pocieszyli się sprzętem o miesiąc dłużej niż gwarancja przewidziała.
Dobra tam, bo się spienię.
Teściowa jest. Dziś miała dawkę uderzeniową, bo w jednym domu pojawiła się nagle cała siódemka wnuków a każde piękniejsze, mądrzejsze, powabniejsze. Gabi hulał z Dziewusiami (obcałowuje je mokrym ryjkiem jak ślimak), Maja latała z kuzynami i uczyła się prawidłowych chwytów karabinu na wodę. Lara Croft tylko figura nie taka. Zdążyłam po pracy na ostatki ze zlotu, akurat na tyle, żeby utknąć na fotelu z Gabim, który tylko czekał, żeby zasnąć mi na cycu.
I po niedzieli. I nie mam co czytać. I się kurczak zesechł bo mówiłam, żeby go podlewać a nie podlewali.
I rękę poparzyłam sobie formą do tortu dwa dni temu. Kupiłam formę z prawdziwego zdarzenia, ciężką jak stodoła ale zapomniałam, że bez klamry. Więc wyjęłam próbne ciasto na torta ale zamiast donieść go na kuchenkę trzymając za obręcz, postawiłam go sobie na rękawicy od spodu i wtedy obręcz zjechała w dół i gorąca jak ...................... spoczęła mi na przedramieniu. Widział kto takiego debila? Ciasto wylądowało na podłodze ryjem w dół, ja wyskoczyłam z obręczy jak... poparzona, Gabi się wystraszył i zaczął ryczeć. I mam dwa długie sznyty z bąbli na przedramieniu a jak już się znam, zostaną tam na następne 15 lat. U mnie wszystko goi się jak na psie ale poparzenia zostają na wieki. Może doparzę sobie trzecią i będzie, że tak świętuję Mai urodziny a co rok dosyczę sobie jeszcze jedną? A na prawej ręce dla Gabiego? W końcu należę do narodu, który kocha uprawiać martyrologię.
A ciasto nie wyszło, pewnie przeżyło szok od tego upadku i wrzasków i skapcaniało.
A dupa, zła jestem i w ogóle dupa. I dali się Mai nawtryniać delicji jak kaczka klusek a potem słyszę, że Maja to jednak chuda nie jest. Maja rozcisnęła winogrona na stole, zmieszała z ciastkami i tak sobie gmerała, pożerając delicje i "gotując" mieszaninę aż się ktoś zorientował, jak już nie było co wcinać. I przez to obiadu mi nie zjadła.
Ale teraz coś z pozytywów bo przecież nie można Natury tak w nierównowadze zostawiać:
Jak Maja zobaczy w sobotę te wszystkie prezenty, które dla niej mamy to dostanie pićka ze szczęścia. Już stoją dwa ogromne pudła i wieeelka reklamówa do której co dzień dorzucam coś nowego. Naprawdę wielkie, ogromniaste, w sobotę napisze co bo to niespodzianka. :)
No, to ten. Darz bór!
Zamówienie Detaksacji w drodze, Smok dla Ibejczyni ma ciało, trzy i pół nogi i ani jednego skrzydła. Jutro się wyewoluuje.
Wkurwionam.
Suseł chodził i płakał, że czytam, że mam, że Suseł też chce tak mieć i czytać. Kindla. Ja dostałam swojego ok 4 miesięcy temu w prezencie za niedospanie i niedogłaskanie, Teraz przyszedł czas na Susła. A że akurat w tym miesiącu Tesco zaoferowało pracownikom super-duper ofertę na Kindla i jeszcze doszło do tego trochę sprytnych sposobów, w dniu wczorajszym zakupiłam za 49 funtów!! Ze 111. Kindla Susłowi.
Spędził pół nocy na wrzucaniu i wyrzucaniu tomiszczy do czytania, już zastanawialiśmy się jak je rozróżnimy skoro pomijając zawartość wyglądają identycznie. Tylko, że mój ma futerałek niczym noktrun (czarna bawełna na szydełku, paseczek i kwiat czarny jak do trumny) a jego nie. Poczytała jeszcze swojego do poduszki (nadal "Mort"), odłożyłam i spać. Rano włożyłam do torebki, wyjęłam na śniadaniu w pracy, włączyłam.........
....
...
..
..
.
dupa. Się zepsuł.
3/4 ekranu, cały róg zamarzł, zastygł na wyświetlaniu wizerunku Jane Austin i koniec. Na zmianę ekranów i stron reaguje tylko lewy dolny róg i nic nie działa- ani reset ani przekleństwa i skargi niesione do Nieba.
Jutro zanoszę do wymiany, jaki Bóg i Jane Austin świadkami. Na szczęście Jane straciła tylko kawałek kolana, zachowała twarz, więc zaświadczy, że ekscesów nie było a Kindle się zdupił.
Suseł przeczytał w sieci, że to najczęstsza awaria Kindla i jakiś faciuś w USA od Świąt Bożego Narodzenia ma już szóstego. I w sumie cieszy się bo ciągle to sprzęt nowy i gwarancje mu się przesuwa. Tylko wpienia go wrzucanie na nowo ton książek.
Mi się to nie podoba.
Tak jak pralka nasza, dzisiaj czajnik, ze 4 tostery, odkurzacz, chociaż miał być taki wielce profesjonalny.... Firmy powinny płacić horrendalne kary za zaśmiecanie środowiska. My mamy dbać o recykling? A co z pralkami, lodówkami, rowerami i tosterami, które trzeba kupować w kółko i kółko bo psują się jak ryba na deszczu? Gdzie oni składują cały ten złom i kto w końcu weźmie się za Samsungi i inne Boshe za zaśmiecanie świata tysiącami gównianych puszek z gównem w środku? Mój papierek nieposegregowany z folijką ma się nijak do tego co klienci oddają na złom po tym jak pocieszyli się sprzętem o miesiąc dłużej niż gwarancja przewidziała.
Dobra tam, bo się spienię.
Teściowa jest. Dziś miała dawkę uderzeniową, bo w jednym domu pojawiła się nagle cała siódemka wnuków a każde piękniejsze, mądrzejsze, powabniejsze. Gabi hulał z Dziewusiami (obcałowuje je mokrym ryjkiem jak ślimak), Maja latała z kuzynami i uczyła się prawidłowych chwytów karabinu na wodę. Lara Croft tylko figura nie taka. Zdążyłam po pracy na ostatki ze zlotu, akurat na tyle, żeby utknąć na fotelu z Gabim, który tylko czekał, żeby zasnąć mi na cycu.
I po niedzieli. I nie mam co czytać. I się kurczak zesechł bo mówiłam, żeby go podlewać a nie podlewali.
I rękę poparzyłam sobie formą do tortu dwa dni temu. Kupiłam formę z prawdziwego zdarzenia, ciężką jak stodoła ale zapomniałam, że bez klamry. Więc wyjęłam próbne ciasto na torta ale zamiast donieść go na kuchenkę trzymając za obręcz, postawiłam go sobie na rękawicy od spodu i wtedy obręcz zjechała w dół i gorąca jak ...................... spoczęła mi na przedramieniu. Widział kto takiego debila? Ciasto wylądowało na podłodze ryjem w dół, ja wyskoczyłam z obręczy jak... poparzona, Gabi się wystraszył i zaczął ryczeć. I mam dwa długie sznyty z bąbli na przedramieniu a jak już się znam, zostaną tam na następne 15 lat. U mnie wszystko goi się jak na psie ale poparzenia zostają na wieki. Może doparzę sobie trzecią i będzie, że tak świętuję Mai urodziny a co rok dosyczę sobie jeszcze jedną? A na prawej ręce dla Gabiego? W końcu należę do narodu, który kocha uprawiać martyrologię.
A ciasto nie wyszło, pewnie przeżyło szok od tego upadku i wrzasków i skapcaniało.
A dupa, zła jestem i w ogóle dupa. I dali się Mai nawtryniać delicji jak kaczka klusek a potem słyszę, że Maja to jednak chuda nie jest. Maja rozcisnęła winogrona na stole, zmieszała z ciastkami i tak sobie gmerała, pożerając delicje i "gotując" mieszaninę aż się ktoś zorientował, jak już nie było co wcinać. I przez to obiadu mi nie zjadła.
Ale teraz coś z pozytywów bo przecież nie można Natury tak w nierównowadze zostawiać:
Jak Maja zobaczy w sobotę te wszystkie prezenty, które dla niej mamy to dostanie pićka ze szczęścia. Już stoją dwa ogromne pudła i wieeelka reklamówa do której co dzień dorzucam coś nowego. Naprawdę wielkie, ogromniaste, w sobotę napisze co bo to niespodzianka. :)
No, to ten. Darz bór!
wtorek, 9 sierpnia 2011
Raz, dwa, trzy - się dzieje.
Matko! Jak nic, to mucha siada, kręci się i odlatuje. Tak jest nudno.
A jak coś, to wszystko na raz.
Po pierwsze: Teściowa zlatuje.
-Aha, i Teściowa zlatuje. -powiedziałą FakiJapi w piątek.- W środę.
Właśnie siedzi w autobusie. O tym, że sprzątam jak ukąszona przez szerszenia nie wspomnę. Jutro muszę wyszorować schody niczym pokład kutra rybackiego, doprowadzić do porządku naszą sypialnię, która wygląda jak pokój w burdelu- czerwona zasłonka na lampie, wszędzie kupki ubrań i dziecko w łóżeczku. Wieczorem nie mam siły suwać szafy tam i nazad, żeby układać kupeczki tematyczne ubranek i ubrań we wszelkich rozmiarach, więc po prostu, układamy je równie alfabetycznie na podłodze i walimy się spać gasząc światło zanim Gabi się nie rozbudzi. Po to czerwona zasłonka na lampce. Żeby się nie zabić w drodze do wyra.
Reszta domu już w porządku, na patio rzędy donic, żeby nie było, że smutno, wypinają swoje obłe piersi i potrząsają zielonymi grzywkami. Jest ładnie, choć i tak pewnie nie wystarczająco. Chodzę i szukam zagrożeń. A tu może się pobrudzić a tam zatruć... dziecko rzecz jasna, nie Teściowa. Żeby oszczędzić sobie słuchanek uniemożliwiam więc wszelkiego rodzaju wpadki.
Po drugie: Mam dwa zamówienia na już. Jedno dla Detaksacji, drugie dla jakiejś ibejczyni, która zapłonęła miłością do Smoka ale pomarańczowo-żółtego. Na ASAP. Dla Dteaksacji na poniedziałek ale z racji sentymentu odwróciłam kolejkę do góry nogami. Ibejczyni Poczeka. Poza tym, smok swoje prawa ma i i tak leży miesiące w jaju, więc nie śpieszno.:)
Po trzecie. Znalazłam piękny wzór na zabawkę dla Detaksacji, przerzuciłam szafę wełny, dobrałam kolorki, ułożyłam na biurku i zasiadłam do dziergania. Otworzyłam sobie plik ze wzorem, wstałam po szydełko, usiadłam, złapałam za myszkę i ..
AŁ KURWA!
Mój mały paluszek ręki od myszkowej zabolał jak wyrywany. Suka-osa, którą "zabiłam" 10 minut wcześniej zmartwychwstała cudem natury tylko po to, żeby jeszcze mnie ujebać i nie odchodzić z tego świata czaśnięta kartką tylko z żądłem na wierzchu. Może mają jakąś tram osią Walhallę, do której nie wpuszczają jak żądło siedzi w dupie nieużyte?
Blać jedna, jak bolało. I akurat nie wzięłam dziś tabletki cetryzyny, więc paluch zesztywniał jak pal Azji. Posmarowałam hydrokortizonem, jakbym miała się zaraz golić, łyknęłam antyhistaminę, nieustannie rzucając wołowiną aż Gabi się zdziwił na tem Mamy język nieparlamentarny.
Zawsze, ale to zawsze mam pecha i osy żrą mnie w części twarde i nie otłuszczone. W dzieciństwie w stopę od spodu, potem w ścięgno na kostce, tam gdzie tylko skóra i ból. Nad morzem w kciuka na którym noszę obrączkę i nawet nie miałam szansy jej zdjąć bo nie zdążyłam. Teraz w Malucha. Blać jedna.
Ale co tam! Wzięłam szydełko i przez 3 godziny dziurgałam z paluchem wyprostowanym, skierowanym Panu Bogu prosto w okno. To całe wkurwienie wpompowałam w tempo pracy i do 18:00 miałam już gotową głowę, uszki, szyję, brzuszek i wyrostek. Jutro odnóża i elementy dekoracyjne i Detaksacja powita paczkę jeszcze przed poniedziałkiem. Jak mnie już nic nie ujebie!
Teraz idę sobie, bo Dzieciusie śpią, Suseł odmacza się po pracy w warunkach specyficznych* a ja czytam "Morta" Pratchetta i chcę wiedzieć co dalej. Zaczęłam czytać "Równoumagicznienie" ale przynudzał więc się przesiadłam. A w weekend skończyłam "Tam gdzie upadają anioły". Terakowskiej. Albo spadają, nieważne. Książka ładna i bardzo... cukierkowa. Ale z morałem, więc daję jej 4 gwiazdki na 6. 6 ma u mnie tylko "Sto lat samotności" i "Miłość w czasach zarazy", więc zawędrowała wysoko.
Kindle. Po trzech miesiącach używania stwierdzam jednoznacznie, że mimo swojej elektronicznej natury, działa jak książka papierowa. A jak na niej zasypiam to po przebudzeniu mam ryj odciśnięty jakbym spała pod kredensem dokładnie w taki sam sposób jak to się dzieje z książką analogową. Tylko strona się nie gubi. Ach! I jeszcze! Kiedy odbiera mi zdolność do pojmowania słowa pisanego, czytam, czytam, zasypiam ale przewracam kartki a rano mam problem stwierdzić gdzie skończyła się moja wydajność umysłowa. Przy Kindlu jest inaczej, czytasz póki myślisz i masz władze nad palcem zmieniającym strony guziczkiem. Zasypiasz- przestajesz klikać. A Kindle prycha oburziny i idzie spać.
Dobranoc.
* Nie wspominałam? Suseł jest teraz "operator sprzętu ciężkiego". Jeździ i szufluje, bawi się w Boba Budowniczego. Stwierdzili, że jak ma niszczyć sprzęt w około, gniotąc ściany i krusząc sobie szybki w kabinie, niech przynajmniej robi to z licencją.
-Kończę Misia, bo mi przyczepa sama odjeżdża!!!Pa!
A jak coś, to wszystko na raz.
Po pierwsze: Teściowa zlatuje.
-Aha, i Teściowa zlatuje. -powiedziałą FakiJapi w piątek.- W środę.
Właśnie siedzi w autobusie. O tym, że sprzątam jak ukąszona przez szerszenia nie wspomnę. Jutro muszę wyszorować schody niczym pokład kutra rybackiego, doprowadzić do porządku naszą sypialnię, która wygląda jak pokój w burdelu- czerwona zasłonka na lampie, wszędzie kupki ubrań i dziecko w łóżeczku. Wieczorem nie mam siły suwać szafy tam i nazad, żeby układać kupeczki tematyczne ubranek i ubrań we wszelkich rozmiarach, więc po prostu, układamy je równie alfabetycznie na podłodze i walimy się spać gasząc światło zanim Gabi się nie rozbudzi. Po to czerwona zasłonka na lampce. Żeby się nie zabić w drodze do wyra.
Reszta domu już w porządku, na patio rzędy donic, żeby nie było, że smutno, wypinają swoje obłe piersi i potrząsają zielonymi grzywkami. Jest ładnie, choć i tak pewnie nie wystarczająco. Chodzę i szukam zagrożeń. A tu może się pobrudzić a tam zatruć... dziecko rzecz jasna, nie Teściowa. Żeby oszczędzić sobie słuchanek uniemożliwiam więc wszelkiego rodzaju wpadki.
Po drugie: Mam dwa zamówienia na już. Jedno dla Detaksacji, drugie dla jakiejś ibejczyni, która zapłonęła miłością do Smoka ale pomarańczowo-żółtego. Na ASAP. Dla Dteaksacji na poniedziałek ale z racji sentymentu odwróciłam kolejkę do góry nogami. Ibejczyni Poczeka. Poza tym, smok swoje prawa ma i i tak leży miesiące w jaju, więc nie śpieszno.:)
Po trzecie. Znalazłam piękny wzór na zabawkę dla Detaksacji, przerzuciłam szafę wełny, dobrałam kolorki, ułożyłam na biurku i zasiadłam do dziergania. Otworzyłam sobie plik ze wzorem, wstałam po szydełko, usiadłam, złapałam za myszkę i ..
AŁ KURWA!
Mój mały paluszek ręki od myszkowej zabolał jak wyrywany. Suka-osa, którą "zabiłam" 10 minut wcześniej zmartwychwstała cudem natury tylko po to, żeby jeszcze mnie ujebać i nie odchodzić z tego świata czaśnięta kartką tylko z żądłem na wierzchu. Może mają jakąś tram osią Walhallę, do której nie wpuszczają jak żądło siedzi w dupie nieużyte?
Blać jedna, jak bolało. I akurat nie wzięłam dziś tabletki cetryzyny, więc paluch zesztywniał jak pal Azji. Posmarowałam hydrokortizonem, jakbym miała się zaraz golić, łyknęłam antyhistaminę, nieustannie rzucając wołowiną aż Gabi się zdziwił na tem Mamy język nieparlamentarny.
Zawsze, ale to zawsze mam pecha i osy żrą mnie w części twarde i nie otłuszczone. W dzieciństwie w stopę od spodu, potem w ścięgno na kostce, tam gdzie tylko skóra i ból. Nad morzem w kciuka na którym noszę obrączkę i nawet nie miałam szansy jej zdjąć bo nie zdążyłam. Teraz w Malucha. Blać jedna.
Ale co tam! Wzięłam szydełko i przez 3 godziny dziurgałam z paluchem wyprostowanym, skierowanym Panu Bogu prosto w okno. To całe wkurwienie wpompowałam w tempo pracy i do 18:00 miałam już gotową głowę, uszki, szyję, brzuszek i wyrostek. Jutro odnóża i elementy dekoracyjne i Detaksacja powita paczkę jeszcze przed poniedziałkiem. Jak mnie już nic nie ujebie!
Teraz idę sobie, bo Dzieciusie śpią, Suseł odmacza się po pracy w warunkach specyficznych* a ja czytam "Morta" Pratchetta i chcę wiedzieć co dalej. Zaczęłam czytać "Równoumagicznienie" ale przynudzał więc się przesiadłam. A w weekend skończyłam "Tam gdzie upadają anioły". Terakowskiej. Albo spadają, nieważne. Książka ładna i bardzo... cukierkowa. Ale z morałem, więc daję jej 4 gwiazdki na 6. 6 ma u mnie tylko "Sto lat samotności" i "Miłość w czasach zarazy", więc zawędrowała wysoko.
Kindle. Po trzech miesiącach używania stwierdzam jednoznacznie, że mimo swojej elektronicznej natury, działa jak książka papierowa. A jak na niej zasypiam to po przebudzeniu mam ryj odciśnięty jakbym spała pod kredensem dokładnie w taki sam sposób jak to się dzieje z książką analogową. Tylko strona się nie gubi. Ach! I jeszcze! Kiedy odbiera mi zdolność do pojmowania słowa pisanego, czytam, czytam, zasypiam ale przewracam kartki a rano mam problem stwierdzić gdzie skończyła się moja wydajność umysłowa. Przy Kindlu jest inaczej, czytasz póki myślisz i masz władze nad palcem zmieniającym strony guziczkiem. Zasypiasz- przestajesz klikać. A Kindle prycha oburziny i idzie spać.
Dobranoc.
* Nie wspominałam? Suseł jest teraz "operator sprzętu ciężkiego". Jeździ i szufluje, bawi się w Boba Budowniczego. Stwierdzili, że jak ma niszczyć sprzęt w około, gniotąc ściany i krusząc sobie szybki w kabinie, niech przynajmniej robi to z licencją.
-Kończę Misia, bo mi przyczepa sama odjeżdża!!!Pa!
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Szydełczanki
Nie miałam ostatnio czasu pochwalić się swoimi najnowszymi szydełczankami. Teraz nadrabiam a w międzyczasie kończę szal w kształcie półksiężyca z japońskiego wzoru, który na piwerwszy rzut oka wygląda jak instrukcja do budowy elektrowni atomowej. Kupiłam oryginalną japońską włóczkę NORO, zmieniającą kolory z zimowych w jesienne i tak dalej i już już....
Dawno temu skończyłam też EmoGirl oraz Pannę Woodmouse ale czekam na dobre światło i tło, żeby je obstrykać. Tym razem, obie są absolutnie mojego projektu, od pierwszego do ostatniego oczka i okropecznie jestem z nich dumna. Chciałbym zamienić je we wzór i wystawić na Ravelry ale jak się okazuje, odtworzyć szał artystyczny i zapisać go czarno na białym nie jest tak łatwo.
No ale. To Gabi w trzech, czapeczkowych odsłonach z czego Dzwoneczek, Groszek i Truskawka to czapki które zrobiłam dla Detaksacji, na zamówienie a turkusowa jest tylko i wyłącznie Gabiego.
Oraz Wjuśka dla Majki, która umie latać i robić "Łiiiiiiiii!!!""
I jus.
Dawno temu skończyłam też EmoGirl oraz Pannę Woodmouse ale czekam na dobre światło i tło, żeby je obstrykać. Tym razem, obie są absolutnie mojego projektu, od pierwszego do ostatniego oczka i okropecznie jestem z nich dumna. Chciałbym zamienić je we wzór i wystawić na Ravelry ale jak się okazuje, odtworzyć szał artystyczny i zapisać go czarno na białym nie jest tak łatwo.
No ale. To Gabi w trzech, czapeczkowych odsłonach z czego Dzwoneczek, Groszek i Truskawka to czapki które zrobiłam dla Detaksacji, na zamówienie a turkusowa jest tylko i wyłącznie Gabiego.
Oraz Wjuśka dla Majki, która umie latać i robić "Łiiiiiiiii!!!""
I jus.
wtorek, 2 sierpnia 2011
Majkowo
A dziś Majkowo-fociszkowo:
CHEERIOSY JE SIĘ TYLKO Z GWINTA. Z WORA. Z REKLAMÓWKI. TAK SMAKUJĄ JAK TRZEBA
MAMO! DZIEFCINKI IDĄ!
LATO WE WŁOŚKACH POTARGOLIŁ WIATR....
JESZCZE 20 DNI I KONIEC Z TĄ OPINIĄ NIEMOWLĘCIA. JAKIE NIEMOWLĘ? PRZECIEŻ JESTEM JUŻ MAŁĄ PANIENKĄ....
CZYŻ NIE?
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Gabikowo
Dziś wieczór fociszki:
MAMO, RATUJ! PRAWIE MI SIĘ UDAŁO. NASTĘPNYM RAZEM SIĘ WYCZOŁGAM I PRYSNĘ DO KAMBODŻY
O KURCZA PUPA!
NIE PUSZCZAM SWEGO AUTKA, BO POTEM NIE ZNAJDĘ ALBO KTOŚ MI ZAJUMI.
TAKICH JAK JA NA DZIELNI JEST TYLKO JEDEN. RESZTA MA MLEKO POD NOSEM!
PADZIOSZEK...
niedziela, 31 lipca 2011
To miała być krótka notka o rankingu a wyszło cukierkowo. O fuj.
Już w pierwszym tygodniu pracy się wykazałam, całkiem niezamierzenie i dziś po południu z niemałym zdziwieniem przeczytałam swoje nazwisko na tablicy TOP TEN. Ósma z dziesięciu w ilości obsłużonych klientów na godzinę i piąta w ilości przeskanowanych produktów. Piąta na pierwszych dziesięć....ze 70 kasjerów w stawce. Może to para, która zejdzie mi z gwizdka ale jak na razie robię 200% normy i nadal się uśmiecham.
Niestety, na przerwę idę za późno i nie jem już swojej angielskiej fasolki z hash brownami...:( Dziś musiałam zjeść makaron penne w sosie pomidorowawym PLUS frytki. Makaron i frytki? Tyle zostało.
Znowu zauważam te wszystkie dziwności społeczne i tylko dlatego, że długopis mi dzisiaj nie pisał, nie mam notatek do nowej, uskarżającej się notki o klientach.
Ale jest plus z pracy na kasie i bez ciąży między mną a klawiaturą. :)
1) Nie drażnią mnie surowe ryby, mięso i podroby. Nic nie czuję, mogę patrzeć, dotykać, nie brzydzi, nie wzdraga, nie czepie. Czyli to jednak nie byłam ja.
2) Nie drażnią mnie klienci i ich pierdolaszki jak grzebanie w portfelikach, szeleszczenie reklamówkami, dopychanie towaru po taśmie.
3) Nic mnie nie boli, nie "ciąży", nie bolą mnie plecy, pupsko, głowa, nie jestem ciągłe głodna, nie piję jak smog z butki Big Łyk, nie latam na siusiu jak z chorym pęcherzem. W ogóle jestem znośniejsza. Nie śpię z otwartymi oczami.
4) Nie muszę nosić workowatych szarawarów albo portek wiązanych gumką do włosów, żeby naciągały się kiedy pochylam się do przodu. Koszulki nie podjeżdżają mi pod pachy.
5) Nie robi mi się śmisznie do omdlenia, nic mi nie lata, nie dycham na upale jak świnka. Jak ja znosiłam Brzuszki w środku lata to nie wiem...
Z minusów to taki, że nie umiem już z dziką rozkoszą wgryzać się w każdy kęs jedzenia jak gdyby to była boska ambrozja w kostce. Teraz jedzenie służy odżywianiu i chemia pozbawiła mnie tego cudownego uczucia sytości i pełności smaków na poziomie komórkowym, jak w ciąży. Tęskni mi się za wilczym pragnieniem zapełnienia kiszek czymkolwiek, oby intensywnym w smaku i zapachu. Tego fenomenalnego uczucia, kiedy łyk soku jabłkowego spływa do żołądka a ja mam wrażenie, że właśnie połknęłam ocean chłodnej pyszności.
W sumie wychodzi na zero, z tymi plusami i minusami.... Ale dzieci i tak chcę ludziom kraść z wózków. Jak tylko widzę dzieciusiową stópkę sterczącą z nóżka, chcę biec i całować. Taki bzik mi chyba został.
***
Po pracy, przed T zajeżdża Suseł z Dzieciusiami i mam swoje stópki do całowania.
"Pachniące śmjodki!!"
Niestety, na przerwę idę za późno i nie jem już swojej angielskiej fasolki z hash brownami...:( Dziś musiałam zjeść makaron penne w sosie pomidorowawym PLUS frytki. Makaron i frytki? Tyle zostało.
Znowu zauważam te wszystkie dziwności społeczne i tylko dlatego, że długopis mi dzisiaj nie pisał, nie mam notatek do nowej, uskarżającej się notki o klientach.
Ale jest plus z pracy na kasie i bez ciąży między mną a klawiaturą. :)
1) Nie drażnią mnie surowe ryby, mięso i podroby. Nic nie czuję, mogę patrzeć, dotykać, nie brzydzi, nie wzdraga, nie czepie. Czyli to jednak nie byłam ja.
2) Nie drażnią mnie klienci i ich pierdolaszki jak grzebanie w portfelikach, szeleszczenie reklamówkami, dopychanie towaru po taśmie.
3) Nic mnie nie boli, nie "ciąży", nie bolą mnie plecy, pupsko, głowa, nie jestem ciągłe głodna, nie piję jak smog z butki Big Łyk, nie latam na siusiu jak z chorym pęcherzem. W ogóle jestem znośniejsza. Nie śpię z otwartymi oczami.
4) Nie muszę nosić workowatych szarawarów albo portek wiązanych gumką do włosów, żeby naciągały się kiedy pochylam się do przodu. Koszulki nie podjeżdżają mi pod pachy.
5) Nie robi mi się śmisznie do omdlenia, nic mi nie lata, nie dycham na upale jak świnka. Jak ja znosiłam Brzuszki w środku lata to nie wiem...
Z minusów to taki, że nie umiem już z dziką rozkoszą wgryzać się w każdy kęs jedzenia jak gdyby to była boska ambrozja w kostce. Teraz jedzenie służy odżywianiu i chemia pozbawiła mnie tego cudownego uczucia sytości i pełności smaków na poziomie komórkowym, jak w ciąży. Tęskni mi się za wilczym pragnieniem zapełnienia kiszek czymkolwiek, oby intensywnym w smaku i zapachu. Tego fenomenalnego uczucia, kiedy łyk soku jabłkowego spływa do żołądka a ja mam wrażenie, że właśnie połknęłam ocean chłodnej pyszności.
W sumie wychodzi na zero, z tymi plusami i minusami.... Ale dzieci i tak chcę ludziom kraść z wózków. Jak tylko widzę dzieciusiową stópkę sterczącą z nóżka, chcę biec i całować. Taki bzik mi chyba został.
***
Po pracy, przed T zajeżdża Suseł z Dzieciusiami i mam swoje stópki do całowania.
"Pachniące śmjodki!!"
czwartek, 28 lipca 2011
O matematyce najpierw niepozornie ale jak się okazuje - to całkiem poważna sprawa!
Już wiele osób powiedziało mi, że polskie dzieci dość szybko rozpoznawane są w szkołach jako wyjątkowo zdolne z matematyki. Co ciekawe- nie tylko te, które liznęły trochę polskiego szkolnictwa ale i te, które nie miały szans iść nawet do polskiego przedszkola. "Coś jest w tych waszych dzieciach" jak to określiła dyrektorka podstawówki w B, gdzie pracuje znajoma S.
Skoro dyrektorka z wieloletnim doświadczeniem zauważyła taką wyraźną zależność, coś w tym musi być.
.....Może po prostu Polacy wychowując dzieci nieświadomie uczą ich rozwiązywania problemów w sposób bardzo rzeczowy i logiczny, jednocześnie ćwicząc ich umysły w orientowaniu się w zasadzie przyczynowo-skutkowej? Czarno na białym, tak albo tak, konkretnie i bez zbędnego marudzenia? Rozdzielamy sferę bycia emocjonalnym od bycia rzeczowym i nie faworyzujemy zbytnio żadnej z nich?
Zwróćcie uwagę (jak możecie) na angielskie dzieci poniżej 3 rż. Jak najczęściej się do nich zwraca osoba dorosła?:
-Good boy
-Good girl
-Hurray!
-Well done!
-Poor You ...etc etc.
-Loff ju lotzz!
Lwia część ich komunikacji opiera się na emocjach, uczuciach i ich wszelakiemu opisywaniu. Nawet kiedy dziecko robi siusiu w kabinie obok słychać jak matka zachwala jak ślicznie robi siusiu do kibelka i jaka jest z niego/niej dumna.
Więc dziecko, które od urodzenia wałkuje się na emocjonalną modłę, mówi się o konieczności lubienia, dzielenia się, pomagania, zawierania przyjaźni, robienia wszystkiego razem takie właśnie się staje. Bardzo emocjonalne ale mało rzeczowe. W szkole już przybiera to oblicze nauki budowania teamu, zajmowania swojego miejsca w grupie, spełniania swojej roli i niewyłamywania się bo w kupie raźniej i wszystkim się to podoba. Koniecznie trzeba być miłym, brać udział, stać w kółku i okazywać spontanę na każdym kroku. W takich grupach łatwo zająć wygodną posadkę biernego słuchacza, który co prawda pięknie się uśmiecha ale wkładu w pracę zespołu miał żadną.
Swoją drogą bardzo nie lubiłam prac grupowych na studiach. Ponieważ zawsze zależało mi na wyniku końcowym i odpowiedniej ocenie, po dłuższej chwili krępującego milczenia rzucałam jakąś propozycję i już zaraz wszyscy zgadzali się i przyklaskiwali w oczekiwaniu na wskazówki. A najbardziej wkurzała mnie osoba, która robiła notatki. Też dostawała tą samą ocenę chociaż ołówek łamał się trzy razy a "wywierzysko" pisze się przez "rz" a nie "ż".
Matematyk to indywidualista, samotnik, umysł zderzony z problemem do rozwiązania. Jeśli my, jako polscy rodzice wychowaliśmy się na komunie, kartkach żywnościowych, kombinatorce codziennej jak na układankach, klockach, puzzlach, takie same bodźce podsuwamy naszym dzieciom. Chcąc nie chcąc, wychowujemy je na samych siebie. A więc jeśli nasze pokolenie i pokolenie naszych rodziców to ludzie umiejący za przeproszeniem "utoczyć bat z gówna" takie też będą nasze dzieci. :) Tata umie zaizolowac przewód do pralki po tym jak pierdykło Mamusi po piętach a Anglik kupi nową pralkę. Mama umie wywabić plamy z przecieru z marchewki kładąc koszulkę na słońcu, Angielka kupi nową koszulkę.
My szukamy rozwiązania, oni szybkiego sposobu na pozbycie się problemu.
Umiejętność samodzielnego logicznego i twórczego rozwiązywania problemów- ot , cała zagadka. Próbuję wyobrazić sobie dziewczynkę 10 letnią, która w domu nadal chodzi w sukience Królewny Śnieżki i plastikowych butach na obcasie, maluje paznokcie, słucha Hanny Montany, wzdycha do Księcia Harryego (bo William odpadł ze stawki) i marzy o tym, że jak dorośnie zostanie Wróżką Przyrodniczą, żeby nagle zaangażowała się w całki.
/czasem mam wrażenie, że Anglicy robią absolutnie wszystko z przesadą desperata/...
Czy Wy te żnie macie takiego wrażenia? Jak się cieszą, słyszą wszyscy w około i też się cieszą choć nie wiedzą czym, jak rozpaczają to zaraz ze skokiem z klifu włącznie. Jak się lenią to tak strasznie, że na sam widok dupa mi odgniwa w ich imieniu, jak pracują ciężko to tak, że pot leci po jajcach. Albo mają wszystkie zasady w tyle albo stosują się do nich z maniackim zaangażowaniem i jak nie napisano, znaczy, że nie wolno. A wolno tylko tak jak pisze na odwrocie pudełka. Kochają jak maniacy, trzy razy w tygodniu kogo innego, biorą śluby na poczekaniu, rozwodzą się między łyżką a miską, chowają tabuny dzieci, każde i innej próbówki. Nienawidzą z kamieniem w łapie i gwoździem do drapania samochodu nowego kochanka byłej partnerki. Stoją w sklepach godzinami i w opisach produktów szukają sensu istnienia, zadając sobie ważkie pytania, których zadawanie sobie w złych porach spędza sen z powiek:
/-Przepraszam, w którym pudełku z tabletkami do prania mógłbym dostać tą taką siateczkę do pralki?
-Oj, nie wiem, poczytajmy....... nie piszą. O jest, tu w Arielu.
-O, to dobrze, w końcu będę mógł zrobić pranie bo koszul mi już zabrakło a siateczka mi się zgubiła.
-....To nie można zrobić prania bez siateczki i zwyczajnie wrzucić tabletek do bębna?
-..................A MOŻNA? Trochę się bałem.
To takie wieczne półprodukty wychowania emocjonalnego.
Skoro dyrektorka z wieloletnim doświadczeniem zauważyła taką wyraźną zależność, coś w tym musi być.
.....Może po prostu Polacy wychowując dzieci nieświadomie uczą ich rozwiązywania problemów w sposób bardzo rzeczowy i logiczny, jednocześnie ćwicząc ich umysły w orientowaniu się w zasadzie przyczynowo-skutkowej? Czarno na białym, tak albo tak, konkretnie i bez zbędnego marudzenia? Rozdzielamy sferę bycia emocjonalnym od bycia rzeczowym i nie faworyzujemy zbytnio żadnej z nich?
Zwróćcie uwagę (jak możecie) na angielskie dzieci poniżej 3 rż. Jak najczęściej się do nich zwraca osoba dorosła?:
-Good boy
-Good girl
-Hurray!
-Well done!
-Poor You ...etc etc.
-Loff ju lotzz!
Lwia część ich komunikacji opiera się na emocjach, uczuciach i ich wszelakiemu opisywaniu. Nawet kiedy dziecko robi siusiu w kabinie obok słychać jak matka zachwala jak ślicznie robi siusiu do kibelka i jaka jest z niego/niej dumna.
Więc dziecko, które od urodzenia wałkuje się na emocjonalną modłę, mówi się o konieczności lubienia, dzielenia się, pomagania, zawierania przyjaźni, robienia wszystkiego razem takie właśnie się staje. Bardzo emocjonalne ale mało rzeczowe. W szkole już przybiera to oblicze nauki budowania teamu, zajmowania swojego miejsca w grupie, spełniania swojej roli i niewyłamywania się bo w kupie raźniej i wszystkim się to podoba. Koniecznie trzeba być miłym, brać udział, stać w kółku i okazywać spontanę na każdym kroku. W takich grupach łatwo zająć wygodną posadkę biernego słuchacza, który co prawda pięknie się uśmiecha ale wkładu w pracę zespołu miał żadną.
Swoją drogą bardzo nie lubiłam prac grupowych na studiach. Ponieważ zawsze zależało mi na wyniku końcowym i odpowiedniej ocenie, po dłuższej chwili krępującego milczenia rzucałam jakąś propozycję i już zaraz wszyscy zgadzali się i przyklaskiwali w oczekiwaniu na wskazówki. A najbardziej wkurzała mnie osoba, która robiła notatki. Też dostawała tą samą ocenę chociaż ołówek łamał się trzy razy a "wywierzysko" pisze się przez "rz" a nie "ż".
Matematyk to indywidualista, samotnik, umysł zderzony z problemem do rozwiązania. Jeśli my, jako polscy rodzice wychowaliśmy się na komunie, kartkach żywnościowych, kombinatorce codziennej jak na układankach, klockach, puzzlach, takie same bodźce podsuwamy naszym dzieciom. Chcąc nie chcąc, wychowujemy je na samych siebie. A więc jeśli nasze pokolenie i pokolenie naszych rodziców to ludzie umiejący za przeproszeniem "utoczyć bat z gówna" takie też będą nasze dzieci. :) Tata umie zaizolowac przewód do pralki po tym jak pierdykło Mamusi po piętach a Anglik kupi nową pralkę. Mama umie wywabić plamy z przecieru z marchewki kładąc koszulkę na słońcu, Angielka kupi nową koszulkę.
My szukamy rozwiązania, oni szybkiego sposobu na pozbycie się problemu.
Umiejętność samodzielnego logicznego i twórczego rozwiązywania problemów- ot , cała zagadka. Próbuję wyobrazić sobie dziewczynkę 10 letnią, która w domu nadal chodzi w sukience Królewny Śnieżki i plastikowych butach na obcasie, maluje paznokcie, słucha Hanny Montany, wzdycha do Księcia Harryego (bo William odpadł ze stawki) i marzy o tym, że jak dorośnie zostanie Wróżką Przyrodniczą, żeby nagle zaangażowała się w całki.
/czasem mam wrażenie, że Anglicy robią absolutnie wszystko z przesadą desperata/...
Czy Wy te żnie macie takiego wrażenia? Jak się cieszą, słyszą wszyscy w około i też się cieszą choć nie wiedzą czym, jak rozpaczają to zaraz ze skokiem z klifu włącznie. Jak się lenią to tak strasznie, że na sam widok dupa mi odgniwa w ich imieniu, jak pracują ciężko to tak, że pot leci po jajcach. Albo mają wszystkie zasady w tyle albo stosują się do nich z maniackim zaangażowaniem i jak nie napisano, znaczy, że nie wolno. A wolno tylko tak jak pisze na odwrocie pudełka. Kochają jak maniacy, trzy razy w tygodniu kogo innego, biorą śluby na poczekaniu, rozwodzą się między łyżką a miską, chowają tabuny dzieci, każde i innej próbówki. Nienawidzą z kamieniem w łapie i gwoździem do drapania samochodu nowego kochanka byłej partnerki. Stoją w sklepach godzinami i w opisach produktów szukają sensu istnienia, zadając sobie ważkie pytania, których zadawanie sobie w złych porach spędza sen z powiek:
/-Przepraszam, w którym pudełku z tabletkami do prania mógłbym dostać tą taką siateczkę do pralki?
-Oj, nie wiem, poczytajmy....... nie piszą. O jest, tu w Arielu.
-O, to dobrze, w końcu będę mógł zrobić pranie bo koszul mi już zabrakło a siateczka mi się zgubiła.
-....To nie można zrobić prania bez siateczki i zwyczajnie wrzucić tabletek do bębna?
-..................A MOŻNA? Trochę się bałem.
To takie wieczne półprodukty wychowania emocjonalnego.
Lots of Love, Keep Calm and Carry On
Szmiszkat :) napisała, że matki w jej szkole angażują się w organizowanie szkolnych imprez itp i nie pozostają bierne w swoim i dzieci współbyciu w szkole.
Zgadzam się...i nie zgadzam się jednocześnie i dało mi to dużo do myślenia (znowu) na temat wiadomy i popularny ostatnio na łamach. I doszłam do wniosków pewnych. Wg mnie należy rozdzielić "pracę z dzieckiem" od "angażowania się w życie szkoły". A czemu, to oto:
Faktem bezspornym jest, że Anglicy rwą się do organizatorki jak Polacy nigdy nie byli i nie będą. Od zawsze pamiętam jak trudno było zaangażowć rodziców do organizowania szkolnej dyskoteki czy wycieczki. Zwykle te osoby, które się zgadzały na udział czy pilnowanie pociech były matkami niepracującymi i zawsze miałam wrażenie, że wycieczki cieszyły się większą popularnością niż sterczenie na korytarzach w czasie dyskotek. Zawsze to coś nowego a i młodszą pociechę można było zabrać za darmoszkę. Jeśli przychodziło do jakiegoś pieczenia, to był to placek sztuk 1 to najprostszy a i tak szkoła refundowała koszty.
Angielki natomiast kochają mieć w czymś udział i lecą pierwsze- tak będzie ciąć bibułę, tamta ustawiać kubeczki, kolejna stroić pianino. Robią przy tym mnóstwo hałasu bo od razu udziela im się dobry humor kupiony w wielopaku (nie, nie nie piwo. Wszystko na trzeźwo). Śmieją się, żartują, gaworzą, odwożą się na wzajem i po krzesła i po więcej talerzyków. W okolicach szkół czy social clubów zawsze jest dużo roboty.
Ale. (Zawsze musi być jakieś "ale". Kropka.) Wierzcie mi, że świadomie lub nie każda Angielka bierze udział w przygotowaniach bo nie lubi i nie wypada odmawiać skoro już jest częścią społeczeństwa, które ją wychowało. Oraz- (najważniejszy) ich wkład ma bardzo wymierny wpływ na REPUTACJĘ w środowisku matek. Tak samo jak chwalenie się osiągnięciami, żeby podrasować trochę reputację swoich genów, biorą głośny udział w imprezach, żeby pokreślić swoją fantastyczność jako matka!
W angielskim społeczeństwie wielką, często niedocenianą przed imigrantów rolę pełni fakt, że czują się oni częścią nazwijmy to narodowej organizacji do której przystępują już od przedszkola. System ich kształci, dogina i poleruje aż zajmą swoje miejsca z których trawniki są zawsze zielone, dzieci szczęśliwe a barek zaopatrzony. Mówię tu oczywiście o klasie średniej wzwyż. Ich rola w społeczeństwie musi być zatem zauważalna. I dlatego tak chętnie bawią się w wiejskie festyny, chodzą na bingo, gromadzą się w pubach na wspólnym muzykowaniu, w klubikach na porannej kawce i ciastku czy wokół dzieci.
Natomiast! Ile z tego dla dzieci to inna sprawa. Nieczęsto bywam w Centrum z Mają. Przez większą część tygodnia mamy w domu mnóstwo swoich zajęć a mnie osobiście nie bardzo kusi rola matki w otoczeniu innych tokujących matek.
Angielki natomiast ciągną (nie pchają) swoje pociechy do Centrum absolutnie każdego dnia, nawet kiedy pada bokiem lub mgła przesłania koniec ulicy. Bo tam oddają dzieci w ramiona Systemu a same zajmują się plotkami, parzeniem i piciem herbaty z mlekiem i zamawaniem pizzy! Z ręką na sercu, na 10-15 razy kiedy byłam tam dłużej niż godzinę, 99% matek stało za kontuarem i żłopało herbatki w czasie kiedy dzieci robiły co chciały a zwykle nic szczególnego. Ot, walanie się po podłodze, szarpanie sukienek z wieszaków i odbieranie sobie zabawek. Raz pojawiła się tam przedszkolanka z drugiej strony parkingu i nagle zorganizowała siedziska z poduszek i kołderek i czytanie bajki o pingwinkach z książki wielkiej jak stan Oregon.
Już rozumiecie? :) To dzieci towarzyszą matkom w ich wypadach na neutralny teren gdzie nie trzeba sprzątać łazienki przed wizytą koleżanki, parzyć herbaty na swój koszt i zastanawiać się czy dziad z kurzu pod jej komodą nie stanie się przypadkiem powodem do słodko-złośliwych plotek? Piją, wyrzucają kubek do śmieci, podobnie jak całą rozmowę, rozmówców i przedpołudnie i wracają do domu lekkie i zadowolone z dobrze spełnionego rodzicielskiego obowiązku.
Dlatego nie łączę aktywnych matek z aktywnymi dziećmi.
Kiedy słyszę ile to twórczych rzeczy robi się w przedszkolach, myślę o tym, że (UWAGA, obiektywna opinia) brytyjskie matki rodzą dzieci dla przyjemności posiadania i chwalenia się i czekają kiedy w wieku lat 3 będzie można oddać je w ręce Systemu, który zajmie się niezbędną resztą. Do tego czasu "lots of love, keep calm and carry on". To szkoła ma nauczyć dziecko myśleć, nie rodzic. Oddajmy dziecko w ręce profesjonalistów, jak pralkę czy kosiarkę do trawników. Kosiarka może urąbać palce a dziecko wychowywane przez rodzica na ciekawskie świata może zacząć zadawać niewygodne pytania?
Poza tym, nie oszukujmy się- jak można stanowić dla dziecka źródło rzetelnej pomocy w rozwoju jeśli własną edukację skończyło się w wieku lat 16, na poziomie, który odpowiada klasie 6-7 w polskiej szkole? (to już było wredne ;))
Z Wyspy Zielonej, subiektywna
Zgadzam się...i nie zgadzam się jednocześnie i dało mi to dużo do myślenia (znowu) na temat wiadomy i popularny ostatnio na łamach. I doszłam do wniosków pewnych. Wg mnie należy rozdzielić "pracę z dzieckiem" od "angażowania się w życie szkoły". A czemu, to oto:
Faktem bezspornym jest, że Anglicy rwą się do organizatorki jak Polacy nigdy nie byli i nie będą. Od zawsze pamiętam jak trudno było zaangażowć rodziców do organizowania szkolnej dyskoteki czy wycieczki. Zwykle te osoby, które się zgadzały na udział czy pilnowanie pociech były matkami niepracującymi i zawsze miałam wrażenie, że wycieczki cieszyły się większą popularnością niż sterczenie na korytarzach w czasie dyskotek. Zawsze to coś nowego a i młodszą pociechę można było zabrać za darmoszkę. Jeśli przychodziło do jakiegoś pieczenia, to był to placek sztuk 1 to najprostszy a i tak szkoła refundowała koszty.
Angielki natomiast kochają mieć w czymś udział i lecą pierwsze- tak będzie ciąć bibułę, tamta ustawiać kubeczki, kolejna stroić pianino. Robią przy tym mnóstwo hałasu bo od razu udziela im się dobry humor kupiony w wielopaku (nie, nie nie piwo. Wszystko na trzeźwo). Śmieją się, żartują, gaworzą, odwożą się na wzajem i po krzesła i po więcej talerzyków. W okolicach szkół czy social clubów zawsze jest dużo roboty.
Ale. (Zawsze musi być jakieś "ale". Kropka.) Wierzcie mi, że świadomie lub nie każda Angielka bierze udział w przygotowaniach bo nie lubi i nie wypada odmawiać skoro już jest częścią społeczeństwa, które ją wychowało. Oraz- (najważniejszy) ich wkład ma bardzo wymierny wpływ na REPUTACJĘ w środowisku matek. Tak samo jak chwalenie się osiągnięciami, żeby podrasować trochę reputację swoich genów, biorą głośny udział w imprezach, żeby pokreślić swoją fantastyczność jako matka!
W angielskim społeczeństwie wielką, często niedocenianą przed imigrantów rolę pełni fakt, że czują się oni częścią nazwijmy to narodowej organizacji do której przystępują już od przedszkola. System ich kształci, dogina i poleruje aż zajmą swoje miejsca z których trawniki są zawsze zielone, dzieci szczęśliwe a barek zaopatrzony. Mówię tu oczywiście o klasie średniej wzwyż. Ich rola w społeczeństwie musi być zatem zauważalna. I dlatego tak chętnie bawią się w wiejskie festyny, chodzą na bingo, gromadzą się w pubach na wspólnym muzykowaniu, w klubikach na porannej kawce i ciastku czy wokół dzieci.
Natomiast! Ile z tego dla dzieci to inna sprawa. Nieczęsto bywam w Centrum z Mają. Przez większą część tygodnia mamy w domu mnóstwo swoich zajęć a mnie osobiście nie bardzo kusi rola matki w otoczeniu innych tokujących matek.
Angielki natomiast ciągną (nie pchają) swoje pociechy do Centrum absolutnie każdego dnia, nawet kiedy pada bokiem lub mgła przesłania koniec ulicy. Bo tam oddają dzieci w ramiona Systemu a same zajmują się plotkami, parzeniem i piciem herbaty z mlekiem i zamawaniem pizzy! Z ręką na sercu, na 10-15 razy kiedy byłam tam dłużej niż godzinę, 99% matek stało za kontuarem i żłopało herbatki w czasie kiedy dzieci robiły co chciały a zwykle nic szczególnego. Ot, walanie się po podłodze, szarpanie sukienek z wieszaków i odbieranie sobie zabawek. Raz pojawiła się tam przedszkolanka z drugiej strony parkingu i nagle zorganizowała siedziska z poduszek i kołderek i czytanie bajki o pingwinkach z książki wielkiej jak stan Oregon.
Już rozumiecie? :) To dzieci towarzyszą matkom w ich wypadach na neutralny teren gdzie nie trzeba sprzątać łazienki przed wizytą koleżanki, parzyć herbaty na swój koszt i zastanawiać się czy dziad z kurzu pod jej komodą nie stanie się przypadkiem powodem do słodko-złośliwych plotek? Piją, wyrzucają kubek do śmieci, podobnie jak całą rozmowę, rozmówców i przedpołudnie i wracają do domu lekkie i zadowolone z dobrze spełnionego rodzicielskiego obowiązku.
Dlatego nie łączę aktywnych matek z aktywnymi dziećmi.
Kiedy słyszę ile to twórczych rzeczy robi się w przedszkolach, myślę o tym, że (UWAGA, obiektywna opinia) brytyjskie matki rodzą dzieci dla przyjemności posiadania i chwalenia się i czekają kiedy w wieku lat 3 będzie można oddać je w ręce Systemu, który zajmie się niezbędną resztą. Do tego czasu "lots of love, keep calm and carry on". To szkoła ma nauczyć dziecko myśleć, nie rodzic. Oddajmy dziecko w ręce profesjonalistów, jak pralkę czy kosiarkę do trawników. Kosiarka może urąbać palce a dziecko wychowywane przez rodzica na ciekawskie świata może zacząć zadawać niewygodne pytania?
-/A gdzie poszedł dziadzio po tym jak go odcięli panowie policjanci? I w ogóle- jak się odcina dziadzia z gałęzi?/ - fakt zaczytany.
Poza tym, nie oszukujmy się- jak można stanowić dla dziecka źródło rzetelnej pomocy w rozwoju jeśli własną edukację skończyło się w wieku lat 16, na poziomie, który odpowiada klasie 6-7 w polskiej szkole? (to już było wredne ;))
Z Wyspy Zielonej, subiektywna
wtorek, 26 lipca 2011
Kokain znowu napatrzyła się na różnice
Maja maluje.
-Ubielbiam malować!- za każdym razem kiedy rano schodzimy na dół, otwieram drzwi na patio a Maja leci do swojego domku gdzie cały czas stoi woda w kubeczku, farby, woda, kredki itp narzędzia.
Dajemy Mai farby od mniej więcej 10 miesiąca życia. Niedługo po tym jak wróciłam do pracy,po pracy kupiłam jej 4 butle farbek plakatowych, wielki blok i pędzle z kulą na końcu, przeznaczyłam ubranka na pomazanie i od tego czasu Maja eksperymentuje. Razem z nią drzwi na patio, mur, Boston, wózek, rowerek a sesji z Mają pomazaną wszystkimi kolorami wszędzie prócz tego co pod pieluchą mamy kilkanaście.
Jednak do niedawna malowanie ograniczało się do mieszania wszytskich kolorów na kartce, pacianie w to rączkami i rozmazywanie wielkich farbianych blobów:
Ale w niedzielę Maja przysiadła cichutko w domku i wysmarowała "Cięznickę":
...z której jesteśmy bardzo dumni.
Do tego doszły też niedawno metody kombinowane w skład często wchodzi np. jogurt i Cherioosy na stole, ale nie pokażę bo stół nie wchodzi do skanera. Ale mamy ślimaka metodą kombinowaną czyli kredki, flamaster, klej i cekinki:
(Musiałam mocno ściemnić skan bo ślimak jest subtelnej natury.).
...
W zeszłym tygodniu byłyśmy z Mają w Centrum gdzie spotykały się przedszkolaki z Mai grupy, które już za półtora miesiąca pójdą z nią w objęcia ciała pedagogicznego. Zorganizowano wielkie malowanie na łączce za Centrum, ze stolikami, tonami farb, pędzli, kulek, klocków, pieczątek, wałków i czym co podleciało paniom pod ręce. Maja była przy stoliku pierwsza. Jako jedyna chyba ubrałam Maję jak do malowania bo reszta mamuś przyprowadziła swoje dzieci ubrane jak na odpusty- białe koszulki, spódniczki, falbanki, sandałki. Chyba żadna z nich nie wierzyła w jakieś tam malowanie póki nie zobaczyły tego na własne oczy. I zaczęło się.
Co się zaczęło?
Wycieranie i biadolenie. Latały tylko od dziecka do dziecka (swojego) i wycierały paluszki, buzie, łokcie, upominały, ględziły, że "Przecież dopiero co cie wytarłam, jak ty to robisz dziecko?!". A dzieci nie za bardzo się właściwie brudziły bo na widok farby na paluszkach, natychmiast wycierały je mocno w stoliki i kartki. Maja była brudna jak swór z bagien.
W czasie kiedy one w końcu rozsiadły się po trawnikach, jachodziłam z Mają od stolika do stolika (nie brałam udziału w pogaduszkach bo "jestem Polką") i pokazywałam jej co jeszcze można wymyślić. W końcu pani przyniosła wielką michę z wodą i płynem, ręczniczki ale dziewczynki jakoś nie pałały chęcią do pluskania w wodzie pobrudzonych rączek. Kiedy poprowadziłam Maję do miski, odezwały się śmiechy!
-Ojej, popatrzcie, jaka słodka! Caaała w farbkach....O! I mama też!
-W tym cała zabawa, czyż nie?- skwitowałam z uśmiechem, nawet nie oczekując uśmiechów. Jakoś się nie pomyliłam. Pokrzywiły się tylko z przekąsem.
Jakaś dziewczynka przyniosła mamie obrazek, mokry i cieknący. Mama wzięła za rożek, w dwa palce , obróciła i spytała z obrzydzeniem:
- I co ja mam według ciebie z tym zrobić?????? Połóż to tam, na chodniku, z dala ode mnie.
O obrazku nic.
Druga mama postanowiła pochwalić się opieką nad dzieckiem i zaczęła teatralnie smarować córeczkę emulsją przeciwsłoneczną. Dziewczynka wyrywała się do malowania bo smarowanie trwało wieki i w pewnym momencie położyła rączkę na kolanie matki.
-WEŹ TE RĘCE Z MOICH CZARNYCH LEGGINSÓW! JESTEŚ CAŁA W EMULSJI, CZY TO ZNACZY, ŻE JA TEŻ MUSZĘ!!!!!????????
Panie z centrum spojrzały z niesmakiem, inne matki patrzyły beznamiętnie jak na zielony trawnik.
W końcy padło hasło- kto ma dość słońca może przenieść się do ogródka. Zgadnijcie ile matek natychmiast złapało torebki w jedną łapę, dzieci w drugą i zarządziły ewakuację? Wszystkie -1. Bo Maja nie chciała iść tylko malować. A ja przyszłam tam dla niej a nie z nią.
-Ale w przedszkolu dzieci będą malować do woli!
-A od kiedy przedszkole ma za zadanie wyręczać dom? Jeśli już teraz ci rodzice tego nie robią to zaczną za dwa lata?
-Ubielbiam malować!- za każdym razem kiedy rano schodzimy na dół, otwieram drzwi na patio a Maja leci do swojego domku gdzie cały czas stoi woda w kubeczku, farby, woda, kredki itp narzędzia.
Dajemy Mai farby od mniej więcej 10 miesiąca życia. Niedługo po tym jak wróciłam do pracy,po pracy kupiłam jej 4 butle farbek plakatowych, wielki blok i pędzle z kulą na końcu, przeznaczyłam ubranka na pomazanie i od tego czasu Maja eksperymentuje. Razem z nią drzwi na patio, mur, Boston, wózek, rowerek a sesji z Mają pomazaną wszystkimi kolorami wszędzie prócz tego co pod pieluchą mamy kilkanaście.
Jednak do niedawna malowanie ograniczało się do mieszania wszytskich kolorów na kartce, pacianie w to rączkami i rozmazywanie wielkich farbianych blobów:
Ale w niedzielę Maja przysiadła cichutko w domku i wysmarowała "Cięznickę":
...z której jesteśmy bardzo dumni.
Do tego doszły też niedawno metody kombinowane w skład często wchodzi np. jogurt i Cherioosy na stole, ale nie pokażę bo stół nie wchodzi do skanera. Ale mamy ślimaka metodą kombinowaną czyli kredki, flamaster, klej i cekinki:
(Musiałam mocno ściemnić skan bo ślimak jest subtelnej natury.).
...
W zeszłym tygodniu byłyśmy z Mają w Centrum gdzie spotykały się przedszkolaki z Mai grupy, które już za półtora miesiąca pójdą z nią w objęcia ciała pedagogicznego. Zorganizowano wielkie malowanie na łączce za Centrum, ze stolikami, tonami farb, pędzli, kulek, klocków, pieczątek, wałków i czym co podleciało paniom pod ręce. Maja była przy stoliku pierwsza. Jako jedyna chyba ubrałam Maję jak do malowania bo reszta mamuś przyprowadziła swoje dzieci ubrane jak na odpusty- białe koszulki, spódniczki, falbanki, sandałki. Chyba żadna z nich nie wierzyła w jakieś tam malowanie póki nie zobaczyły tego na własne oczy. I zaczęło się.
Co się zaczęło?
Wycieranie i biadolenie. Latały tylko od dziecka do dziecka (swojego) i wycierały paluszki, buzie, łokcie, upominały, ględziły, że "Przecież dopiero co cie wytarłam, jak ty to robisz dziecko?!". A dzieci nie za bardzo się właściwie brudziły bo na widok farby na paluszkach, natychmiast wycierały je mocno w stoliki i kartki. Maja była brudna jak swór z bagien.
W czasie kiedy one w końcu rozsiadły się po trawnikach, jachodziłam z Mają od stolika do stolika (nie brałam udziału w pogaduszkach bo "jestem Polką") i pokazywałam jej co jeszcze można wymyślić. W końcu pani przyniosła wielką michę z wodą i płynem, ręczniczki ale dziewczynki jakoś nie pałały chęcią do pluskania w wodzie pobrudzonych rączek. Kiedy poprowadziłam Maję do miski, odezwały się śmiechy!
-Ojej, popatrzcie, jaka słodka! Caaała w farbkach....O! I mama też!
-W tym cała zabawa, czyż nie?- skwitowałam z uśmiechem, nawet nie oczekując uśmiechów. Jakoś się nie pomyliłam. Pokrzywiły się tylko z przekąsem.
Jakaś dziewczynka przyniosła mamie obrazek, mokry i cieknący. Mama wzięła za rożek, w dwa palce , obróciła i spytała z obrzydzeniem:
- I co ja mam według ciebie z tym zrobić?????? Połóż to tam, na chodniku, z dala ode mnie.
O obrazku nic.
Druga mama postanowiła pochwalić się opieką nad dzieckiem i zaczęła teatralnie smarować córeczkę emulsją przeciwsłoneczną. Dziewczynka wyrywała się do malowania bo smarowanie trwało wieki i w pewnym momencie położyła rączkę na kolanie matki.
-WEŹ TE RĘCE Z MOICH CZARNYCH LEGGINSÓW! JESTEŚ CAŁA W EMULSJI, CZY TO ZNACZY, ŻE JA TEŻ MUSZĘ!!!!!????????
Panie z centrum spojrzały z niesmakiem, inne matki patrzyły beznamiętnie jak na zielony trawnik.
W końcy padło hasło- kto ma dość słońca może przenieść się do ogródka. Zgadnijcie ile matek natychmiast złapało torebki w jedną łapę, dzieci w drugą i zarządziły ewakuację? Wszystkie -1. Bo Maja nie chciała iść tylko malować. A ja przyszłam tam dla niej a nie z nią.
I malowanie skończyło się. Z ręką na sercu jestem w stanie powiedzieć, że żadne z dzieci, które idą we wrześniu do przedszkola miały kontakt z farbami może raz w życiu. Jeden chłopczyk został postawiony pod murem bo to brat idzie do przedszkola więc malowanie nie jest dla niego. Mama zabroniła mu malować z bratem i kiedy zajęła się jodłowaniem w towarzystwie, chłopczyk wziął sobie butlę z farbą i zaczął wyciskać. Najpierw na kartki potem na buty.
-A od kiedy przedszkole ma za zadanie wyręczać dom? Jeśli już teraz ci rodzice tego nie robią to zaczną za dwa lata?
poniedziałek, 25 lipca 2011
I jus.
Poszłam, byłam, wróciłam, przeżyłam.
Tulki i uśmiechy, trali lali. Stwierdziałm, że za drugim razem wraca się o wiele łatwiej bo już umie się być z dala od dziecka. Więc, żart o tym, że jest dobrze skoro mamy 8:10 rano a ja nie ukrywam się jeszcze w magazynie za kejdżem i nie płaczę został wzięty za żart. Ale wtedy to była prawda! :)
Zmienili szafki więc nie musiałam w niczym sprzątać.
Poklikałam i 5,5 godziny trzasnęło że hej! W niedzielę podobnie, tylko od 10:00 do zamknięcia. Dziwne. Przez prawie 6 lat nigdy nie widziałam TESCO w niedzielę, kiedy namolny głos w megafonie informuje, że sklep będzie zamknięty już już. Ani jak z każdą minutą się wycisza i nagle ze sklepu znika jakiekolwiek życie. Zanim się obejrzałam, zamknęli za mną kratę a auta z parkingu rozpłynęli się we mgle. Dla mnie sklep to tętniący życiem ul z dzieciarami i grupkami rozwrzeszczanych piwoszy.
A Dzieciusie sobie poradziły. I ku mojemu zdziwieniu to nie Gabi zrobił koncert ale Maja! Obudziła się rano, kiedy Suseł z Gabim właśnie wracali do domu po odwiezieniu mnie do pracy. Najpierw wołała Mamę, potem Gabiego, potem Tatę a kiedy już dobudziła Babcię, nie sposób było jej wytłumaczyć, że Mama niedługo wróci a Gabi jest z Tatą. Gabi i Gabi na zmianę z Mamą. Odzwyczaiła się. W sumie nietrudno się dziwić, witałam ją rano każdego dnia bez wyjątków od września zeszłego roku.
A Gabi dał radę mimo tego, że nie spał z piątku na sobotę, z soboty na niedzielę i dziś również. Górna prawa jedynka ciśnie się na świat i chodzę jak zombie. W niedzielę skończyło się na czopku w dupku bo miał taką gorączkę, że można go było przechować na zimę, żeby grzać sobie nim ręce na mrozie.
Pocieszam się, że już niedługo. Niedługo. Pocieszam się.
A dziś po staremu- Mam i Gabi przyszli rano przywitać Majuśkę, nasmrodzić jej małym kupczakiem w pokoju i poślinić zabawki. :)
I tak wróciłam do pracy. Zrobić swoje i zapomnieć. Dziękuję.
Tulki i uśmiechy, trali lali. Stwierdziałm, że za drugim razem wraca się o wiele łatwiej bo już umie się być z dala od dziecka. Więc, żart o tym, że jest dobrze skoro mamy 8:10 rano a ja nie ukrywam się jeszcze w magazynie za kejdżem i nie płaczę został wzięty za żart. Ale wtedy to była prawda! :)
Zmienili szafki więc nie musiałam w niczym sprzątać.
Poklikałam i 5,5 godziny trzasnęło że hej! W niedzielę podobnie, tylko od 10:00 do zamknięcia. Dziwne. Przez prawie 6 lat nigdy nie widziałam TESCO w niedzielę, kiedy namolny głos w megafonie informuje, że sklep będzie zamknięty już już. Ani jak z każdą minutą się wycisza i nagle ze sklepu znika jakiekolwiek życie. Zanim się obejrzałam, zamknęli za mną kratę a auta z parkingu rozpłynęli się we mgle. Dla mnie sklep to tętniący życiem ul z dzieciarami i grupkami rozwrzeszczanych piwoszy.
A Dzieciusie sobie poradziły. I ku mojemu zdziwieniu to nie Gabi zrobił koncert ale Maja! Obudziła się rano, kiedy Suseł z Gabim właśnie wracali do domu po odwiezieniu mnie do pracy. Najpierw wołała Mamę, potem Gabiego, potem Tatę a kiedy już dobudziła Babcię, nie sposób było jej wytłumaczyć, że Mama niedługo wróci a Gabi jest z Tatą. Gabi i Gabi na zmianę z Mamą. Odzwyczaiła się. W sumie nietrudno się dziwić, witałam ją rano każdego dnia bez wyjątków od września zeszłego roku.
A Gabi dał radę mimo tego, że nie spał z piątku na sobotę, z soboty na niedzielę i dziś również. Górna prawa jedynka ciśnie się na świat i chodzę jak zombie. W niedzielę skończyło się na czopku w dupku bo miał taką gorączkę, że można go było przechować na zimę, żeby grzać sobie nim ręce na mrozie.
Pocieszam się, że już niedługo. Niedługo. Pocieszam się.
A dziś po staremu- Mam i Gabi przyszli rano przywitać Majuśkę, nasmrodzić jej małym kupczakiem w pokoju i poślinić zabawki. :)
I tak wróciłam do pracy. Zrobić swoje i zapomnieć. Dziękuję.
piątek, 22 lipca 2011
Mamo, boli mnie brzuch
Jutro TESCO.
Nie mogę znaleźć karty do Maszyny Czasu i chyba nie zjem śniadania bo nie mogę znaleźć też karty do kafejki.
..........Mogę udać wymioty. Albo wiem, udam biegunkę. Tego nikt nie sprawdzi.
Pf.
Nie mogę znaleźć karty do Maszyny Czasu i chyba nie zjem śniadania bo nie mogę znaleźć też karty do kafejki.
..........Mogę udać wymioty. Albo wiem, udam biegunkę. Tego nikt nie sprawdzi.
Pf.
Opowieść drogi czyli kolejny odcienk cyklu "Wrocław w atomach"
Dziś będzie opowieść drogi czyli o tym jak Kokainka chadzała do pracy, gdzieś kiedyś, dawno temu w innej galaktyce.
A droga była długa i na piechotę bo dojazd był tak niedorzeczny, że odpadał już za sam fakt, że do pracy droga była prosta a miejskimi środkami ścisku publicznego trwała o 30% dłużej i szła zygzakiem przez miasto, od dzielnicy do dzielnicy, jak pijany listonosz.
Ostatnie lato we Wrocławiu pamiętam oczywiście najwyraźniej i o to te czasy właśnie. A lato było cudne, jak często bywa we Wrocławiu. Chodzenie do pracy na 18:00 ma coś w sobie. Nie wstaje się nieprzytomnym, rozczochranym i nie wychodzi się na klatkę schodową niedokawionym i niedośniadanionym. Cały dzień już minął. Człowiek miał czas wyspać się, wstać, przeżyć coś wielkiego jak wyjście do sklepu po pierś kurczaka na przykład. Oglądało się "Na dobre i na złe" a były to jeszcze czasy kiedy serial miał bohaterów i fabułę. Były to też czasy ostatnich dni Papieża Jana Pawła II i zerkania w ekran telewizora gdzie nieustannie w dole ekranu leciały donosy z Watykanu. Pisałam pracę magisterską a przynajmniej tak się oszukiwałam za każdym razem kiedy zamiast klikać w mapy, myszka mi się obsuwała na złe ikonki i klikałam po Forum Którego Już Nie Ma...
W ostatniej chwili przed wyjściem sypałam proszku do wody, wkładałam swoją czerwoną, plastikową koszulę kelnerską i maczałam jak szop pracz, bułę przed jedzeniem. W sumie nawet nie chodziło o pranie, tylko o nadanie koszuli wrażenia, że jest ładna i doceniana przez właścicielkę a nie stara i zmęczona poprzednią nocką. Umoczoną, wypłukaną, pakowałam w szczelną reklamówkę, zakładałam bojówki, glanki, koszulkę byle jaką lub robiłam się na bóstwo. Wolałam jak bojówki bo miałam gdzie upchać reklamówkę z koszulą. Dziewuś w spódnicy i fikuśnej bluzeczce wygląda durnowato z reklamówką pełną czegoś co wygląda jak świeża wątroba.
I szłam. W miasto, w samo serce miasta. Na ulicy było zwykle parno, akurat zamykali cukiernię i zabierali z wystawy pustą tacę po pączkach, pełną lukrowych stalagmitów i os kręcących się w kółko wśród okruchów. W kiosku bez zmian, zawsze tak samo, po prawej dogorywająca księgarnia. Zaczęła dogorywać przeze mnie, jak (nie)lubiłam sądzić. Latami kupowałam tam dziesiątki książek, kiedy zaczęłam kupować prosto z hurtowni, rozpoczął się powolny upadek. Potem zdradziłam ją z Empikiem. Podła.
Mijałam Park z Psimi Kupami.
Wydział Architektury i do tego czasu kończyła mi lecieć w uszach pierwsza piosenka z listy kawałków zagrzewających do walki i napawającej optymizmem. Czasem przychodziłam do pracy tak nabuzowana, że zwykłe drzwi wejściowe obracały się w kółko. "FFF" Megahertz, "Polarstern" Eisbrecher, "Zauberschloss" In Strict Confidence i oczywiście Rammstein.
Potem koniec Parku i przejście przez podwórko na którym dorastałam. Podobnie jak z księgarnią, lecz tym razem na serio. Od kiedy się wyprowadziliśmy, już chyba nigdy nie widziałam na tym podwórku gromady dzieci bawiącej się w Zulus Czakę ani żadnego nowoczesnego bohatera-odpowiednika Czaki.
Zerknięcie okiem w swój balkon, balkon koleżanki, okno następnej, która miała pecha i jej mieszkanie miało tylko jedno okno- kwadratowe. Zapach kubłów w betonowej zagrodzie w której zawsze czaił się straszny klaun i już byłam na ulicy, na której 20 lat wcześniej parkowały najdroższe samochody w mieście. Pod siedzibą Partii. Potem długa, prażąca słońcem droga obok Ogrodu Botanicznego. Po drugiej stronie cieniem kusił las drzew, szklarnia widoczna z ulicy i wspomnienia beztroskich czasów dzieciństwa kiedy spędzałam tam całe dnie z Babcią. Po mojej stronie tylko żar lejący się z nieba, żadnego cienia i obowiązek pchający nogi dalej. W stronę piekarni Mamut do dziś posiniaczonej przez wojnę.
Zapach hurtowo pieczonego chleba, inny niż 20 lat wcześniej. Komercyjny, na polepszaczach. Dostałam kiedyś lanie przez tą piekarnię. Mama psipsiółki powiedziała, że idzie z nią po chleb. Postanowiłam iść z nimi, żeby nie rozstawać się z psipsiółką. Okazało się, że u nich po chleb szło się do piekarnianego sklepu gdzie stało się w długim ogonku, po 2 godziny. A ja bałam się powiedzieć, że muszę iść do domu, w obawie, żeby nie zostać nieładnie zrozumianą. I stałam aż Babcia o mało nie dostała apopleksji na mój widok kiedy w końcu dotarłam do domu.
Plac Bema i plątanina szyn. Trzeba było wyjąć z uszu muzykę, żeby nie dać się zabić przez tramwaj. I tutaj wybór. Krócej i szybciej koło Najświętszej Marii Panny na Piasku, dłużej ale przynajmniej wzdłuż Odry, trasą WZ lub refleksyjnie- wieki całe, na okrętkę, po całym wrocławskim Watykanie czyli koło Katedry. Wszystkie drogi prowadzą do Rynku.
Koło Panny na Piasku, potem Hala Targowa, już zamknięta, Filologia Polska, Prawosławni gdzie byłam kiedyś na nabożeństwie i poraził mnie pięknem celebracji tak bardzo, że wyszłam przez końcem tak czułam się nie na miejscu wśród tych niezwykłych ludzi. Kościoły, budynki filologii najróżniejszych, bar mleczny Miś i już. Już Rynek. Pełen przechadzających się ludzi, pełnych ogródków piwnych... I tu zdarzał się cud. Jakakolwiek nie byłaby pogoda, jakkolwiek nie było żal, że zamiast na piwie trzeba było iść do służby u pana- żal znikał. Czuło się nagle częścią tego przemysłu rozrywkowego jaki dostarczał wrocławianom Rynek. Zaczynało się tętnić tym samym rytmem. Ładne sukienki, faceci w sandałach, dzieci skaczące po fontannie lub w wodzie tryskającej z wielkiej rury rozciągniętej przez cały chodnik.
Cukiernia obok apteki. 10 dkg galaretek w cukrze na wagę. Akurat tyle ile można było zjeść od cukierni do drzwi Restauracji. 5, może 7... I Drzwi. Ogródek w cieniu którego kelnerki stały w cieniu, z tacami pod pachami i patrzyły beznamiętnie na żyjących wokół , cieszących się latem ludzi. Czekając na napiwek, który na koniec dnia miał stać się wymiernym wyrazem tego co umknęło.
O tym co bywało potem i co z tą koszulą w worku niebawem....
A droga była długa i na piechotę bo dojazd był tak niedorzeczny, że odpadał już za sam fakt, że do pracy droga była prosta a miejskimi środkami ścisku publicznego trwała o 30% dłużej i szła zygzakiem przez miasto, od dzielnicy do dzielnicy, jak pijany listonosz.
Ostatnie lato we Wrocławiu pamiętam oczywiście najwyraźniej i o to te czasy właśnie. A lato było cudne, jak często bywa we Wrocławiu. Chodzenie do pracy na 18:00 ma coś w sobie. Nie wstaje się nieprzytomnym, rozczochranym i nie wychodzi się na klatkę schodową niedokawionym i niedośniadanionym. Cały dzień już minął. Człowiek miał czas wyspać się, wstać, przeżyć coś wielkiego jak wyjście do sklepu po pierś kurczaka na przykład. Oglądało się "Na dobre i na złe" a były to jeszcze czasy kiedy serial miał bohaterów i fabułę. Były to też czasy ostatnich dni Papieża Jana Pawła II i zerkania w ekran telewizora gdzie nieustannie w dole ekranu leciały donosy z Watykanu. Pisałam pracę magisterską a przynajmniej tak się oszukiwałam za każdym razem kiedy zamiast klikać w mapy, myszka mi się obsuwała na złe ikonki i klikałam po Forum Którego Już Nie Ma...
W ostatniej chwili przed wyjściem sypałam proszku do wody, wkładałam swoją czerwoną, plastikową koszulę kelnerską i maczałam jak szop pracz, bułę przed jedzeniem. W sumie nawet nie chodziło o pranie, tylko o nadanie koszuli wrażenia, że jest ładna i doceniana przez właścicielkę a nie stara i zmęczona poprzednią nocką. Umoczoną, wypłukaną, pakowałam w szczelną reklamówkę, zakładałam bojówki, glanki, koszulkę byle jaką lub robiłam się na bóstwo. Wolałam jak bojówki bo miałam gdzie upchać reklamówkę z koszulą. Dziewuś w spódnicy i fikuśnej bluzeczce wygląda durnowato z reklamówką pełną czegoś co wygląda jak świeża wątroba.
I szłam. W miasto, w samo serce miasta. Na ulicy było zwykle parno, akurat zamykali cukiernię i zabierali z wystawy pustą tacę po pączkach, pełną lukrowych stalagmitów i os kręcących się w kółko wśród okruchów. W kiosku bez zmian, zawsze tak samo, po prawej dogorywająca księgarnia. Zaczęła dogorywać przeze mnie, jak (nie)lubiłam sądzić. Latami kupowałam tam dziesiątki książek, kiedy zaczęłam kupować prosto z hurtowni, rozpoczął się powolny upadek. Potem zdradziłam ją z Empikiem. Podła.
Mijałam Park z Psimi Kupami.
Wydział Architektury i do tego czasu kończyła mi lecieć w uszach pierwsza piosenka z listy kawałków zagrzewających do walki i napawającej optymizmem. Czasem przychodziłam do pracy tak nabuzowana, że zwykłe drzwi wejściowe obracały się w kółko. "FFF" Megahertz, "Polarstern" Eisbrecher, "Zauberschloss" In Strict Confidence i oczywiście Rammstein.
Potem koniec Parku i przejście przez podwórko na którym dorastałam. Podobnie jak z księgarnią, lecz tym razem na serio. Od kiedy się wyprowadziliśmy, już chyba nigdy nie widziałam na tym podwórku gromady dzieci bawiącej się w Zulus Czakę ani żadnego nowoczesnego bohatera-odpowiednika Czaki.
Zerknięcie okiem w swój balkon, balkon koleżanki, okno następnej, która miała pecha i jej mieszkanie miało tylko jedno okno- kwadratowe. Zapach kubłów w betonowej zagrodzie w której zawsze czaił się straszny klaun i już byłam na ulicy, na której 20 lat wcześniej parkowały najdroższe samochody w mieście. Pod siedzibą Partii. Potem długa, prażąca słońcem droga obok Ogrodu Botanicznego. Po drugiej stronie cieniem kusił las drzew, szklarnia widoczna z ulicy i wspomnienia beztroskich czasów dzieciństwa kiedy spędzałam tam całe dnie z Babcią. Po mojej stronie tylko żar lejący się z nieba, żadnego cienia i obowiązek pchający nogi dalej. W stronę piekarni Mamut do dziś posiniaczonej przez wojnę.
Zapach hurtowo pieczonego chleba, inny niż 20 lat wcześniej. Komercyjny, na polepszaczach. Dostałam kiedyś lanie przez tą piekarnię. Mama psipsiółki powiedziała, że idzie z nią po chleb. Postanowiłam iść z nimi, żeby nie rozstawać się z psipsiółką. Okazało się, że u nich po chleb szło się do piekarnianego sklepu gdzie stało się w długim ogonku, po 2 godziny. A ja bałam się powiedzieć, że muszę iść do domu, w obawie, żeby nie zostać nieładnie zrozumianą. I stałam aż Babcia o mało nie dostała apopleksji na mój widok kiedy w końcu dotarłam do domu.
Plac Bema i plątanina szyn. Trzeba było wyjąć z uszu muzykę, żeby nie dać się zabić przez tramwaj. I tutaj wybór. Krócej i szybciej koło Najświętszej Marii Panny na Piasku, dłużej ale przynajmniej wzdłuż Odry, trasą WZ lub refleksyjnie- wieki całe, na okrętkę, po całym wrocławskim Watykanie czyli koło Katedry. Wszystkie drogi prowadzą do Rynku.
Koło Panny na Piasku, potem Hala Targowa, już zamknięta, Filologia Polska, Prawosławni gdzie byłam kiedyś na nabożeństwie i poraził mnie pięknem celebracji tak bardzo, że wyszłam przez końcem tak czułam się nie na miejscu wśród tych niezwykłych ludzi. Kościoły, budynki filologii najróżniejszych, bar mleczny Miś i już. Już Rynek. Pełen przechadzających się ludzi, pełnych ogródków piwnych... I tu zdarzał się cud. Jakakolwiek nie byłaby pogoda, jakkolwiek nie było żal, że zamiast na piwie trzeba było iść do służby u pana- żal znikał. Czuło się nagle częścią tego przemysłu rozrywkowego jaki dostarczał wrocławianom Rynek. Zaczynało się tętnić tym samym rytmem. Ładne sukienki, faceci w sandałach, dzieci skaczące po fontannie lub w wodzie tryskającej z wielkiej rury rozciągniętej przez cały chodnik.
Cukiernia obok apteki. 10 dkg galaretek w cukrze na wagę. Akurat tyle ile można było zjeść od cukierni do drzwi Restauracji. 5, może 7... I Drzwi. Ogródek w cieniu którego kelnerki stały w cieniu, z tacami pod pachami i patrzyły beznamiętnie na żyjących wokół , cieszących się latem ludzi. Czekając na napiwek, który na koniec dnia miał stać się wymiernym wyrazem tego co umknęło.
O tym co bywało potem i co z tą koszulą w worku niebawem....
czwartek, 21 lipca 2011
Zegarmistrz Światła Purpurowy
Co sądzicie o tym, że dzieci wiedzą i widzą więcej niż my?
Jakiś czas temu czytałam o pewnej dziewczynce, 3,5 letniej, która do tamtej chwili słyszała o Bogu średnio i na wyrywki bo rodzice nie byli zbyt religijni i postanowili pozostawić edukację na później, kiedy dziecko będzie bardziej świadome procesu stawania się osobą wierzącą. W każdym razie- dziewczynce urodził się braciszek. Kiedy został przyniesiony do domu, dziewczynka stanowczo zażdała zostać z nim sam na sam. Rodzice nie bardzo chcieli zostawiać dziewczynkę samą z noworodkiem bo nie wiedzieli jeszcze jak zareaguje na intruza w domu. Ponieważ dziewczynka kategorycznie stawiała na swoim, włączyli elektroniczną nianię i wyszli z pokoju. Po kilku chwilach przemawiania czule do maleństwa, dziewczynka poprosiła wreszcie:
-Opowiedz mi o Bogu bo ja już zapominam.
Ta opowieść nieustannie dzwoni mi w uszach choć minęło już tyle miesięcy.
Dzisiaj Rodzicielka pokazywała Mai nagrania video sprzed lat. Maja poznała mnie-nastolatkę i skomentowała:
-To jest Pani. Ale mówi Mama.
Znaczy, że zmieniłam się nie do poznania?
A potem pokazała jej Babcię, czyli Mai praBabcię. Maja spojrzała, przechyliła główkę zaczepnie i zapytała praBabcię na ekranie:
-A ty zyjes czy nie zyjes???
??????
Maja NIE ZNA pojęcia "nieżycia". Nie rozumie jak w programie przyrodniczym orka wyrzuca w powietrze fokę, żeby złamać jej kręgosłup i schrupać. Mama mówi wtedy, że "o, patrz foki też czasem latają a teraz przełączymy na kanał 97 gdzie bohaterowie nie umierają i nie chodzą na siku".
Maja jednak jakimś cudem pokazała, że osoba którą widzi jest w stanie, którego nie do końca rozumie. "Żyjesz" to dla niej być, ruszać się, mówić, chodzić i to praBabcia robiła na video.
"Nieżyć" natomiast to nie być w pobliżu? No nie, bo równie dobrze FakiJapi idąca z całą kompanią do domu mogłaby "unieżywać" dopóki nie przyjedzie znowu. Każda osoba w TV powinna budzić w Mai wątpliwości podobnej natury a jednak nie budzi.
Może "nieżycie" to stan w którym znajduje się praBabcia a który zasadniczo różni się od tego co robimy my, ale Maja widzi oba stany?
Maja zapytała praBabcię o "nieżycie" jak osobę, którą zna, na Ty i bezpośrednio. A nigdy jej nie widziała bo zaraz będzie 10 lat od jej śmierci.
To tak jakby pokazać komuś szklankę wody 100 razy a potem szklankę lodu i powiedzieć, że to też jest woda. Co byśmy wtedy powiedzieli?:
-Ale ty jesteś woda czy nie jesteś?
Nic nie rozumiem. Ale ciarki mamy do tej pory.
A Wy? Coś sądzicie?
Jakiś czas temu czytałam o pewnej dziewczynce, 3,5 letniej, która do tamtej chwili słyszała o Bogu średnio i na wyrywki bo rodzice nie byli zbyt religijni i postanowili pozostawić edukację na później, kiedy dziecko będzie bardziej świadome procesu stawania się osobą wierzącą. W każdym razie- dziewczynce urodził się braciszek. Kiedy został przyniesiony do domu, dziewczynka stanowczo zażdała zostać z nim sam na sam. Rodzice nie bardzo chcieli zostawiać dziewczynkę samą z noworodkiem bo nie wiedzieli jeszcze jak zareaguje na intruza w domu. Ponieważ dziewczynka kategorycznie stawiała na swoim, włączyli elektroniczną nianię i wyszli z pokoju. Po kilku chwilach przemawiania czule do maleństwa, dziewczynka poprosiła wreszcie:
-Opowiedz mi o Bogu bo ja już zapominam.
Ta opowieść nieustannie dzwoni mi w uszach choć minęło już tyle miesięcy.
Dzisiaj Rodzicielka pokazywała Mai nagrania video sprzed lat. Maja poznała mnie-nastolatkę i skomentowała:
-To jest Pani. Ale mówi Mama.
Znaczy, że zmieniłam się nie do poznania?
A potem pokazała jej Babcię, czyli Mai praBabcię. Maja spojrzała, przechyliła główkę zaczepnie i zapytała praBabcię na ekranie:
-A ty zyjes czy nie zyjes???
??????
Maja NIE ZNA pojęcia "nieżycia". Nie rozumie jak w programie przyrodniczym orka wyrzuca w powietrze fokę, żeby złamać jej kręgosłup i schrupać. Mama mówi wtedy, że "o, patrz foki też czasem latają a teraz przełączymy na kanał 97 gdzie bohaterowie nie umierają i nie chodzą na siku".
Maja jednak jakimś cudem pokazała, że osoba którą widzi jest w stanie, którego nie do końca rozumie. "Żyjesz" to dla niej być, ruszać się, mówić, chodzić i to praBabcia robiła na video.
"Nieżyć" natomiast to nie być w pobliżu? No nie, bo równie dobrze FakiJapi idąca z całą kompanią do domu mogłaby "unieżywać" dopóki nie przyjedzie znowu. Każda osoba w TV powinna budzić w Mai wątpliwości podobnej natury a jednak nie budzi.
Może "nieżycie" to stan w którym znajduje się praBabcia a który zasadniczo różni się od tego co robimy my, ale Maja widzi oba stany?
Maja zapytała praBabcię o "nieżycie" jak osobę, którą zna, na Ty i bezpośrednio. A nigdy jej nie widziała bo zaraz będzie 10 lat od jej śmierci.
To tak jakby pokazać komuś szklankę wody 100 razy a potem szklankę lodu i powiedzieć, że to też jest woda. Co byśmy wtedy powiedzieli?:
-Ale ty jesteś woda czy nie jesteś?
Nic nie rozumiem. Ale ciarki mamy do tej pory.
A Wy? Coś sądzicie?
środa, 20 lipca 2011
Z cyklu "Wrocław w atomach" czyli Kokain pisze jak pamięta, nawet jeśli szczegółowo to przynajmniej od serca
Nigdy nie będzie takiego lata
Nigdy nie będzie takiego lata
Nigdy policja nie będzie taka uprzejma
Nigdy straż pożarna nie będzie tak szybka i sprawna
Nigdy nie będzie takiego lata
Nigdy papieros nie będzie tak smaczny
A wódka taka zimna i pożywna
Nigdy nie będzie tak ślicznych dziewcząt
Nigdy nie będzie tak pysznych ciastek
Reprezentacja naszego kraju nie będzie miała takich wyników
Już nigdy, nigdy nie będzie takich wędlin, takiej coca coli
Takiej musztardy i takiego mleka
Nigdy nie będzie takiego lata
Nigdy nie będzie takiego lata
Słońce nie będzie nigdy już tak cudnie wschodzić i zachodzić
Księżyc nie będzie tak pięknie wisiał
Nigdy nie będzie takiej telewizji
Takich kolorowych gazet
Nigdy nie będziesz dla mnie miła taka
Nigdy ksiądz nie będzie mówił tak mądrych kazań
Nigdy organista tak pięknie nie zagra
Nigdy Bóg nie będzie tak blisko
Tak czuły i dobry jak teraz
Nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza
Nigdy nie będzie takiego lata
Nigdy nie będzie takiego lata
Nigdy policja nie będzie taka uprzejma
Nigdy straż pożarna nie będzie tak szybka i sprawna
Nigdy nie będzie takiego lata
Nigdy papieros nie będzie tak smaczny
A wódka taka zimna i pożywna
Nigdy nie będzie tak ślicznych dziewcząt
Nigdy nie będzie tak pysznych ciastek
Reprezentacja naszego kraju nie będzie miała takich wyników
Już nigdy, nigdy nie będzie takich wędlin, takiej coca coli
Takiej musztardy i takiego mleka
Nigdy nie będzie takiego lata
Nigdy nie będzie takiego lata
Słońce nie będzie nigdy już tak cudnie wschodzić i zachodzić
Księżyc nie będzie tak pięknie wisiał
Nigdy nie będzie takiej telewizji
Takich kolorowych gazet
Nigdy nie będziesz dla mnie miła taka
Nigdy ksiądz nie będzie mówił tak mądrych kazań
Nigdy organista tak pięknie nie zagra
Nigdy Bóg nie będzie tak blisko
Tak czuły i dobry jak teraz
Nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza
Nigdy nie będzie takiego lata
Świetliki, "Filandia"
A tutaj wersja live, którą polecam każdemu kto ma takie myśli sentymentalne. Szczególnie na emigracji.
W sumie tak siadłam i nie wiem co.
Na sentymenty mnie ostatnio bierze i to te najgorsze bo geograficzne. Jak się wspomina rzewnie jakieś wydarzenia to zwykle ulotne są, ulotne jak ulotka i wspominamy, żeby odkurzyć i nie zapomnieć. Geograficzne sentymenty mają gorzej bo odnoszą się do prawdziwych miejsc, które o ile nie trząchnęło ziemią czy innym wulkanem są gdzieś tam i czekają. Czekają tatka latka.
Chcielibyśmy zabrać Dzieci do Polski. Jeszcze nie teraz, za ładnych parę lat kiedy będą miały szansę zauważyć i zrozumieć powód dla którego Tu i Tam są tak bardzo różne. Dla nas już nie aż tak bardzo ale dla nich będą pewnie wydawać się różne piramidalnie.
I tak zamykam oczy i przypominam sobie....
Latem okno w moim pokoju było zawsze otwarte. Do czasu kiedy szliśmy spać bo wtedy Susłowi zawiewało od boków i musiałam zamykać. Ale powiedzmy, że Suseł wyjechał do UK a ja mam 10 miesięcy na spanie przy otwartym oknie z radiem grającym przy uchu całą noc. Program 3.
Tramwaj ma charakterystyczny zapach. Każdy kto jeździ to wie. Zapach od środka to kurtki, deszcz, cebula, pot, zakupy, nieskasowane bilety trzymane w spoconej, zdenerwowanej oczekiwaniem na kanara dłoni. Ale jak pachnie wrocławski tramwaj z zewnątrz? Z zewnątrz?
Otóż, Kochani moi, wrocławski tramwaj z zewnątrz pachnie smarem, tłuszczem, olejem i rozgrzaną latem blachą. Nocą, kiedy przelatywały jeszcze ulicami zanim zastąpiły je nocne autobusy, gnał taki dwa, trzy razy na godzinę na długiej prostej, przelatując przystanki, jak koraliki i słyszałam go już kiedy wyskakiwał zza zakrętu Piastowskiej. Przejeżdżał nasz przystanek i słyszałam jak omijał kolejny, szczególnie po deszczu kiedy powietrze było czyste i niosło wszystko- imprezy z Akademika, sąsiadów po piwie, obszczekujące się psy.
Chwilę potem na czwarte piętro, prosto w okno docierał zapach wrocławskiego tramwaju z zewnątrz. Metaliczny, blaszany zapach kółek zębatych, naoliwionych zegarków, zakurzonej jezdni i spalenizny izolacji. Tramwaj od góry jest ... brązowy. Nie czarny ani niebieski jak sugeruje sięgająca dachu farba. Jest brązowy jak polna droga, Czasem widać było w tym kurzu ślady butów ekip naprawczych, które wędrowały po dachu gdzieś w zajezdni.
A po deszczu, do tego wszystkiego dochodził zapach mokrego parującego asfaltu, benzyny z kratek ściekowych, mokrego drzewa za oknem. Czasami żarcia, czyjejś kolacji, jakiejś kapusty na stole.
I tak tramwaj za tramwajem. Do rana. A w uszach cichutko Program 3 i jakiś jazz. I próby zapamiętania do rana nazwiska kompozytora, którego trzeba zapamiętać, żeby poszukać w sieci więcej... Rano pamiętało się tylko, że nocą słyszało się najpiękniejszą muzykę świata a teraz przepadła na zawsze.
Najbardziej lubiłam pełnię. Niebo robiło się prawie błękitne a On wędrował sobie powolutku na wprost poduszki i tylko czekać było kiedy wstanę we śnie i wylunatykuję przez okno na jeden z tych przejeżdżających, pachnących miastem tramwajów.
Patrząc w niebo- niebiesko. Patrząc w dół, na ulicę- żółto-pomarańczowo. Lampy sodowe widziane od góry, czarne od sadzy i brudu i tysiące muszek, ciem latających wokół żarówek, teraz widoczne jak świetliki. Czasem błyskawica nietoperza, czasem na chodnik, z piwnicznej kratki wyłaził sobie szczur i szedł w odwiedziny do innej piwnicznej kratki. Przyczajony pod autem kot obserwujący wszystko z rezerwą. Pewnie uczony na błędach, że szczur w odwiedzinach to żadna przyjemność.
Czasem słychać było miarowe mniej lub bardziej szuranie- szur, szuur, szurrrr..szur. Wystarczyło się wychylić, żeby zobaczyć drobnego pijaczka w zbełtanym ubraniu szurającego do domu. Od ściany kamienicy do auta- nie swojego i znowu do ściany. Czasem zatrzymywał się, żeby pogrzebać w kieszeniach i sprawdzić co też przejęli w zastaw kamraci albo gdzie klucze do domu. Szli zwykle wolno, jakby w zadumie, nie śpieszno do domu. Można było ich obserwować długo, jak stawali się malutcy na wielkim skrzyżowaniu, idący na przełaj, na skos po pasach, przez wysepkę. Do parku, mimo, że 5:00 nad ranem. Może lubili trzeźwieć patrząc jak świt wstaje nad jeziorkiem z kaczkami?
Rankiem nigdy nie było słychać mleczarza ani ciecia z miotłą. Może byli ale wtedy ja już spałam, święcie przekonana, że czuwam i słucham tej najpiękniejszej muzyki świata?
Będę teraz częściej snuć wspomnienia dla Potomków. Nie poczują ale może wyobraźnia podpowie, że Mama i Tata mieli też inne życie, gdzieś, kiedyś.....Równie prawdziwe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















